Robię efektowny drybling. Wywiad z Arkadiuszem Regiecem

fot. Szymon Szcześniak fot. Szymon Szcześniak
Beesfund może być największą platformą crowdfundingową Międzymorza. Jesteśmy w stanie dogonić Anglików. A czy warszawska giełda jest w stanie przegonić London Stock Exchange? Nie, nie ma na to szans - mówi Arkadiusz Regiec, twórca platformy Beesfund.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 1/2020 (52)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Jak pokonać giełdę? 

Myślisz, że wiem, jak to zrobić?

Po części już ci się to udało. Beesfund w tym roku przegonił mały rynek giełdowy New Connect, a teraz gonicie rynek główny GPW.

To był najlepszy rok. Na New Connect było 14 emisji, na Beesfund 26, a jeszcze cztery przed nami. Ale do pokonania GPW jeszcze daleko. Zresztą ja chcę z giełdą współpracować.

Ile pieniędzy zebrały firmy przez platformę Beesfund w tym roku?

Myślę, że będzie to w granicach 25 mln zł, w tej chwili mamy już 20 mln zł. Sądzę, że jeszcze 5 mln zł spłynie do końca roku.

Misja wykonana?

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony szaleństwem byłoby niedocenianie tego jak ten biznes się rozwinął. Z drugiej strony jest pytanie czy ściganie się z New Connect, który miał słaby rok, nie jest tylko obrazem fatalnej sytuacji tego rynku. Mam niedosyt, bo chciałbym, żebyśmy pomogli zebrać pieniądze dla kilkuset firm. Ciągle uważamy, że to jest kropla w morzu możliwości. Misja zakończona będzie wtedy, jeżeli będziemy robili w Polsce wyraźnie powyżej 100 emisji rocznie. 

Będzie jeszcze wówczas miejsce na New Connect?

New Connect nie jest złym rynkiem, wymaga dużej reformy, bo od 10 lat się nie zmienił. Chciałbym jednak byśmy przestali tylko patrzeć na to co się dzieje na Książęcej (siedziba GPW – red.), a popatrzyli szerzej na świat. Londyn, mimo brexitu, w dalszym ciągu będzie centrum kapitałowym Europy. A przecież my się niczym od Brytyjczyków nie różnimy. Mamy dwie ręce, głowę, może mniejszy kapitał do dyspozycji, ale jeżeli coś działa za granicą, to dlaczego miałoby nie działać tutaj? A platformy w Wielkiej Brytanii odpowiadają za finansowanie 21 proc. wszystkich nowych przedsięwzięć. Dlaczego tak samo nie ma być w Polsce? 

Wielu przedsiębiorców nie słyszało o crowdfundingu. Co to więc jest?

To jest dziś najszybsze źródło dostępu do kapitału, poza pożyczką. A Beesfund to platforma, która umożliwia przedsiębiorcy zebranie tych pieniędzy w zamian za akcje. 

Jak wygląda typowa droga takiego przedsiębiorcy, który przychodzi do was i mówi: krótka piłka, chciałbym sprzedać kawałek Wisły Kraków. 

To była unikatowa sytuacja i unikatowi ludzie.

Ale to był rekord! Zebraliście 4 mln w dwa dni.

Dokładnie w 23 godziny z minutami. To był rekord Wisły i społeczności Wisły.

Która chciała pomóc swojemu klubowi.

Tak jest. Przedsiębiorcy pytają się mnie, co zrobić, żeby być taką Wisłą… Trzeba powstać ponad 100 lat temu, mieć za sobą 30 tys. ludzi, którzy zrobią dla twojego biznesu wszystko. Crowdfunding jest miarą skuteczności i siły społeczności wokół firmy.

No dobrze, to weźmy jakiegoś bardziej tradycyjnego przedsiębiorcę. Na przykład producenta piwa Browar Jastrzębie. Browarnicy lubią crowdfunding?

Tak, miałem ich u siebie kilku. Zdecydowanie łatwiej mają ci, których biznesy skierowane są do klienta indywidualnego. Bo najważniejsza jest społeczność, a łatwiej jest wybudować społeczność ludzi niż firm.

Przychodzi więc przedsiębiorca i mówi: chciałbym zebrać pieniądze. My mu najpierw zastrzegamy: to nie jest spacerek w wiosenne popołudnie po Łazienkach, tylko to jest ciężka, żmudna praca. Z jednej strony muszą być przygotowane odpowiednie dokumenty prawne, odpowiednia struktura spółki. Z drugiej strony musimy stworzyć strategię marketingową, nagrody dla inwestorów. Pewnie pojawią się trudne pytania, być może hejt dotyczący wyceny, tudzież zarzuty dotyczące naszego modelu biznesowego. Musimy być odporni psychicznie na taką emisję.

Patrzysz w dokumenty i wyceniasz?

Platforma equity crowdfundingowa to tablica ogłoszeniowa, nie biuro maklerskie. W związku z tym to nie Beesfund wycenia, tylko sama firma, która do nas przychodzi. Owszem rozmawiamy z emitentami, pokazujemy im jakie są dobre praktyki w wycenach, czy też pokazujemy im podobne spółki i ich wyceny.

A co jak się inwestor uprze i chce za dużo. Odmawiasz emisji? 

Nie powinniśmy im odmawiać, to nie jest nasza rola. Bywa tak, że bardzo mocno zniechęcamy, co do wyceny. Inwestorzy czasem pytają, jak to jest możliwe, że na Beesfundzie tak wysoko wyceniona jest jakaś spółka. Otóż to nie Beesfund wyceniał tę spółkę. Jednocześnie to inwestorzy podejmą decyzję i zweryfikują wycenę, czy była ona racjonalna. 

Ile czasu trwa cały ten proces?

Średnio od dnia podpisania umowy do wejścia na naszą platformę upływa 62 dni. Oczywiście są tacy, którzy to potrafią zrobić szybciej.

A jaka jest średnia wartość emisji?

W tej chwili to jest 500 tys. zł. Mamy 10 firm, które zebrały ponad 1 mln zł. Znacząco ponad milion. Może być jak w przypadku Browaru Jastrzębie – 3,8 mln zł – lub jak w przypadku Runmaggedona ponad 1,2 mln zł. Ten milion złotych jest zawsze taką magiczną liczbą. 

Co taka firma ma zrobić, by przekonać do inwestowania w nią?

Kluczowe elementy to zespół, model biznesowy, dokonania, wspomniana społeczność. Istotna jest też, żeby wycena, nie była odjechana.

I wy cały ten proces potraficie przeprowadzić?

Tak, choć bardzo dużo zależy od zaangażowania emitenta. Beesfund jest narzędziem w rękach emitenta, my dajemy instrukcję obsługi. Jeżeli ktoś nie stosuje tej instrukcji, to osiągnięcie tego sukcesu będzie trudniejsze. Sam fakt pojawienia się na Beesfundzie nie spowoduje, że pieniądze spłyną. Trzeba odpowiadać na pytania inwestorów, trzeba się z nimi kontaktować. Przedsiębiorcy często przeceniają swoje możliwości i siłę swojego biznesu. Jeżeli mam złą wycenę, nie pracuję w trakcie kampanii i przeszacowałem mój pomysł biznesowy czy sprzyjającą mi społeczność, to jest prosta droga do katastrofy, czyli niezrealizowania celów.

Zdarzyły się takie katastrofy?

Tak, ale to normalne. Szaleństwem byłoby oczekiwać, że wszyscy zbiorą mnóstwo pieniędzy. Niektóre spółki, które ich nie zebrały już upadły. Powodem nie był Beesfund, powodem było to, że coś w tym modelu biznesowym, w tym zespole ludzkim było nie do końca tak. W ogóle cały ten proces też jest dobrą nauką przedsiębiorczości. Podstawą otwierania firm jest przynoszenie wartości klientom. W momencie, w którym prosimy o pieniądze, musimy im wskazać, gdzie jest ta wartość. To często bywa moment refleksji i to nie zawsze przyjemnej, bo czasami się może okazać, że my nie zbudowaliśmy tej wartości. Im dłużej zajmuję się equity crowdfundingiem, tym bardziej uważam, że gdybym np. miał fundusz VC, to bym wysyłał zespoły na platformę regularnie, bo to najlepsza ocena pracy zespołu.

Bo inwestorzy głosują portfelami.

I to jest najbardziej szczera odpowiedź. Mieliśmy takich przedsiębiorców, którzy chcieli otworzyć sklep z dosyć oryginalnym towarem i wystartowali u nas na platformie. Wrócili i powiedzieli: jakie to szczęście, że zrobiliśmy tę kampanię! Liczyliśmy, że pozyskamy 200 tys. zł, znajomi deklarowali, że wpłacą, pomysł na biznes – mówili – genialny, tymczasem od wszystkich wpłynęło 7 tys. zł. Gdybyśmy dalej poszli z tym pomysłem, to byśmy stracili czas, pieniądze i marzenia. Ale rynek nas brutalnie zweryfikował i teraz już wiemy, że to byłby błąd. 

Załóżmy, że udało się, zebraliśmy pieniądze. Gdzie one trafiają? 

Od razu na konto spółki, która zbiera finansowanie. I może ona realizować swoje cele inwestycyjne. Z reguły te pieniądze mają jasno określony cel – czy to zbudowanie aplikacji mobilnej czy zakup maszyn lub zatrudnienie handlowców.

A inwestor staje się akcjonariuszem.

Spółka najpierw podwyższa kapitał, potem emituje nowe akcje. Po rejestracji w sądzie inwestorzy zostają akcjonariuszami spółki. To jest proces, który jeszcze trochę trwa, 2–3 miesiące.

A ile zwykle wpłacają inwestorzy?

Rekordowo to było kilkaset tysięcy złotych, średnia wpłata wynosi 923 zł. Te duże wpłaty nie pojawiają się znikąd. Nie ma tak, że nagle na koncie pojawia się 0,5 mln zł. Tacy inwestorzy spotykają się z emitentem. Trzeba pamiętać, że inwestowanie w spółki we wczesnej fazie rozwoju jest bardzo ryzykowne, dlatego przy większych kwotach inwestorzy są bardzo ostrożni.

I mogą zbankrutować, a my nic nie zarobimy.

Tak. I to powinno być nasze podstawowe założenie. Drugie założenie jest takie, że te pieniądze będą prawdopodobnie długi czas niepłynne. Krótko mówiąc, zamrażamy ten kapitał. I dopiero teraz możemy przejść do tego, jak można potencjalnie zarobić. Po pierwsze, jeżeli spółka się na to zdecyduje, to może wypłacić dywidendę, którą po podziale dostaną wszyscy udziałowcy. Druga możliwość – w każdej chwili mogę sprzedać każdemu swoje akcje. Bardzo często spółki mają swoje fora, np. na Facebooku i tam pojawiają się propozycje skupu akcji. Bywa tak, że więksi inwestorzy skupują tych mniejszych, dając im z reguły wyższą cenę. Trzecia możliwość to pojawienie się inwestora strategicznego, który będzie chciał wykupić mniejszych akcjonariuszy. Takie rozmowy już się toczą w jednym wypadku. Po czwarte, wejście na New Connect. I też pracujemy z taką spółką. Wówczas ten papier uzyska płynność. 

Z jakimi opłatami muszą się liczyć przedsiębiorcy, którzy chcą zbierać pieniądze poprzez twoją platformę?

Odpowiedź na to pytanie znowu jest trudna, bo to zależy od tego jakie nakłady musieliśmy ponieść. Im silniejsza jest społeczność, tym będzie taniej, a nasze nakłady, wydatki marketingowe na przeprowadzenie kampanii będą mniejsze. Może to być 0 zł, jeżeli mam bardzo silną społeczność i nie potrzebuję pieniędzy. Wtedy płaci się tylko Beesfundowi.

Prowizję?

Prowizję, ale też stałe opłaty. U nas to jest między 20 a 45 tys. zł opłaty wstępnej i między 5 a 6,9 proc. w zależności od wielkości zebranej kwoty. Szacuję, że łączny koszt przeprowadzenia emisji jest między 8 a 15 proc. całej pozyskanej kwoty. 

Czyli przy 1 mln zł będzie to od 80 do 150 tys. zł.

Tak. To wszystko zależy od okoliczności, czy istnieje wokół firmy silna społeczność. 

Wszystko pięknie, tylko KNF ostrzega platformy crowdfundingowe i grozi wam karami.

Bardzo dobrze, że KNF stoi na straży pieniędzy inwestorów, bo do tego jest powołany. Dobrze by było, gdyby KNF przeprowadził nawet akcję informacyjną o tym, jakie są ryzyka związane z tak wczesną fazą inwestowania. Powinniśmy nauczyć się świadomie ponosić ryzyko. Musimy wiedzieć, że tam gdzie jest szansa na wysoki zysk, tam też jest duża możliwość porażki. To powinno być wydrukowane czerwonymi literami.

KNF stwierdziła, że albo jesteście domem maklerskim, albo z nim współpracujecie, albo grozi wam 5 mln zł kary i dała dość krótki termin do wypełnienia obowiązków.

To była jasna informacja – kiedy platformy przekraczają cienką czerwoną linię, zaczynając oferować akcje, a kiedy jeszcze tego nie robią. KNF powiedział: jeżeli przekroczycie tę cienką czerwoną linię, to musicie być biurami maklerskimi, jeżeli pozostajecie przed tą linią to wszystko jest dobrze.

Ta cienka czerwona linia to sprzedawanie papierów wartościowych.

Wyobraźmy sobie, że w Beesfund siedzi 20 sprzedawców na słuchawkach i dzwonią. To jest ta cienka czerwona linia. Beesfund nigdy tego nie robił i nie zamierza tego robić. 

Wcześniej czy później pojawi się zbiórka, na której ludzie stracą.

I wtedy wszyscy zapytają: gdzie był KNF? I słusznie zapytają. Wtedy KNF będzie mógł powiedzieć „przestrzegaliśmy”. Tyle że nie można budować wokół zakazów, zlikwidujmy rynek i wtedy nie będzie problemów. Informujmy o ryzykach, nie likwidując rynku. Zresztą teraz spółki mogą same wyemitować akcje, nie potrzebują Beesfund. Lepiej więc, żeby to robiły przy użyciu platformy, gdzie pilnujemy całego procesu, czy żeby to była zupełnie wolna amerykanka? 

Domy maklerskie popełniły błąd, że nie potraktowały cię na początku serio, gdy mówiłeś, że ten rynek trzeba rozwijać?

Jestem przekonany, że to ja popełniłem błąd, że za mało skutecznie przekonywałem do współpracy. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo Beesfund naprawdę ma ambicje dostarczania dużo pracy wszystkim uczestnikom rynku. Filozofia powiększania bochenka jest o wiele lepsza niż filozofia regulowania i niedopuszczania innych. Pewne tendencje są nie do uniknięcia, jest ustawodawstwo europejskie.

Dzięki któremu jest inny limit.

Tak, 1 mln euro, który można zebrać przez crowdfunding. Było 100 tys. euro, a jest 1 mln. Ten 1 mln euro to jest najniższy limit przewidziany prawem UE. Czy myśmy zrobili dobrze, że wybraliśmy taki limit? A być może to powinno być 5 mln euro? W Polsce 1 mln euro wydaje się bardzo dużą kwotą, a na Zachodzie w wielu państwach w Wielkiej Brytanii czy w Niemczech to jest nieduża suma. W związku z czym apeluję o podniesienie limitu do 5 mln euro także w Polsce. 

Jeżeli będzie można pozyskać 5 mln euro przez platformę crowdfundingową, to pozyskanie 7 mln euro czy 10 mln euro przez giełdę, z prospektem, nadzorcą, z ostrymi wytycznymi, karami, ze sprawozdawczością co kwartał, firmy zaczną wybierać crowdfunding. A inni będą twierdzili, że zabierasz im biznes.

Domy maklerskie mogą również korzystać z bezprospektowej emisji. Przecież to nie jest zakazane. Po drugie, to nie jest tak, że te miliony wpadają, bo robimy to przez crowdfunding. Samo podwyższenie limitu tego nie zmieni.

Gdyby akcja z Wisłą Kraków potrwała 24 godziny dłużej, miałbyś dwa razy tyle.

To są wyjątki. Jeśli masz biznes ze 100-letnią historią i  rzeszę kochających ludzi, no to będziesz miał te 20 mln zł.

Nie wiem, czy to przekona domy maklerskie…

Samo podniesienie limitu z automatu nie poskutkuje większymi kwotami. Widzę tu rolę New Connect, bo możemy przecież założyć, że spółka która chce więcej pieniędzy, obiecuje, że przyszłości wejdzie na giełdę. Wielu inwestorów o wiele chętniej będzie wpłacało pieniądze na spółkę, która wystartuje w limicie 5 mln euro, zapowie opcję dematerializacji akcji i notowania na New Connect. Już prowadzę takie rozmowy. 

Czyli przynosisz im klienta.

Tak, oczywiście. Mam dziś poczucie, że jestem nowym elementem ekosystemu. Najmłodszy musi w szatni biegać po bidony i ręczniki wymieniać. Nie znaczy to, że nie możemy pokazać jakiegoś efektownego dryblingu.

Nosiłeś te bidony i ludzie byli zadowoleni. GPW podpisała z tobą umowę na stworzenie akceleratora, władze giełdy się zmieniły i z tej umowy nic nie wyszło.

Niestety. No tak, giełda moja wielka, jednostronna miłość pozostaje niespełniona. Smutno mi, że się ten akcelerator nie udał. Wydaje mi się, że moglibyśmy razem góry przenosić, ale jest nam widocznie pisane przenoszenie gór oddzielnie, przynajmniej na tym etapie.

A z czego to wynika?

Nie wiem. Giełda idzie konsekwentnie w kierunku realizacji własnej strategii, opierając się na  współpracy z biurami maklerskimi. Ja szanuję ten wybór.

Bo biura są też źródłem przychodów GPW. 

Dzięki tym biurom i autoryzowanym doradcom w 2019 r. zadebiutowało 14 nowych spółek na New Connect.

Rozumiem, że to była złośliwość.

Nie, to stwierdzenie faktu. 

A jakie są twoje relacje z prezesem giełdy?

Bardzo szanuję Marka Dietla, uważam, że to błyskotliwy profesorski umysł. Natomiast tworząc Beesfund, moim wielkim marzeniem było, żeby giełda traktowała nas jako źródło firm, które mogą się w przyszłości pojawić na parkiecie. Beesfund bardzo by pasował do giełdy. Prezes Dietl dziś trzyma w rękach dużą zabawkę w postaci rynku głównego, a New Connect traktuje jako taką małą, która nie przynosi pieniędzy. Ale to małe może urosnąć. Beesfund może być jedną z największych platform equity crowdfundingowych w Europie. Jesteśmy w stanie dogonić Anglików. A czy warszawska giełda jest w stanie przegonić London Stock Exchange? Nie, nie ma na to szans za naszego życia. 

A byłbyś gotowy sprzedać Beesfund?

Oczywiście. Gdyby przyszła giełda i zapłaciła dobrą cenę, najlepiej jeszcze wraz z jakimś dużym bankiem, to by było mistrzostwo świata. Ja wierzę, że Beesfund może być największą platformą Międzymorza. To byłby taki koktajl Mołotowa w postaci giełdy, dużej instytucji bankowej, do tego przy wsparciu państwa w postaci ulg dla inwestorów. Moglibyśmy stworzyć coś, co będzie największe w Europie. 

A co robisz, żeby stać się największą platformą?

Ściągnęliśmy do współpracy Ludwika Sobolewskiego, giganta rynku kapitałowego. Był wieloletnim prezesem dwóch giełd polskiej i rumuńskiej. Założył trzy MTF-y, czyli trzy alternatywne systemy obrotu: New Connect, BondSpot i AeRO w Rumunii. Beesfund chce w przyszłości coś takiego zrobić. W styczniu uruchamiamy oddział w Rumunii. To drugi największy rynek w Europie Środkowo-Wschodniej z 19 mln obywateli i ma to samo prawodawstwo dotyczące equity crowdfundingu. Chcemy też wchodzić do następnych państw.

Robicie to własnymi środkami?

Pozyskujemy środki od inwestorów oraz finansujemy się z bieżącej działalności.

Może Beesfund powinien być wystawiony na Beesfundzie?

Planujemy też taki moment. Bardzo poważnie bierzemy pod uwagę przeprowadzenie takiej emisji.

Na pokładzie macie też innego byłego wiceprezesa giełdy Michała Cieciórskiego.

To członek naszej rady nadzorczej. Wybitny, błyskotliwy umysł, człowiek, który na co dzień pracuje w Europejskim Banku Centralnym we Frankfurcie, jest naszym takim łącznikiem z wielkim światem. Jest też Michał Kozicki, były wieloletni prezes HBO Polska oraz Paweł Zylm, wieloletni prezes BRE Banku, a jednocześnie anioł biznesu, mentor, człowiek, który regularnie inwestuje w wiele startupów. Przeszliśmy do etapu powtarzalności biznesu. To też jest tegoroczny sukces. Bo jedną, dwie, pięć emisji, to jesteś w stanie zrobić „chałupniczo”. A myśmy już osiągnęli powtarzalność efektów. 

Ludwik Sobolewski też ma własną platformę crowdfundingową

Kupiliśmy ją. Dokonaliśmy takiej małej integracji rynkowej.

Zostawisz to jako oddzielny element, który będzie nakierowany na inwestorów z większym portfelem?

Beesfund to też platforma Odpal Projekt, platforma nieruchomościowa Taon Property, platforma przejęta od Ludwika Sobolewskiego i rynek, który wystartuje w 2020 r., do handlu udziałami spółek z o.o.

Współpracujesz z Michałem Brańskim, współwłaścicielem Wirtualnej Polski.

Nie nazwałbym tego współpracą, to po prostu inwestor, który...

Ratuje Stomil Olsztyn.

Już uratował. Michał Brański jest jednym z zarejestrowanych inwestorów w Beesfundzie. Kiedy dostałem informację od kolegów z Olsztyna, że trzeba ratować klub Stomil, był jedną z osób, które przyszły mi do głowy. Zainwestował 4 mln zł w Stomil przejmując 85 proc. akcji. Zaczęliśmy jeździć do Olsztyna i każdorazowy taki wspólny wyjazd był dla mnie wielką lekcją biznesu, słucham go z zapartym tchem. Jest moim nieoficjalnym mentorem. Cieszę się, że Michał nie tylko pieniądze, ale kawał serca w Olsztynie zostawił.

Ty też zostawiasz serce w Olsztynie, robisz tam kemping. Opowiedz o tym projekcie.

Przeczytałem w „Dzienniku Olsztyńskim” ogłoszenie, że jest kemping nad jeziorem Ukiel do wydzierżawienia. Spędziłem dzieciństwo nad tym jeziorem, tam byłem ratownikiem, tam nurkowałem, tam nauczyłem się żeglarstwa. Piękne jezioro w pięknym mieście. To był impuls. Potem się zastanawiałem, jak to ma wyglądać biznesowo. Zacząłem się interesować rynkiem kempingowym w Europie i na świecie i doszedłem do wniosku, że jest ogromna nisza, by zintegrować rynek. Chcę, żeby Olsztyn był takim proof of concept całego pomysłu integracji rynku kempingowego w Polsce i Europie Środkowo-Wschodniej. No bo widzisz, to Międzymorze we mnie tkwi, ja od razu wszystko przerzucam na Europę Środkowo-Wschodnią.

Misja Arka Regieca na najbliższe lata to jest?

Zbudowanie największej platformy equity crowdfundingowej obszaru Międzymorza.

My Company Polska wydanie 1/2020 (52)

Więcej możesz przeczytać w 1/2020 (52) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY