Mają lepsze dyplomy, a dostają nawet o 3 mln zł mniej. Tak pęka mit o sukcesie w świecie startupów
Analizuję raport "The VC factor" opublikowany przez Invest Europe.
My plus Grecja
Zamiast patrzeć na granice państw, autorzy raportu sprawdzili, jak realnie płyną pieniądze. Okazało się, że Europa podzieliła się na osiem „klanów” – grup miast, które trzymają się razem w biznesie. Polska trafiła do jednej „rodziny” z krajami Europy Środkowo-Wschodniej i… Grecją. Co nas łączy? Podobny sposób działania i fakt, że wszyscy startupowcy z tej puli – poza krajowymi opcjami – najchętniej szukają inwestorów w Londynie.
Nasza grupa jest jednak specyficzna. W klanie francuskim czy brytyjskim rządzi jeden wielki lider – Paryż lub Londyn – który przyciąga wszystko jak magnes. U nas jest inaczej: panuje „startupowa demokracja”. Aktywność rozkłada się równomiernie między Warszawę, Pragę, Budapeszt i Ateny. To nasza siła, ale i słabość. Choć tworzymy jeden blok, wciąż rzadko fundusz np. z Warszawy zagląda do startupów w Atenach czy Budapeszcie, ale fundusz ze Sztokholmu bez problemu i bardzo często inwestuje w startupy np. z Tallinna czy Helsinek.
Co ciekawe, algorytmy badające te powiązania nie znają granic państwowych, a jednak mapa, którą narysowały, niemal idealnie pokrywa się z liniami na globusie. To jasny sygnał: w VC wciąż najbardziej ufamy tym, którzy mówią naszym językiem i działają w tym samym systemie prawnym. Dobra wiadomość? Izolacja pęka. W 2007 roku tylko 23% inwestycji przekraczało granice „klanów”, dziś to już 43%.
Prymusi i maruderzy, czyli kto tu rządzi?
Jeśli szukamy wzorców do naśladowania, oczy wszystkich zwrócone są na kraje Nordyckie i Bałtyckie. To absolutni liderzy pod względem gęstości sieci i koncentracji kapitału – tamtejsze huby działają jak jeden sprawny organizm. Na drugim biegunie znajdziemy właśnie nasz region (CEE) oraz Półwysep Iberyjski, gdzie sieć powiązań jest wciąż rzadsza, a przepływy kapitału bardziej nieśmiałe.
Niezmiennym „super-hubem” pozostają Wyspy Brytyjskie. Londyn i okolice to wciąż najważniejszy inwestor zewnętrzny dla niemal każdego z pozostałych regionalnych "klanów" w Europie. To stamtąd płynie najwięcej kapitału, który przekracza lokalne granice i zasila startupy z całej Europy.
Mit garażowego geniusza kontra twarde dane
Raport brutalnie rozprawia się z mitem genialnego drop-outa, który rzuca studia, by w garażu zbudować jednorożca. Dla europejskich VC rządzą „papiery”. Aż 76% founderów posiada co najmniej tytuł magistra, a 21% to doktorzy. W sektorze biotechnologicznym bez doktoratu (ma go 56% profesjonalistów) właściwie nie ma co podchodzić do stołu.
Co z tą Polską i naszymi dyplomami? Większość z nas (podobnie jak reszta Europy) nie kończyła Oxfordu czy Cambridge – ponad połowa startupowych sukcesów rodzi się w głowach absolwentów uczelni spoza globalnej setki (Top 100). Jednak tutaj pojawia się haczyk: prestiż ma swoją cenę. Absolwenci 50 najlepszych uczelni świata stanowią tylko 10,7% założycieli, ale zgarniają aż 15,7% całkowitego finansowania – czyli dostają średnio o 1,4 mln euro więcej niż inni (dane dotyczą grupy 59 200 founderów badanych w latach 2011–2021). Prestiżowa alma mater to dla VC wciąż najskuteczniejszy magnes na większe tickety.
Paradoks szklanego sufitu
Najbardziej gorzką pigułką w raporcie jest kwestia płci. Dane pokazują absurdalną sytuację: kobiety w świecie startupów są średnio lepiej wykształcone i częściej kończą prestiżowe uczelnie niż ich koledzy. Mimo to, zespoły kobiece otrzymują średnio o 700 tysięcy euro mniej na rundę inwestycyjną.
Co gorsza, różnicy tej nie da się wyjaśnić wykształceniem czy kierunkiem studiów. Połowa tej luki wynika z czynników strukturalnych (kobiety często budują mniejsze zespoły lub wchodzą w sektory wolniej rosnące). Z kolei druga połowa tej luki to czynniki nieuchwytne dla statystyk – to, kogo znamy, jak budujemy relacje i jak bardzo inwestorzy nam ufają. Raport wskazuje, że te same miękkie umiejętności i talent są wciąż wyżej wyceniane u mężczyzn. Inwestorzy, często wyżej punktują pewność siebie czy styl przywództwa u panów, podczas gdy u kobiet te same cechy nie przekładają się na tak wysokie rundy. Autorzy raportu wprost wskazują na uprzedzenia inwestorów do kobiet.
Inżynier buduje, menedżer zarabia
Na koniec warto spojrzeć na to, czego się uczymy. STEM (nauka, technologia, inżynieria, matematyka) dominuje – 53% uczestników rynku to ścisłe umysły. Jednak to absolwenci kierunków biznesowych i administracji wydają się mieć „lżejszą rękę” do wyciągania pieniędzy z rynku, przyciągając finansowanie nieproporcjonalnie duże w stosunku do swojej liczebności – stanowią 26,7% założycieli, ale zgarniają 28,4% puli pieniędzy.
Wniosek dla polskiego ekosystemu? Talent mamy, wykształcenie również, a nasze miasta (od Warszawy po Wrocław) coraz gęściej pojawiają się na mapie aktywnych hubów. Aby jednak dogonić skandynawskie „super-huby”, musimy nauczyć się budować mosty poza nasz "klan" i przestać wierzyć, że sam dyplom – nawet ten najlepszy – załatwi za nas networking i dobry pomysł.
Instynkt przetrwania zamiast prestiżowego CV. Dlaczego niektórzy inwestorzy stawiają na ludzi z trudną przeszłością?
W świecie nowoczesnych technologii przyzwyczailiśmy się do lśniących życiorysów, dyplomów z Harvardu i nienagannych pitch decków. Tymczasem istnieje grupa inwestorów, która zamiast certyfikatów, szuka u przedsiębiorców hartu ducha wykutego w trudnych doświadczeniach, a zamiast przewidywalności – neuroróżnorodności. I właśnie ci inwestorzy mówią, że najlepsze inwestycje to te, które inni uznaliby za zbyt ryzykowne.