Lista lokatorów

Fot. materiały prasowe
Fot. materiały prasowe
Jakiś czas temu na drzwiach naszej klatki schodowej zawisła klepsydra. Zmarła kobieta. Dość młoda. Ledwie 36 lat. Jej nazwisko nic nam nie mówiło. Nie mieliśmy pojęcia o kogo chodzi.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 1/2022 (76)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

No cóż, w naszym bloku mamy 16 pięter. Po kilka mieszkań na każdym poziomie. W sumie kupa ludzi, ale wypadałoby kojarzyć kto umarł. Choćby, żeby rodzinie kondolencje złożyć. Gorączkowo się zastanawialiśmy o kogo chodzi. – Może to taka nowa, wiesz ta brunetka – domyślała się moja żona. Nie miałem pojęcia, o kogo jej chodziło. – A może to ta niepełnosprawna, ta która rzadko wychodzi z domu? – głowiłem się ja. W ciągu kilku najbliższych dni okazało się, że i brunetka, i niepełnosprawna mają się dobrze. Klepsydra znikła, ale pewna sprawa nie dawała mi spokoju.

Bo nie jest tak, że nie zauważamy naszych sąsiadów. Wręcz przeciwnie. Z nielicznymi wyjątkami, mamy całkiem sympatyczne sąsiedztwo. A jako że mieszkamy na 16 piętrze, często ucinamy sobie w windzie pogawędki z towarzyszami długaśnej podróży. O niektórych wiemy, kim są. Kojarzymy małżeństwo prawników, wiemy, że jedna pani jest taksówkarką. Ale nikogo, dosłownie nikogo nie znamy z nazwiska.

Sąsiadom nadajemy albo przezwiska (Potworniccy – jedyna antypatyczna rodzina na całej klatce, pan Grzegrzółka – facet, który idealnie do tego nazwiska pasuje) albo określamy ich opisowo. Wiesz, ten facet, który mówi do mnie „panie redaktorze”. Kojarzysz, ta młoda dziewczyna z zielonymi włosami. Ten gość co wygląda jak metalowiec. To w ogóle są jeszcze metalowcy?

Sporo osób rozpoznajemy poprzez zwierzęta. Najczęściej psy. Bo też mamy psa, co wytwarza albo zupełnie ucina relacje (w zależności, jak zwierzaki się traktują). Niektóre rodziny poznajemy po dzieciach – jeśli te są z grubsza rówieśnikami naszego syna. Mama Kasi, babcia Wiki – i już wiadomo, o kogo chodzi, do czego jeszcze dochodzi braterstwo broni z wysiadywania na placu zabaw. Jednego gościa identyfikujemy po tym, że co jakiś czas wraca strasznie napruty do domu i cyklicznie rozwala sobie łeb podczas tych powrotów.

Ale nie zmienia to faktu, że to sympatyczny, spokojny człowiek. A rodzina Wietnamczyków to cóż – rodzina Wietnamczyków. Ale nie znamy imion. Nie znamy nazwisk. A mieszkamy tu już kupę czasu. Potrafię wymienić sporo lokatorów z bloku, w którym spędziłem dzieciństwo. Państwo Krzyżanowscy, Kalbarczykowie, pani Białowąs, Igalsonowie, Gajownikowie, pani Rek. Ludzie i rodziny, których będę pamiętał do końca życia i którzy jakoś przyczynili się do mojego szczęśliwego dzieciństwa. A teraz tylko ksywki. Dlaczego?

Zapewne relacje międzyludzkie w latach 70. i 80. ubiegłego wieku wyglądały inaczej niż obecnie. Sąsiedzi się kumplowali, czasem zapraszali się na imieniny czy święta. Blok też był mniejszy, kameralny, sprzyjający bliskości. Ale było coś jeszcze. Lista lokatorów. Dzięki niej wiedziałem, kto mieszka pod jedynką, dwójką czy dwunastką. Nie musieliśmy wymyślać przezwisk, bo wystarczyło wyjść na klatkę i sprawdzić, jak się nazywa ten z trzeciego piętra. A kiedy znasz już człowieka, on siłą rzeczy jest ci bliższy. A przynajmniej mniej obcy.

Listy lokatorów zniknęły z polskich domów po uchwaleniu ustawy o ochronie danych osobowych. Niewątpliwie, ma ona sporo sensu, ale tych list żałuję bardzo. Ich brak po prostu oddala od siebie ludzi. Wytwarza taką zadekretowaną anonimowość. Pewnie żyją już dorośli ludzie, którzy całe życie spędzili bez tych list i nie wiedzą, że coś takiego może w ogóle istnieć. A to była dobra rzecz. Przydatna. Dzięki takiej liście przynajmniej wiedziałbym, komu złożyć kondolencje. A to już dużo.

My Company Polska wydanie 1/2022 (76)

Więcej możesz przeczytać w 1/2022 (76) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY