Chcę światu dać coś z siebie. Wywiad z Marią Magdaleną Kwiatkiewicz

fot. Łukasz Walaszczyk fot. Łukasz Walaszczyk
Młodzi, którzy chcą dzisiaj zakładać firmy, mają bardzo trudny czas. Ale i my otworzyliśmy firmę tuż przed stanem wojennym i spowolnieniem gospodarczym. W Polsce żadne pokolenie nie miało łatwo. Ale jak w trudnych warunkach człowiek znajdzie metodę, to później już sobie poradzi w każdych okolicznościach. Warto tylko pamiętać, by nie przeinwestować – mówi Maria Magdalena Kwiatkiewicz, współzałożycielka, współwłaścicielka i przewodnicząca rady nadzorczej Yes.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 6/2020 (57)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Przedsiębiorczyni, kolekcjonerka i miłośniczka biżuterii, podróżniczka, fotografka – gdyby musiała pani przedstawić się tylko jednym słowem, które by pani wybrała?

To zależy, w jakim momencie mojego życia. Gdy z mężem i bratem zakładaliśmy Yes, nie miała wątpliwości: czułam się w stu procentach przedsiębiorczynią. Firmie poświęcałam cały mój czas i serce. Czasami może nawet kosztem rodziny. Nie mogliśmy oprzeć się o menedżerów czy specjalistów z branży, bo ich nie było, więc wszystko musieliśmy wykonywać sami. Dzisiaj firma nadal zajmuje wiele miejsca w moim życiu, bo to przecież moje dziecko, ale patrzę już na nią raczej z lotu ptaka i choć często w niej bywam i doradzam zarządowi, to czuję się bardziej fotografką. Motyle w brzuchu czuję, gdy naciskam migawkę.

Jak to się stało, że z dyplomem inżyniera ds. ochrony środowiska, zamiast ratować naturę, wskoczyła pani w świat biżuterii i utkwiła w nim na całe zawodowe życie?

Mój ojciec był inżynierem i chciał, żebym ukończyła politechnikę. Początkowo bardzo chciałam studiować konserwację zabytków, ale dałam się przekonać, tym bardziej że środowisko zawsze było mi bliskie. Ale piękna biżuteria też była moją pasją. Jako młoda dziewczyna często zaglądałam do Galerii BWA na Starym Rynku. W latach 70. to było jedyne miejsce w Poznaniu, w którym można było podziwiać artystyczne cacka jubilerskie. Zakochałam się w nich. W latach studenckich, razem z moim obecnym mężem, w wakacje wyjeżdżaliśmy na tzw. saksy do Norwegii. Los sprawił, że spotkaliśmy tam człowieka, który wprowadził nas w podstawy sztuki jubilerskiej. Spodobało nam się i zamiast zbierać truskawki, zajęliśmy się sprzedawaniem ręcznie robionej biżuterii. We dnie buszowaliśmy, wyszukując potrzebne elementy, a po nocach pod namiotem montowaliśmy z koralików i drucików naszyjniki, bransoletki i pierścionki. Potem sprzedawaliśmy je na ulicy. Po studiach ten sam pomysł wprowadziliśmy w życie w Londynie. Wynajęliśmy stoisko na Camden Lock London i co weekend sprzedawaliśmy własnoręcznie wykonaną biżuterię. Gdy wróciliśmy do Polski we wrześniu 1981 r., w głowach mieliśmy już pomysł na firmę. 

Rozmawiamy w sytuacji bez precedensu: z powodu pandemii Covid-19 przeżywacie największy kryzys w historii firmy. Co on dla was oznacza, oprócz zamknięcia z dnia na dzień sieci salonów? 

Zarobimy mniej, ale dostosujemy się. Na razie wstrzymaliśmy dostawy i planowane inwestycje w Czechach. W 2020 r. mieliśmy tam uruchomić kolejne sklepy. Na szczęście firma jest w dobrej kondycji. Nie mamy żadnych długów, a wręcz nadpłynność finansową. Zadbał o to mąż, który w firmie pilnuje budżetu. Od dawna chodziło mu już po głowie, że zbyt długo trwa dobra koniunktura i lada chwila musi się skończyć. Nie sądził oczywiście, że z powodu pandemii. Zakładał, że dojdzie do gwałtownej korekcji na rynkach finansowych i starał się na nią firmę przygotować. Czujemy się więc w miarę bezpiecznie, ale oczywiście przeraża nas to, że stan zamrożenia, a potem spowolnienia gospodarki może trwać bardzo długo. 

Skoro Yes jest w dobrej kondycji, to nie będziecie zwalniać pracowników?

Ludzie są naszym najcenniejszym aktywem, będziemy się więc starać, by jak najwięcej pracowników z nami tę burzę przetrzymało. Dziś zakładamy, że zwalniać nie będziemy, ale wszystko zależy od tego, jak długo będzie trwał kryzys. W marcu wszyscy nasi pracownicy otrzymali pełne pensje. Nie planujemy redukcji wynagrodzenia dla kadry ani niezbędnych działów, jak np. sklep internetowy czy szeroko pojęta obsługa firmy. Wstrzymaliśmy jednak dostawy, urząd probierczy nie działa, musimy więc uważnie przeanalizować poziom zatrudnienia w tych obszarach, w których nie ma widoków na szybkie wznowienie działalności. Zależnie od ostatecznych propozycji pomocowych rządu, będziemy się zastanawiać, czy wystarczy przesunąć ludzi na postojowe, czy też będziemy musieli ograniczyć zatrudnienie. 

Związek Polskich Pracodawców Handlu i Usług, do którego należycie apeluje do rządu, że bez niezwłocznej pomocy ze strony państwa branża jubilerska nie przetrwa kryzysu, ale pani nie wspomina o groźbie upadku.

Kolejne tarcze ogłaszane przez premiera nie dają wiele nadziei na to, że przedsiębiorcy otrzymają znaczące wsparcie. Firmy będą więc upadać, a im liczniej, tym trudniej będzie się wydobyć z zapaści gospodarczej. Najgorsze jest to, że nie wiemy, jak rząd zamierza „rozgrywać” koronawirusa i nie mamy na czym oprzeć planów. Jeśli stan zamrożenia gospodarki potrwa jeszcze miesiąc, dwa, a nie np. sześć, to 

Covid-19 nie wywróci stolika z naszymi planami rozwoju. Po prostu je zweryfikujemy. Jesteśmy w tej cudownej sytuacji, że nasz produkt się nie starzeje ani nie traci terminu ważności. Nie wiemy jednak, kiedy klient wróci. Im bardziej będzie przestraszony, tym później.

Co w takich chwilach myśli właścicielka? 

Martwię się. Firma, którą budowałam przez całe życie ma kłopoty, na które nie zasłużyła. Ale świat jest, jaki jest. Mam tylko żal do tych, którzy nadmiernie nas straszą. Wydaje mi się, że reakcja państwa jest niewspółmierna do problemu. Obawiam się, że koszty wychodzenia z traumy, liczba samobójstw, rozwodów, przemocy domowej związanych z lock-downem mogą zrujnować społeczeństwo. Myślę, że załamanie gospodarcze będzie dużo większe, niż to się przeciętnym ludziom wydaje, a bezrobocie wyższe niż, przewidywane przez niektórych polityków, kilkanaście procent. Świadczy o tym choćby fakt, że gdy w Wuhan po pandemii ruszały centra handlowe, ich obroty spadły o 60–80 proc. Nikt nie wie, jak długo będziemy wychodzić z dołka, a wszystkie koszty prowadzenia działalności są przecież obliczone na jakiś ściśle określony czas i z niektórych, jak np. z czynszów za powierzchnie handlowe, nie można zrezygnować. To dla nas trudne, bo większość sklepów Yes mieści się właśnie w galeriach. 

Biżuteria to nie jest towar pierwszej potrzeby, możliwe więc, że w pokryzysowej posttraumatycznej rzeczywistości ludzie będę mniej chętnie wydawać na błyskotki. Jak pani myśli, na ile ta nowa „normalność” będzie inna? Jak zmieni się biznes i klienci?

Nie mam kryształowej kuli, więc trudno mi przewidzieć, ale kobiety zawsze lubiły ozdoby i z nich nie zrezygnują. Zawsze też będziemy potrzebowali pięknych przedmiotów na prezenty, żeby sobie lub komuś sprawić przyjemność lub upamiętnić ważne okazjach, jak śluby, urodziny dziecka czy rocznice. Myślę, że to się nie zmieni w naszej mentalności. Natomiast na pewno portfele klientów będę skromniejsze, a wizyty we wszelkich sklepach, które nie są bezpośrednio związane z przetrwaniem, staną się rzadsze. Być może ludzie zdadzą też sobie sprawę, że nie potrzebują wielu rzeczy posiadać na własność i będą chcieli tylko je używać od czasu do czasu. Już dzisiaj pokazują to badania na grupie młodych konsumentów: zmienia się rodzaj konsumpcji. Ta pandemia pewnie też ludziom uświadomi, jak wiele pieniędzy wydajemy na rzeczy, które nie są nam niezbędne do życia. Gdy odwiedzam różne plemiona żyjące według odwiecznych tradycji w odległych zakątkach Ziemi, spotykam ludzi, którzy nie mają nic albo bardzo niewiele, a są szczęśliwi. Takie obserwacje pomagają zrozumieć, że szczęście nie jest związane ze stanem posiadania. Myślę, że wiele osób pojmie to właśnie dzięki pandemii. Dlatego uważam, że jeżeli nie będziemy ludzi straszyć, to bardzo szybko znowu będą szczęśliwi. Może na innym poziomie konsumpcji. Ale to dobrze, mniej będziemy zanieczyszczać Ziemię, przestaniemy produkować mnóstwo niepotrzebnych nikomu do szczęścia śmieci. Myślę, że nowa normalność będzie inna. Znacznie mniej konsumpcyjna. 

Jak w tym kontekście widzi pani przyszłość Yes?

Wyczujemy rynek i dostosujemy się. W latach 80., gdy zakładaliśmy firmę też przecież było ciężko, a w 90. wcale nie dużo łatwiej. Każdy czas niesie swoje wyzwania i trzeba im sprostać. Tak do tego podchodzimy. Zawsze staraliśmy się podążać za rynkiem. Jeśli się skurczy, to zmniejszymy firmę. Dotychczas było tak, że jak zbliżały się święta Bożego Narodzenia, największą przyjemność przeżywałam, siadając wieczorem przy choince ze świadomością, że w tej chwili tysiące kobiet w Polsce dostaje pudełeczko z logo Yes, w którym znajdują piękny drobiazg. Ludzie zawsze biżuterię kupowali. Możliwe, że już całkiem niedługo będą ją także wypożyczać. Mój syn otworzył właśnie firmę, która się tym zajmuje. Może to będzie nasza przyszłość?

Autorzy „Gold 2048: The Next 30 Years For Gold” uważają, że handel biżuterią będzie odbywał się głównie za pośrednictwem internetu. Rozważacie taki scenariusz?

Yes jako pierwsza z wielkiej trójki polskich sieci jubilerskich, weszła do sieci ok. 10 lat temu, gdy do firmy dołączył mój bratanek. Już wtedy powtarzał nam, że internet to przyszłość i bardzo wiele naszych działań marketingowych rozwijał w sieci. Dziś jesteśmy w Polsce liderem sprzedaży biżuterii online i w obecnej sytuacji bardzo się nam to przydaje. Sprzedaż w kanale internetowym wynosi 5–7 proc. przychodów Yes, ale od wybuchu pandemii ta liczba podwoiła się i nadal szybko rośnie. Choć w stosunku do przychodów ze sklepów stacjonarnych, to kropla w morzu, nawet tak niewielki strumyk, dzisiaj nam pomaga zmniejszać straty. Na pewno więc będziemy ten kanał sprzedaży rozwijać, ale ja sądzę, że tradycyjne sklepy z biżuterią przetrwają. To takie przedmioty, których chce się dotknąć i zobaczyć na żywo. Zakupowe doświadczenie jest tu szczególnie przyjemne.

Czego ten kryzys uczy w sensie biznesowym?

Przede wszystkim tego, że nie można zbyt dużo pożyczać i inwestować, za bardzo się lewarować, jak to się mówi kolokwialnie. Każda inwestycja, nawet w okresie prosperity, to jest ryzyko. Trzeba dbać o to, by mieć jak największą poduszkę finansową – płynność, niewiele kredytów, a jeżeli w ogóle, to najlepiej krótkoterminowy, żeby szybko się go pozbyć. My mamy wiele inwestycji już zamortyzowanych i zespół, na którym możemy się oprzeć. Ale dla młodych, którzy chcą dzisiaj otwierać firmy, to jest bardzo trudny czas. Nie zazdroszczę. Z drugiej strony, pamiętam, jak z mężem i bratem w 1981 r. otworzyliśmy firmę, a po trzech miesiącach wybuchł stan wojenny i nadeszło spowolnienie gospodarcze. W Polsce żadne pokolenie nie miało łatwo. Ale jak w trudnych warunkach człowiek musi się zmobilizować, znaleźć metodę, przemyśleć optymalne rozwiązania, to później już sobie poradzi w każdych okolicznościach. Zawsze warto tylko pamiętać: nie za dużo inwestować i nie za szybko. Niektórzy nasi konkurenci otwierali 1–2 sklepy, a za chwilę już ich mieli 100. Nam dojście do setki salonów zajęło ponad 20 lat, wybraliśmy wolniejszy, ale stabilny rozwój. Myślę, że to jest najlepsza metoda na przetrwanie różnych kryzysów. 

Wlewa pani trochę optymizmu w moje serce. Myślałam, że to będzie rozmowa o katastrofie, a pani nie dramatyzuje. Covid-19 nie podważył pani optymizmu ani filozofii życiowej?

Nie. Ryzyko jest wpisane nie tylko w biznes, ale w każde działanie. Czasem jest trudniej, czasem łatwiej. Teraz jest trudno, ale przejdziemy przez to i znowu będzie łatwiej. Zawsze tak uważałam. Najważniejsze, to wiedzieć, czego się chce i tą drogą podążać. Można czasami ją zmieniać, bo sami się rozwijamy i zmieniamy, ale trzeba iść za swoimi pasjami. Jeśli się coś kocha, to trzeba to robić. Wtedy zawsze się przetrwa. Można pracować nawet 24 godziny na dobę i nie czuje się zmęczenia. Mam takie ulubione powiedzenie, że jeśli będziesz robił to, co kochasz, to nigdy nie będziesz musiał spędzić ani jednego dnia w pracy. Lubię też cytat z Talmudu: „Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat.” Dlatego, gdy podróżuję staram się pomagać ludziom, których fotografuję. Na początku tylko podziwiałam świat. Teraz chcę mu coś z siebie dać. O takich rzeczach trzeba myśleć. To są ważne historie w życiu. 

Ale z tej kolejnej pasji  –  podróży – musi pani na razie zrezygnować. Covid-19 zamknął nam drzwi do świata. 

Tylko na chwilę. Jak tylko zostaną wznowione loty turystyczne, znowu wyruszę. Jeśli nie będzie można za granicę, wybiorę się w Polskę B czy po prostu do lasu. Uwielbiam cieszyć się przyrodą, żyć dniem dzisiejszym. To być może właśnie najważniejsze przesłanie tej pandemii: bierzmy w ręce to, co nam dzisiaj życie dało i patrzmy, co z tym możemy zrobić. Jeśli możemy coś zmienić na lepsze, zmieniajmy. Jeśli nie, idźmy dalej, szukajmy swojej nowej szansy. Nie warto walić głową w mur, jeśli coś ode mnie nie zależy. Wtedy tylko się niepotrzebnie spalam, tracę energię i ostatecznie to uderza we mnie. Siłę trzeba zachować na to, co mogę zrobić. To przesłanie i na dobry, i na zły czas.

My Company Polska wydanie 6/2020 (57)

Więcej możesz przeczytać w 6/2020 (57) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY