Podróż do przeszłości
z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 11/2025 (122)
Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!
Okna antykwariatu, który marszand Marek Sosenko prowadzi wraz z żoną Bożeną i córką Katarzyną, wychodzą na tętniący życiem Rynek Główny w Krakowie. Przez szybę zagląda słynna rzeźba Mitoraja, a hejnał z Wieży Mariackiej podkłada nuty do historii o twórcach dizajnu, artystach, projektantach czy najlepszych przedstawicielach rzemiosła.
Na początek pytam o najcenniejsze przedmioty w kolekcji Marka Sosenki. Już sam ich opis rozpala wyobraźnię. – Każdy kolekcjoner próbuje uciec od tego pytania, bo trudno wybrać, co w kolekcji jest najcenniejsze. Dla mnie te przedmioty mają ogromną wartość historyczną i czasem żartuję, że nie chcę wyróżniać jednych, by inne nie czuły się poszkodowane – nadmienia Marek Sosenko. Po czym przyznaje, że kilka z nich zajmuje w kolekcji, a raczej w jego sercu szczególne miejsce. To m.in. oprawiony w deski rękopis koptyjski z XIII w., hiszpański sepet z XVI w. (ekskluzywny mebel na kosztowności) wysadzany lazurytami, agatami i innymi kamieniami półszlachetnymi, Szopka Królowej Bony, Teatrzyk Stanisława Augusta Poniatowskiego z silnikiem napędzającym marionetki, unikatowe obrazy m.in. Jana Nepomuca Głowackiego czy Saturnina Świerzyńskiego, ale również wiele wyjątkowych dzieł bardziej współczesnych twórców, takich jak Szopka Zofii Stryjeńskiej.
– Zawsze doceniałem takie niepowtarzalne przedmioty spod ręki artystów – wylicza Marek Sosenko i zapewnia, że to nie koniec, bo o największych skarbach po prostu nie może mówić, obawiając się o ich bezpieczeństwo.
Galerą po tysiącletnie skarby
Antykwariat mieści się na piętrze w jednej ze staromiejskich kamienic. Ściany zdobią freski, a wnętrza od podłogi po sufit wypełniają piękne przedmioty. Czuję się niczym w gabinecie Indiany Jonesa, planującego kolejną podróż w poszukiwaniu zaginionych artefaktów. Model statku, hiszpańskiej galery stojącej tuż przy klawiaturze mojego komputera, tylko pogłębia ten efekt. Otaczają nas meble z różnych epok, sekretarzyki z jesionowego drewna, cenne srebra, miśnieńska i ćmielowska porcelana, ceramika huculska, secesyjne szkła spod ręki paryskich twórców i niezliczone złote elementy sztuki użytkowej od zegarów, przez lustrzane ramy toaletek i zwierciadeł, rodem z królewskich komnat, po puzderka, szkatuły i kasetony.
Marek Sosenko zabiera mnie w podróż, opowiadając o wybranych eksponatach. Te anegdoty można podzielić na dwie części: pierwsza to sama relacja związana z pochodzeniem i historią przedmiotu, druga dotyczy sposobu jego pozyskania. I to właśnie ta kolejna nierzadko jest pełna zwrotów akcji, zabawnych scen, a niekiedy tajemnic czy nietypowego zrządzenia losu. – Jeden z największych skarbów w mojej kolekcji pochodzi z samego początku poprzedniego tysiąclecia [to jeden z tych, o których nie możemy wspomnieć w tekście – od red.]. Właścicielka tego przedmiotu chciała przekazać go do Muzeum Narodowego, jednak instytucja po roku oddała jej ten bezcenny artefakt, mając najwidoczniej problem z oceną jego pochodzenia. Postanowiłem więc go odkupić – relacjonuje Marek Sosenko.
Do rozmowy przyłącza się od czasu do czasu żona kolekcjonera, która pojawia się w chwilach, gdy w antykwariacie nie ma klientów. Małżeństwo połączyła pasja do antyków i widać, że oboje robią to, co kochają. – Przedmioty mają jakiś rodzaj energii. Zdarza się, że srebrna patera, leżąca w rogu przez wiele lat, zostaje zauważona przez klienta. Jeszcze tego samego dnia sięga po nią kilka osób, choć wciąż jest w tym samym miejscu. Nie potrafię tego wytłumaczyć – opowiada Bożena Sosenko.
Pijemy herbatę z chińskich filiżanek. Napój jest ostry od korzennych przypraw i orzeźwiający dzięki nucie cytrusów. Gdy chwalę napar, dowiaduję się, że najlepsza herbata powstaje w samowarach, które zaraz idziemy oglądać. Co jakiś czas dołączają do nas klienci, którzy zdaje się, tak jak ja, przychodzą tu nie tylko coś kupić, ale też posłuchać opowieści. Małżeństwo stara się otwarcie podchodzić do każdego gościa odwiedzającego antykwariat.
- Jakiś czas temu przyszedł do nas pewien mężczyzna, ubrany bardzo skromnie. Pod ramieniem trzymał obraz. Oprowadziłam go po wnętrzu i doradziłam, jak umiałam. Bardzo się ucieszył i zdradził, że wcześniej tego samego dnia nie został wpuszczony do innego antykwariatu, bo uznano go tam za intruza ze względu na jego wygląd. „Nie przyjmujemy obrazów!” – miała mu oznajmić właścicielka, zasłaniając wejście do swojego sklepu. Okazało się, że ten pan był koneserem antyków, a obraz, który miał pod ręką, namalował Jacek Malczewski - wspomina Bożena Sosenko.
Małżeństwo kolekcjonerów zgodnie twierdzi, że najwdzięczniejszymi klientami są dzieci. – Niedawno do antykwariatu wpadł 12-letni chłopiec, który dostał 30 zł na pamiątkę z Krakowa. Mamy na takie okazje specjalnie przygotowane przedmioty. Bo to właśnie jest najlepszy moment, żeby krzewić w młodych pasję do historii i kolekcjonowania – mówi kolekcjonerka.
Kiedy zaczęła się ta pasja u Marka Sosenki? – Miałem niecałe cztery lata, kiedy otworzyłem klaser ze znaczkami taty. To bardzo żywe wspomnienie, bo tak mi się podobały te kolorowe obrazki z ząbkami, że zacząłem się nimi bawić. Dostałem za to niezłe lanie! Ale tata następnego dnia przyszedł z klaserem dla dzieci, gdzie wklejało się nieco większe znaczki w wyznaczone miejsca. Tak zaczęła się moja pierwsza kolekcja, a dziecinne hobby stało się motorem do dalszych wyborów w moim życiu – wspomina.
Małżonkom zawsze zależało, by dzielić się pasją i przekazywać ją kolejnym pokoleniom. Zaangażowali się w setki wystaw i konferencji naukowych w całej Polsce. Służą też swoim know-how. Bo wiedzą na temat poszczególnych epok i dzieł Sosenkowie sypią jak z rękawa. W pewnym momencie wywiad przerywa nam przedstawicielka ważnej instytucji w Warszawie, która organizuje wystawę sakralnej sztuki art déco (nie miałem pojęcia, że w ogóle taka istnieje). Marek Sosenko bez wahania wymienia twórców i elementy kolekcji, które może wypożyczyć z tej okazji, a dodatkowo wskazuje miejsca na mapie kraju, gdzie znajdują się takie dzieła. Podejrzewam, że dla organizatorów wystaw rozmowa z krakowskim antykwariuszem jest bardziej pomocna niż wpisanie zapytania na platformie AI.
Zabawki z kosmosu
Kolekcjoner sztuki i antyków, a zarazem społecznik promujący skarby polskiego dziedzictwa został doceniony najważniejszymi nagrodami i odznaczeniami dla działaczy kultury (m.in. orderem „Zasłużony dla Kultury Polskiej” i odznaką MKiDN). Jako wieloletni pracownik Muzeum Narodowego (był kierownikiem Muzeum Czapskich) oraz inspirator licznych prac naukowych związanych z przedmiotami kolekcjonerskimi miał nie tylko wielki wpływ na uratowanie cennych artefaktów historii, ale i formowanie ruchu kolekcjonerów wokół wybranych dziedzin, m.in. wartościowych zabawek i widokówek (jego zbiory są największe w kraju i liczą ponad 800 tys. sztuk!).
To właśnie w zabawkach specjalizuje się małżeństwo Sosenków. Fragmenty ich potężnej kolekcji (ponad 40 tys. zabawek) wystawiane są w blokach tematycznych. Obecnie trwa wystawa „Od Kopernika do Lema” przedstawiająca zabawki związane z kosmosem. Można ją zobaczyć w Muzeum Zabawek Kraków państwa Sosenków przy ulicy Kopernika 19a. – Oczywiście w muzeach znajdują się pojedyncze, rzadkie i ciekawe zabawki, ale aby zorganizować monograficzne wystawy, tych eksponatów im brakuje, a my je mamy – podkreśla Marek Sosenko.
Zdobywanie samych zabawek to jedno, a uzupełnianie wszelkiej wiedzy na ich temat to zupełnie inna sprawa. Ważnym zadaniem dla Bożeny i Marka Sosenków, jako badaczy historii zabawek, jest ustalenie ich miejsca i sposobu produkcji. – Co roku odnajdujemy nowe, ciekawe eksponaty, co prowadzi do publikacji poważnych opracowań. Jednym z moich ulubionych okazów w kolekcji są figurki carskiej rodziny Mikołaja II, wiernie oddające ich wygląd i twarze, także słynnej księżniczki Anastazji. Ich głowy są ruchome, a zabawki podarowano samemu carowi. Figurki ocalały rewolucję bolszewików, co zwiększa ich wartość – wspomina Marek Sosenko.
– Dużo się też mówi o tym, że dziecko kształtuje swoją osobowość do szóstego roku życia. Dlatego bardzo się cieszymy, gdy takie maluchy przychodzą do nas na wystawy, cieszą się nimi i chcą poznać historie przedmiotów, które najbardziej im się podobają – opowiada Bożena Sosenko.
Marzeniem antykwariuszy jest, dużo większe niż dotychczasowe, Muzeum Zabawek, stworzone na podstawie ich zbiorów. Na to jednak wciąż czekają, bo jak dotąd miasto nie znalazło miejsca na ulokowanie takiej instytucji, mimo starań małżeństwa.
Wykuwanie pasji
Marek Sosenko wychowywał się w rodzinie z udokumentowanym drzewem genealogicznym sięgającym drugiej połowy XVIII w. Ta ciągłość była widoczna w przedmiotach związanych z historią rodu. Dziadek był wysokim urzędnikiem kolei, przyjmował m.in. delegację króla Rumunii w 1923 r. Zbudował willę w Bieżanowie w tzw. kolonii urzędniczej, która stała się ośrodkiem towarzysko-intelektualnym. Było tam pierwsze radio, telefon, tak zwane kasyno, gdzie odbywały się spotkania i gry towarzyskie. Wiele z tych przedmiotów Marek Sosenko we wczesnym dzieciństwie znajdował na strychu bieżanowskiego domu. Ale kryło się tam o wiele więcej skarbów.
– Gdy omawialiśmy w szkole powstanie styczniowe, przyniosłem do szkoły łańcuch z krzyżem oplecionym koroną cierniową i wyjaśniłem kolegom, że to biżuteria patriotyczna związana z tym wydarzeniem. To sprawiało, że historia dla moich rówieśników stawała się żywa, tworzyła pomost między tamtymi wydarzeniami a współczesnością. Polubiłem to uczucie, kiedy opowiadanie o nich przyciągało uwagę słuchaczy – wspomina.
Prawdziwą lekcję szacunku do przedmiotów i ludzkiej pracy otrzymał jednak nie w domu, ale w drodze powrotnej ze szkoły. W Bieżanowie znajdowały się trzy kuźnie. Sosenko regularnie do nich zaglądał, a jego wizyty często się przedłużały. Kowal nie tylko pozwalał mu obserwować swoją pracę, ale czasem pokazywał, jak traktować żelazo, żeby z niego coś wykuć.
Młody Marek uczył się najprostszych rzeczy, obsługi miechu (dmuchawy), tworzenia gwoździ, a w końcu spiralnych konstrukcji. Zobaczył, że przedmiot, który kowal tworzył kilkoma uderzeniami młota, wymagał w rzeczywistości ogromnej wiedzy. – Na zawsze zostało we mnie poszanowanie pracy i wiedzy tego, kto wykonał przedmiot – mówi antykwariusz.
Ten szacunek dotyczył zwłaszcza kunsztu ukrytego. Sosenko ze wzruszeniem opowiada o codziennych doświadczeniach z antykami. Przytacza przykład konserwacji starej szrajbkomody czy barokowej szafy.
– Ich mechanizmy ukryto pod drewnem i prostą blachą. Wszystkie zostały pięknie wykonane. Metal wykuto w kształt smoków, liści, wici. To nie była praca wykonana na pokaz, ale czyjś ogromny talent, czekający przeszło 200 lat na odkrycie. Twórca tego mebla miał świadomość, że za kilka wieków ktoś doceni jego wysiłek. To właśnie przykład tego, że przedmiot powinien pokazywać swój kunszt, koszt i talent twórcy – podsumowuje.
Narodziny kolekcjonera
Zaszczepiony w dzieciństwie szacunek do rzemiosła stał się motorem napędowym dojrzałego kolekcjonerstwa. Przez długi czas Marek Sosenko w ogóle nie dysponował funduszami na zakup cennych artefaktów. Swoją kolekcję budował poprzez dary i przedmioty znajdowane. Ludzie, wiedząc o jego pasji, często sami oferowali mu niepotrzebne rzeczy.
Prawdziwą kopalnią skarbów okazały się organizowane w Krakowie w latach 60. i 70. akcje „Porządek”. Władze nakazywały mieszkańcom opróżnianie strychów i piwnic. – Biegałem od jednego miejsca do drugiego i zbierałem, co się dało, zanim specjalne pojazdy zabrały wszystko na wysypisko. Ludzie na strychach gromadzili rodzinne pamiątki, a te były przecież dziedzictwem całych pokoleń – wspomina.
Jakość tych znalezisk była niebywała. – Gwarantuję, że niejeden antykwariat nie ma takich przedmiotów jak te, które wtedy wynoszono – twierdzi.
W ten sposób pozyskał m.in. tysiące plakatów, których wtedy nikt jeszcze nie kolekcjonował. Zbierał też stare nuty w pięknych obwolutach, zapomniane banknoty i akcje. Wspomina, jak dostał kiedyś ciężkie wiaderko pełne rzadkich monet. Po latach okazało się, że ich wartość jest ogromna.
W miarę rozwoju wiedzy Sosenko zaczął aktywnie uczestniczyć w formującym się ruchu kolekcjonerskim. Filateliści i numizmatycy spotykali się wówczas w Krakowie przy ul. Floriańskiej. To tam zyskał pierwszą szansę na pozyskiwanie środków na zdobywanie interesujących go przedmiotów.
– Wymieniałem monety na pieniądze i kupowałem kolejne artefakty. Za ich sprzedaż spłacałem pożyczki zaciągnięte u babci i mamy. Było to budowanie kolekcji cegiełka po cegiełce – wyjaśnia kolekcjoner.
Sosenko nie tylko uczestniczył w ruchu, ale też aktywnie go współtworzył. Gdy w latach 80. Uniwersytet Wrocławski zorganizował przełomową konferencję „Aksjosemiotyka karty pocztowej”, Sosenko był jednym ze współorganizatorów tej wielkiej wystawy. Wydarzenie zaowocowało pierwszymi w Polsce poważnymi opracowaniami naukowymi na temat pocztówek, dając podwaliny pod nowoczesną filokartystykę.
Rzeczy nie na sprzedaż
Pod koniec lat 80. XX w. kolekcja Marka Sosenki była już tak potężna, że wiele posiadanych antyków po prostu się dublowało. Wtedy narodził się pomysł, by pasję przekuć w biznes.
W 1989 r. założył jeden z pierwszych w tamtym okresie antykwariatów w Krakowie. Motywacja była czysto kolekcjonerska. Antykwariat miał być „okazją, żeby pozbyć się balastu, a za pozyskane środki zdobyć coś nowego do kolekcji”.
Dziś pod jego nazwiskiem funkcjonują dwa antykwariaty w Krakowie. Pasję rodziców kontynuują dzieci małżeństwa Sosenków. Ich córka Magdalena prowadzi w Warszawie antykwariat specjalizujący się w plakatach. Rozwija także rodzinną kolekcję.
– Niestety na przestrzeni lat zorganizowany ruch kolekcjonerski mocno podupadł. Szkoda, że władze nie wspierają tych tradycji, bo umożliwiały one zachowanie elementów polskiego dziedzictwa. Nie od dziś wiadomo, że kolekcjonerzy są przedsionkiem muzeów – podsumowuje Marek Sosenko.
Na koniec właściciel oprowadza mnie po salach antykwariatu i opowiada o kolejnych skarbach. Radiotelewizor Tesli, waga do ważenia nici na tony, pierwszy polski globus, roller do mięsienia skóry, dzbanek z fabryki Schindlera, a każdy z nich oprawia fascynującą gawędą. To właśnie wiedza o historii przedmiotów przyciąga klientów, więc w antykwariacie pracuje na zmianę z żoną. Dzięki temu są pewni, że opowieść o konkretnym antyku zostanie dobrze przedstawiona. Choć antykwariat to biznes, jak przyznaje Marek Sosenko: „pieniądze są pośrednikiem w realizowaniu pasji”. Bo jak na rasowego kolekcjonera przystało, najcenniejszych rzeczy, za których sprzedaż mógłby żyć znacznie zamożniej, nie zamierza nikomu oddawać.
Więcej możesz przeczytać w 11/2025 (122) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.