Małysz polskiego wspinania

Ola Mirosław
Ola Mirosław, fot. mat. prasowe
Sport nauczył mnie cierpliwości. Ona jest ważna, bo pomaga dążyć do celu – pięć razy upadniesz, ale za szóstym razem w końcu zwyciężysz. Bez umiejętności radzenia sobie z porażkami i wyciągania z nich wniosków, nie zajdziesz w sporcie daleko – mówi Ola Mirosław, rekordzistka świata we wspinaczce na czas.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 1/2023 (88)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Trzykrotnie zmieniałaś termin dzisiejszego wywiadu. Aż tyle się u ciebie dzieje?

To wyjątkowa sytuacja, gdyż aktualnie przebywam na zgrupowaniu w Niemczech i razem z trenerem byliśmy w trakcie ustalania planu treningów. Zgrupowania rządzą się swoimi prawami – skupiam się wyłącznie na treningach, raczej nie poświęcam się innym aktywnościom, takim jak udzielanie wywiadów. Wyjeżdżając, chcę skupić się wyłącznie na pracy, bez zbędnych rozpraszaczy. Natomiast na co dzień jestem zwolenniczką balansu – jest czas na trening i focus na ciężkiej pracy, ale znajduję również czas na przyjemności i działania pozasportowe. 

Sportowiec współcześnie musi być trochę multidyscyplinarny? Twoje działania pozasportowe nie ograniczają się wyłącznie do współprac sponsorskich.

Tak, ale potrzebne jest wsparcie osób, które będą miały wizję ciebie nie tylko jako sportowca. W dzisiejszych czasach nikt już nie płaci wyłącznie za zwycięstwa, marki oczekują korzyści z twojej popularności czy – jak to się ładnie mówi – marki osobistej. Chciałabym uniknąć sytuacji, w której kończę karierę i nie bardzo wiem, co ze sobą zrobić. Mocno angażuję się w aktywizację dzieciaków, biorę udział w akcjach społecznych, np. w Szlachetnej Paczce. Ważna jest jednak wiarygodność, właściwe zarządzanie własnym wizerunkiem. Jeszcze raz powtórzę: w każdym aspekcie życia kluczowy jest balans.

Fajnie, że mówisz o tym balansie. W kontekście prowadzenia biznesu co jakiś czas powraca dyskusja poświęcona tzw. kulturze zapierdolu. Choć obecnie raczej podkreśla się, że nie powinniśmy pracować 24 godziny na dobę siedem dni w tygodniu, poprzednie pokolenia były uczone inaczej. Ciekaw jestem, czy w sporcie można osiągać największe sukcesy, jeśli w pełni nie poświęci się reprezentowanej dyscyplinie?

Uważam, że stuprocentowe skupienie i zachowanie równowagi w życiu idą ze sobą w parze. Gdybym o moim treningu rozmyślała 24 godziny na dobę 7 dni w tygodniu 365 dni w roku, to prawdopodobnie bym zwariowała. Ta umiejętność „wyjścia” ze sportu pomaga mi zachować pełne skupienie na treningach, zwłaszcza gdy robi się ciężko, a najważniejsza impreza zbliża się wielkimi krokami. 

Jednak to, że jestem zwolenniczką balansu, wcale nie oznacza, że nie poświęcam się wspinaczce w stu procentach. Jedno nie wyklucza drugiego. W okresach takich jak teraz – czyli przygotowań do sezonu – jest trochę więcej przestrzeni na odstępstwa, czy działalność pozasportową na większą skalę, ale w okresie startowym moją uwagę i energię pochłaniają tylko przygotowania. Wtedy nie ma negocjacji czy odstępstw od czegokolwiek. 

Pamiętaj, że wywodzę się ze sportu nieolimpijskiego, który aktualnie bardzo intensywnie się rozwija i przechodzi transformację w sport olimpijski. Tak naprawdę przez wiele lat nie miałam możliwości skupienia się jedynie na sporcie, aby przeżyć, musiałam łączyć treningi z pracą, dlatego wydaje mi się, że jeszcze bardziej doceniam aktualne warunki. Fakt, że mogę wrócić z treningu i po prostu odpocząć jest dla mnie ogromnym przywilejem. 

No właśnie, twoja droga do wspinaczki chyba nie była aż tak oczywista?

Przez sześć lat trenowałam pływanie – w szkole, do której uczęszczałam funkcjonował świetnie rozwinięty klub pływacki, a basen był obowiązkowy dla wszystkich jako przedmiot w szkole, poza tym moi rodzice uważali, że pływanie to bardzo przydatna umiejętność. Moja starsza siostra Gosia zaczęła trenować wspinaczkę kilka lat przede mną, a z zawodów zwykle przywoziła medale i puchary. Bardzo mnie to fascynowało i zawsze myślałam, że pewnego dnia też bym tak chciała!

Zazdrość?

Podziw! Zresztą niedawno dowiedziałam się, że Michael Phelps miał podobnie – zaczął pływać, bo zafascynował się sukcesami sióstr. Muszę zaznaczyć, że wspinanie jest stosunkowo młodą dyscypliną. Kiedy w 2017 r. na poważnie ruszyłam z treningami, trudno było tak naprawdę określić, kto ma predyspozycje do tego sportu. Szczęśliwie w moim przypadku przejście z pływania na wspinanie odbyło się dosyć naturalnie, bo i tu, i tu w cenie są podobne atuty: silne ręce, doskonała koordynacja ruchowa, powtarzalność ruchów. Myślę, że poniekąd to dzięki pływaniu tak dobrze i tak szybko odnalazłam się we wspinaniu.

A więc bardzo ważne jest, by w najbliższym otoczeniu mieć autorytet, który zarazi cię swoją pasją.

To rzeczywiście pomaga. I nie mówimy tu wyłącznie o członkach rodziny. Dostrzegam ogromną rolę instruktorów czy nauczycieli wychowania fizycznego, którzy powinni przekonywać najmłodszych, że aktywność fizyczna jest naprawdę fajna, niezależnie od jej formy. Ruchem można się świetnie bawić i tym powinniśmy motywować dzieciaki, a nie rzucać im piłkę, by po prostu strzelały sobie gole.

Po kilkulatku widać już, czy ma predyspozycję do zawodowego sportu, czy jednak pewnych cech – takich jak wola walki – nabywa się z czasem? 

Pracowałam z dzieciakami, ale bardziej pod kątem rekreacyjnym, a nie wyczynowym, więc trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Ja np. od zawsze uwielbiałam rywalizację, już jako dziecko – a później nastolatka – świetnie czułam się, działając pod wpływem stresu i presji. Konkurencja, w której startuję wymaga szybkości, precyzji i właśnie umiejętności radzenia sobie ze stresem, co bardzo mi odpowiada. Oczywiście nie każdy nadaje się do wspinania na czas, ponieważ jest to psychicznie bardzo wymagająca konkurencja. Rolą trenerów jest dostrzeżenie charakteru podopiecznych i tego, czy dana osoba ma predyspozycje do sprintów czy może jednak do konkurencji wytrzymałościowych. Z pewnymi cechami się po prostu rodzisz, ze mnie nie zrobisz już wytrzymałościowca.

Jakich cech nauczył cię sport?

Przede wszystkim cierpliwości. Wciąż jestem trochę osobą w gorącej wodzie kąpaną, ale coraz skuteczniej z tym walczę. Cierpliwość jest ważna, bo pomaga dążyć do celu – pięć razy upadniesz, ale każdy ten upadek przybliża cię do celu i przygotowuje do osiągnięcia sukcesu. Bez umiejętności radzenia sobie z porażkami i wyciągania z nich wniosków, nie zajdziesz w sporcie daleko. Lata 2016–2017 były dla mnie chyba najtrudniejszym okresem w karierze. Ważyły się wówczas losy mojej kariery sportowej, ale na szczęście w tym okresie miałam wspaniałych ludzi wokół siebie, dzięki którym udało mi się przebrnąć przez ten czas. W sporcie nie zawsze jest kolorowo, nie zawsze będziemy wygrywać, ale z odpowiednimi ludźmi jesteśmy w stanie przez to wszystko przejść.

Co jest trudniejsze – odzyskanie motywacji po porażce czy utrzymanie motywacji po kolejnym sukcesie?

To dwa różne rodzaje motywacji, nie da się odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Bardzo ważne są oczekiwania, z jakimi ruszasz na zawody. Kiedy jesteś „czarnym koniem” zawodów i nikt nie ma wobec ciebie żadnych oczekiwań, to nawet jeśli przegrasz, niewiele osób będzie o tym wiedziało. Tak było ze mną na mistrzostwach świata w Innsbrucku w 2018 r. – tak naprawdę tylko ja i mój trener wiedzieliśmy, że jedziemy tam walczyć o złoto. Obecnie na każdych zawodach występuję w roli faworytki, więc również odbiór moich startów się zmienił, czy to przez świat zewnętrzny, czy przeze mnie samą – pojawiły się oczekiwania, presja, z którą musisz sobie poradzić. Teraz startuję po to, żeby wygrywać. Lubię to uczucie, lubię przekraczać kolejne granice. Stale chcę sięgać po więcej, choć nie zawsze tak było.

Pytam o motywację, bo ten temat często przewija się w wywiadach ze sportowcami. „Osiągnąłeś/aś już w zasadzie wszystko, jakim cudem chce ci się jeszcze walczyć o najważniejsze laury”?

Kiedy wygrywałam mistrzostwo Europy, to już stojąc na podium myślałam o następnym celu. Odbierając medale, czuję dumę, ale z tyłu głowy mam też to, że są kolejne tytuły, rekordy i puchary, po które mogę sięgnąć. Jestem już starszą, doświadczoną zawodniczką, więc wejście do czołowej ósemki przestało robić na mnie jakiekolwiek wrażenie, to co mnie interesuje to wygrana. Wiem, jak to jest być na dole i znam smak bycia na górze – zdecydowanie wolę tę drugą opcję.

Kiedy był taki moment, że poczułaś, że rzeczywiście możesz daleko zajść w tym sporcie?

Od początku chciałam daleko zajść. Kiedy w 2007 r. rozpoczęłam swoją przygodę ze wspinaniem, zapowiedziałam, że pewnego dnia zostanę mistrzynią świata. Choć w kategoriach juniorskich trzykrotnie sięgałam po tytuł mistrzyni świata, a jako seniorka w swoim dorobku miałam medale imprez mistrzowskich, to jednak brakowało tego najważniejszego, złotego krążka mistrzostw świata seniorów. Musiałam na niego trochę poczekać, jednak bardzo się cieszę, że największe sukcesy nadeszły, kiedy byłam już w pełni świadomą zawodniczką, bo dzięki temu wszystkiemu co spotkało mnie w przeszłości – wszystkim doświadczeniom, trudnościom, wygranym i przegranym – potrafiłam sobie z nimi poradzić. Kolejne medale i rekordy nie są łatwe. 

Co jest najtrudniejszego w wygrywaniu?

Żeby osiągać wielkie sukcesy, musisz być dojrzałym sportowcem, w innym przypadku w sukcesach bardzo łatwo się zatracić. Na szczyt jest wejść trudno, ale utrzymać się na nim jest jeszcze trudniej, dlatego trzeba umieć sobie to wszystko odpowiednio poukładać w głowie. 

Jednak czasem to właśnie gwiazdorzenie i charyzma sprawiają, że dany zawodnik nieodwracalnie zmienia dyscyplinę sportową, w której startuje. Nie zawsze najwybitniejsi trafiają na karty historii.

Charyzma to nie to samo, co gwiazdorzenie. Czasami to, co postrzegamy jako gwiazdorzenie, dla zawodnika jest czymś pomagającym mu wejść we flow. Uwielbiam to, jaki był – jest – Michael Jordan. Czasami patrząc na niego, moglibyśmy stwierdzić, że gwiazdorzył, lecz on po prostu taki był. Jordan cechuje się niesamowicie mocnym charakterem, jest nieustępliwy – przez całą karierę liczyło się dla niego wyłącznie wygrywanie. Podobny był Kobe Bryant, również Michael Phelps zawsze był gotowy do osiągania najwyższych celów. Dla mnie typem gwiazdy jest Dennis Rodman, ale z drugiej strony pozostaje również jednym z najwybitniejszych graczy w historii NBA. Więc może to, co robił poza sportem, pomagało mu wejść na najwyższy poziom w sporcie? 

Gdzie jesteś na swojej drodze na igrzyska olimpijskie w Paryżu?

W miejscu, w którym powinnam być. Start i walka o najwyższe miejsca na igrzyskach w Paryżu to niezaprzeczalnie jeden z moich największych celów, ale żeby go osiągnąć, najpierw muszę się na nie zakwalifikować. A ścieżka kwalifikacji w mojej konkurencji jest szczególnie trudna... Widziałam, jakie wrażenie zrobiło na ludziach wspinanie w Tokio, więc jestem przekonana, że igrzyska w Paryżu będą przełomowym wydarzeniem nie tylko dla mnie, ale ogólnie dla całej dyscypliny. 

Masz jakiś plan B? Dopuszczasz myśl, że...

Jest tylko plan A. Do jego zrealizowania kluczowe jest zaplanowanie tych przygotowań pod każdym kątem, przygotowanie się na każdy możliwy scenariusz. Jeszcze raz podkreślę – po największe cele nie sięga się samemu, najważniejszy jest zespół. Rozumiany nie tylko jako trenerzy czy specjaliści, z którymi współpracuję, ale również partnerzy traktujący ten cel jako nasz wspólny. Przygotowania do zdobycia kwalifikacji olimpijskiej wymagają wiele nie tylko ode mnie, ale także od całego mojego zespołu. 

To na olimpiadzie w Tokio zrozumiałam, jak ogromne znaczenie ma dobry występ na najważniejszej imprezie czterolecia. Jest z tym związana nawet pewna anegdota, która świetnie obrazuje wagę tego startu. Przed eliminacjami w Tokio robiłam sobie makijaż, gdzie jednym z kosmetyków był korektor z Diora. Pamiętam, że spojrzałam na niego i powiedziałam, że jak dziś mi nie wyjdzie, to jest to prawdopodobnie pierwsza i ostatnia rzecz tej marki, jaką kupiłam. Już abstrahując od marki, chodzi o to, że gdyby mój start w Tokio nie zakończył się sukcesem, to tak naprawdę wszystko musiałabym zacząć budować od zera. Myślę, że wówczas pobity rekord świata i finał olimpijski – a nie sam udział w igrzyskach – otworzyły mi wiele drzwi. 

Zdajesz sobie sprawę, że powoli stajesz się dla dzieciaków wzorem do naśladowania?

Coraz częściej się o tym przekonuję. Pewnej niedzieli w Lublinie wybraliśmy się z mężem na obiad do restauracji. Obok nas siedziało małżeństwo z dwójką młodszych dzieci. Ci ludzie – wychodząc – pogratulowali mi startu na igrzyskach olimpijskich, które oglądał również ich syn i zapragnął wyjścia na ściankę. Jeszcze kilka lat temu nawet nie śmiałam marzyć, że dzieciaki będą mnie wskazywały jako swoją idolkę. Bycie autorytetem jest bardzo miłe, ale jednocześnie niesie za sobą ogromną odpowiedzialność – żeby wspinanie szerzej trafiło do ludzi, należy mądrze prowadzić całą komunikację. 

Zaraz po igrzyskach dostałam na Instagramie wiadomość, której nigdy bym się nie spodziewała – nadawca nazwał mnie „Małyszem polskiego wspinania”. I trochę o to w tym wszystkim chodzi. Sportowiec nie może skupiać się wyłącznie na indywidualnych sukcesach, jego rolą jest działanie pod kątem rozwoju danej dyscypliny, bo tylko dzięki naszym sukcesom, następne pokolenia będą miały łatwiejszy start. Oprócz bycia zawodnikiem uważam, że niezwykle ważne jest bycie pewnego rodzaju ambasadorem swojej dyscypliny i przede wszystkim wyjście z tym sportem do najmłodszych.  C

My Company Polska wydanie 1/2023 (88)

Więcej możesz przeczytać w 1/2023 (88) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY