Instynkt przetrwania zamiast prestiżowego CV. Dlaczego niektórzy inwestorzy stawiają na ludzi z trudną przeszłością?
Fundusze venture capital grają o najwyższą stawkę – każdy inwestor marzy o tym, by w swoim portfelu mieć przynajmniej jednego jednorożca. Badania Endeavor mówią, że na taki sukces istnieje niemal gotowy przepis. Analizy historii setek miliardowych spółek sugerują, że idealny kandydat na lidera unicorna to często inżynier z konkretnym stażem, który świat startupów zna od podszewki i nie boi się budować biznesu z dala od ojczyzny. Większość graczy na rynku trzyma się tej listy cech jak instrukcji obsługi, licząc, że odhaczenie kolejnych punktów zagwarantuje im bezpieczny zysk.
Są jednak inwestorzy, którzy szukają zysków tam, gdzie inni widzą jedynie chaos. Stawiają na coś, czego nie da się nauczyć na żadnym kursie biznesu: życiową twardość. Dla nich najważniejszym kapitałem lidera jest instynkt przetrwania i odporność wykuta nie w korporacyjnych biurach, ale w najtrudniejszych, osobistych kryzysach. To ich własna metoda na znalezienie tych wyjątkowych 0,1% przedsiębiorców, którzy nie pękną nawet wtedy, gdy na rynku zacznie się prawdziwy sztorm.
80% sukcesu to człowiek (i jego blizny)
Barend Van den Brande i Firat Ileri, partnerzy w Hummingbird, to postacie, które wywróciły do góry nogami tradycyjny podręcznik venture capital. Ich filozofia jest do pewnego momentu typowa dla VC: 80% sukcesu firmy to założyciel, a pozostałe 20% to rynki i produkt, które mogą się zmieniać. Jednak dalszy ciąg już może być kontrowersyjny: Najlepszymi założycielami są ci, którym życie „pokazało zęby”, którzy są w jakiś sposób złamani. Inwestorzy z Hummingbird otwarcie przyznają, że szukają u przedsiębiorców doświadczenia traumy.
Fundusz wierzy, że najlepszymi przedsiębiorcami są „outsiderzy” – ludzie nieliniowi, często neuroróżnorodni, a przede wszystkim tacy, którzy przeszli przez życiową traumę.
Van den Brande zauważył, że u najwybitniejszych twórców, jak Elon Musk czy Steve Jobs, za wielkimi sukcesami stały trudne relacje rodzinne lub odrzucenie. Dla Hummingbird trauma to paliwo – buduje ona odporność na kryzysy, które w każdej legendarnej firmie zdarzają się przynajmniej dwa lub trzy razy. Gdy inni inwestorzy uciekają, widząc „bliskie śmierci” momenty startupu, Hummingbird często podwaja stawkę, wierząc w hart ducha lidera.
Rekrutacja o północy i spotkania na parkingu
Historie ich portfelowych firm brzmią jak scenariusze filmowe. Sidar Sahin, założyciel Peak Games, przeprowadzał rozmowy kwalifikacyjne z pracownikami po północy. Chciał w ten sposób sprawdzić, kto naprawdę pragnie tej pracy, a nie tylko szuka ciepłej posady. Z kolei Oguzhan Atay z BillionToOne, mimo prestiżowego doktoratu ze Stanfordu, w czasie pandemii wykazał się „instynktem zabójcy” – spotykał się z lekarzami na parkingach i rozdawał maski N95, byle tylko zdobyć kilka minut ich czasu na rozmowę o swoich testach genetycznych.
Innym przykładem jest Jesse Powell, twórca giełdy Kraken. Kiedy jeden z partnerów Hummingbird odwiedził go w San Francisco, zastał puste mieszkanie bez mebli. Powell zaproponował gościowi... namiot w salonie i materac kempingowy. To właśnie takie nietuzinkowe osobowości, obsesyjnie skupione na swojej wizji, a nie na luksusach, przyciągają uwagę funduszu.
Dodajmy, że Hummingbird ma w swoim portfelu także takie spółki jak głośny Lovable czy Revolut.
Skrajna selekcja i koczowniczy tryb pracy
Hummingbird sam działa jak wysokowydajny startup. Ich statystyki są bezlitosne: inwestują jedynie w 0,1% ocenianych firm. Równie trudno jest u nich o pracę – fundusz zatrudnia tylko 0,11% aplikujących. Zespół inwestycyjny to 10-14 osób, które są nomadami. Nie mają sztywnych biur, lecz huby na całym świecie, a każdy z nich ma obowiązek rozmawiać z 20–30 nowymi firmami tygodniowo.
W przeciwieństwie do gigantów z Doliny Krzemowej, Hummingbird nie wierzy w rozbudowane działy wsparcia. Uważają je za „marketing VC”, który ma przyciągnąć przedsiębiorców, ale w praktyce rzadko pomaga. Fundusz cytuje badania, według których 70-80% inwestorów wręcz „niszczy wartość” swoich firm przez nadmierną ingerencję. Hummingbird woli stać z boku i wkraczać tylko wtedy, gdy trzeba np. pogodzić skłóconych wspólników lub uratować firmę przed bankructwem.
Nomads: Szukanie kolejnych „szalonych” funduszy
Sukces Hummingbird (trzy fundusze ze zwrotem ponad 10-krotnie większym niż wkład) skłonił ich do stworzenia nowej inicjatywy – Nomads. To tzw. fundusz funduszy, który szuka... innych funduszy zarządzanych przez – jak to nazywają – „dziwne ptaki”.
Nomads unika wielkich, prestiżowych firm zarządzających miliardami. Szukają małych, agresywnych graczy (poniżej 250 mln USD kapitału), którzy mają własną, często kontrowersyjną tezę inwestycyjną. Ich proces sprawdzania menedżerów jest równie bezwzględny, co w przypadku startupów. Jeden z inwestorów opisał ich przesłuchanie jako spotkanie z „nieustępliwym, przedwcześnie rozwiniętym dzieckiem”, które pyta „dlaczego?” tak długo, aż dotrze do najgłębszych motywacji rozmówcy.
Dlaczego to działa?
W 2013 r. Van den Brande wygłosił przed swoimi inwestorami (LP) swoiste „wyznanie grzechów”. Przyznał, że zarządza ich pieniędzmi w sposób, który wielu uznałoby za niebezpieczny – stawiając wszystko na trudne osobowości i rynki, których nikt nie chciał tknąć (jak Turcja czy wczesne kryptowaluty).
Dziś to „wyznanie” jest ich największą dumą. Hummingbird twierdzi, że w świecie venture capital największym ryzykiem nie jest postawienie na kogoś „dziwnego”, ale bycie takim samym jak wszyscy inni. Dzięki temu, patrząc w stronę rzeczywistości, której inni unikają, budują jedne z najbardziej dochodowych biznesów naszych czasów.
Gdy „inność” staje się przewagą
Hummingbird nie jest odosobniony w przekonaniu, że unikalne – i często trudne – doświadczenia życiowe stanowią potężną przewagę rynkową. Ten trend szukania kapitału w miejscach nieoczywistych widać wyraźnie w działalności funduszy takich jak Identity.vc czy Gaingels, które stawiają na liderów ze społeczności LGBTQ+. Ich teza inwestycyjna opiera się na założeniu, że osoby te mają oczywistą skłonność do zmieniania zasad gry. Skoro przez lata musiały kwestionować normy społeczne i walczyć o swoją tożsamość, mają naturalny instynkt do burzenia skostniałych modeli biznesowych. Co ciekawe, Identity.vc odrzuca wymóg poleceń znajomych osób, chętnie analizując pomysły przesyłane bezpośrednio przez nieznanych im wcześniej twórców.
Podobną drogę obierają inicjatywy takie jak Backstage Capital czy Ada Ventures, które celują w tzw. „overlooked founders” – talenty całkowicie pomijane przez gigantów z Doliny Krzemowej. Inwestują w kobiety, osoby kolorowe czy przedsiębiorców z niepełnosprawnościami, wierząc, że to właśnie w tych grupach kryje się największy, niewykorzystany potencjał innowacyjny. Dla tych funduszy różnorodność nie jest elementem działalności charytatywnej czy wizerunkowej, lecz chłodną strategią biznesową. Wychodzą z założenia, że osoby, które musiały pokonać systemowe bariery, by w ogóle dotrzeć do biura inwestora, mają w sobie więcej determinacji niż ci, którzy mieli ułatwiony start.
Wspólnym mianownikiem tych wszystkich graczy jest wiara, że życiowa odporność i nieszablonowe myślenie są cenniejsze niż prestiżowy dyplom. To, co niektórzy w świecie venture capital uznają za „obciążenie” lub „ryzykowny profil”, dla innych jest przewagą. Po prostu na bezwzględnym rynku najlepiej radzą sobie ci, którzy nauczyli się przetrwać i wygrywać na własnych, często bardzo trudnych zasadach.