Amerykanie chcą przejąć InPost. Czy i ile potencjalnie straci na tym polska gospodarka?
Informacja o tym, że InPost – niekwestionowany lider rynku przesyłek w Polsce i coraz ważniejszy gracz w Europie – może zmienić właściciela i zniknąć z giełdy, wywołała na rynkach prawdziwe trzęsienie ziemi. Spółka założona przez Rafała Brzoskę stała się obiektem pożądania potężnego kapitału, a na stole leżą miliardy euro. Czy jednak to, co opłaca się akcjonariuszom, będzie korzystne dla Polski? Przyjrzyjmy się kulisom tej transakcji, analizując fakty, źródła i historię, która dla wielu polskich inwestorów wciąż jest bolesną raną.
Oferta nie do odrzucenia i euforia w Amsterdamie
Początek 2026 roku przyniósł wiadomość, której mało kto się spodziewał. Jak relacjonuje Darek Dziduch w audycji na kanale Biznes Info, InPost wydał oficjalny komunikat, w którym poinformował, że otrzymał propozycję przejęcia wszystkich akcji spółki przez „bliżej nieokreślonego inwestora”. Reakcja rynku była natychmiastowa i wręcz histeryczna. Mimo że warszawska giełda miała wolne, parkiet w Amsterdamie (Euronext), gdzie spółka jest notowana od 2021 roku, zapłonął.
Jak podaje Biznes Info, na wtorkowej sesji akcje InPostu podrożały aż o ponad 28%, rosnąc do poziomu prawie 15 euro. Co więcej, obroty były gigantyczne – wartość obrotu przekroczyła 122 miliony euro, co było jedną z najwyższych wartości w historii notowań spółki. Darek Dziduch w swoim materiale zauważa jednak pewną nieprawidłowość:
„Co ciekawe, akcje podrożały już w poniedziałek. Kurs dosyć niespodziewanie wzrósł o ponad 11% przy podejrzanie wysokich obrotach na poziomie 28 milionów euro. (...) Tak więc coś tu się kroiło, ktoś wiedział wcześniej o propozycji przejęcia InPostu i postanowił to wykorzystać”. Twórca kanału Biznes Info dodaje wprost, sugerując możliwe naruszenie prawa: „Insider trading (...) jest klasyczną, starą jak świat manipulacją giełdową, za którą grożą surowe kary” - mówi dziennikarz w audycji o wiele mówiącym tytule "To oni chcą przejąć InPost. Kto na tym zarobi i dlaczego NIE Ty?"
Advent, czyli kto stoi za miliardową ofertą?
Początkowo InPost milczał na temat tożsamości kupca. Jednak jak donosi portal Business Insider, powołując się na ustalenia brytyjskiego Sky News, za ofertą stoi fundusz private equity Advent International. To właśnie ten podmiot ma kierować konsorcjum, które chce wyłożyć na stół 6 miliardów euro (ponad 25 miliardów złotych) za przejęcie kontroli nad spółką.
Portal TVN24 uzupełnia tę informację, wskazując, że InPost potwierdził wstępne rozmowy, zaznaczając jednak, że oferta nie jest wiążąca. Mimo to, kwota 6 miliardów euro wydaje się dla rynku niewystarczająca. Jak zauważa Biznes Info, po entuzjastycznej reakcji giełdy, kapitalizacja spółki przebiła 7 miliardów euro, co jest jasnym sygnałem od obecnych akcjonariuszy: „to za mało”.
Bolesna lekcja historii. Jak Polacy stracili na InPoście
Aby zrozumieć, dlaczego obecne doniesienia budzą tak skrajne emocje, musimy cofnąć się do roku 2017. To właśnie wtedy rozegrał się dramat wielu polskich inwestorów indywidualnych, o którym dziś mało kto pamięta w obliczu sukcesów Rafała Brzoski. Money.pl przypomina historię „ratunku”, który zmienił rynek, ale miał swoją cenę. Wtedy to InPost i Integer borykały się z ogromnym zadłużeniem.
Jak szczegółowo wyjaśnia Darek Dziduch z Biznes Info, fundusz Advent International (ten sam, który chce kupić InPost dzisiaj) zgodził się wtedy pokryć długi w wysokości 170 mln zł i zainwestować kolejne pół miliarda, ale pod warunkiem wycofania spółki z Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie.
Finał tej operacji był dla drobnych ciułaczy bolesny. Akcje zostały przymusowo wykupione (tzw. wezwanie i delisting) po cenie niespełna 11 zł za sztukę. Była to kwota o ponad 60% niższa niż cena z debiutu giełdowego w 2015 roku. Darek Dziduch w audycji Biznes Info podsumowuje to gorzko, ale wprost:
„Można więc powiedzieć, że niemal każdy, kto zainwestował w akcje InPostu na giełdzie papierów wartościowych, na tym stracił i na tym się sparzył, no i raczej nie wspomina tego dobrze”.
Inwestorzy zostali zmuszeni do realizacji strat, podczas gdy Advent, po przejęciu spółki „za bezcen” i jej restrukturyzacji, wprowadził ją kilka lat później na giełdę w Amsterdamie z wyceną rzędu 8 miliardów euro. To, co dla funduszu było majstersztykiem inwestycyjnym, dla polskiego inwestora z GPW było lekcją, że na sukcesie „polskiego championa” nie zawsze zarabiają Polacy. Dlaczego przypominamy ten wątek? Otóż historia lubi się powtarzać i być może w podobnej, choć nie tak złej sytuacji, zostaną postawieni inwestujący w InPost na giełdzie w Amsterdamie (jeśli dojdzie do finalizacji transakcji).
Kto dziś rządzi InPostem?
W debacie publicznej, ewentualny wykup polskiej firmy, jest opisywany, jako „wyprzedaż polskiego majątku”. Jednak InPost od dawna nie jest spółką z dominującym polskim kapitałem. Oto jak prezentuje się obecny akcjonariat InPostu:
Główni udziałowcy InPostu:
- PPF Group (ok. 28,75%) – Czeski fundusz inwestycyjny, największy pojedynczy akcjonariusz.
- A&R Investments (ok. 12,5%) – Spółka Rafała Brzoski (zarejestrowana na Malcie). Założyciel, choć jest twarzą firmy, posiada mniejszościowy pakiet.
- Advent International (6,5%) – Amerykański fundusz, który obecnie dąży do pełnego przejęcia.
- Free Float (ok. 47,5%) – Drobni akcjonariusze i inne fundusze (m.in. Norges Bank), których pakiety nie przekraczają 5%.
Jak widać, Rafał Brzoska nie posiada pakietu kontrolnego, a największym udziałowcem jest kapitał czeski. Przejęcie przez Advent byłoby więc zmianą z rąk czesko-międzynarodowych w ręce amerykańskie, przy (prawdopodobnym) pozostawieniu Brzoski na stanowisku zarządczym. Jak donosi Bankier.pl, trwają bowiem rozmowy trójstronne między Adventem, PPF a Brzoską, co sugeruje, że polski miliarder może uczestniczyć w tym wykupie, zamiast całkowicie wychodzić z biznesu.
Czy Polska straci na sprzedaży InPostu?
Mimo że kapitał nie ma narodowości, a InPost formalnie jest spółką holenderską (notowaną w Amsterdamie), jego korzenie i centrum operacyjne znajdują się w Polsce. Pełne przejęcie przez amerykański fundusz Private Equity niesie ze sobą konkretne ryzyka dla polskiej gospodarki, które wykraczają poza sentymenty. Oto kluczowe argumenty przemawiające za tym, że ta transakcja może być dla Polski niekorzystna:
- Wypływ kapitału: Jako fundusz zagraniczny, Advent International ma jeden główny cel, czyli maksymalizację zysków dla swoich inwestorów (głównie z USA i Europy Zachodniej). Istnieje uzasadniona obawa, że dążenie do zwrotu z inwestycji będzie oznaczało agresywne transferowanie zysków wypracowanych przez kurierów w Polsce poza granice naszego kraju. Może się to wiązać z agresywną optymalizacją podatkową. Choć Rafał Brzoska wielokrotnie deklarował transparentność podatkową i chwalił się płaceniem wysokich podatków w Polsce, w strukturze, gdzie właścicielem jest w 100% fundusz PE, presja na „wyciąganie gotówki” ze spółki może być znacznie większa.
- Decyzyjność i utrata suwerenności korporacyjnej: Przejęcie pełnej kontroli przez Advent (i zdjęcie spółki z giełdy, co ogranicza obowiązki informacyjne) może oznaczać, że strategiczne decyzje dotyczące przyszłości firmy będą zapadały w San Francisco czy Nowym Jorku, a nie w Krakowie czy Warszawie. Niesie to ryzyko, że w sytuacjach kryzysowych lub przy planowaniu nowych inwestycji, „polski” punkt widzenia będzie marginalizowany. Decyzje o lokalizacji nowych centrów logistycznych, warunkach zatrudnienia tysięcy pracowników czy współpracy z lokalnymi podwykonawcami mogą być podejmowane przez pryzmat tabelek w Excelu analizowanych za oceanem, bez zrozumienia lokalnej specyfiki.
- Symbolika i wizerunek: Choć to argument trudny do zmierzenia, nie należy go pomijać. InPost jest postrzegany jako „polski sukces” i rzadki przykład firmy znad Wisły, która zrewolucjonizowała swoją branżę na Zachodzie (m.in. Wielka Brytania, Francja). Technologia Paczkomatów to nasze know-how. Utrata nawet tej symbolicznej kontroli (poprzez zdjęcie z giełdy i wchłonięcie przez amerykańskiego giganta) może być postrzegana jako strata wizerunkowa dla polskiej gospodarki. Sugeruje to, że polskie firmy mają „szklany sufit” i po osiągnięciu pewnej skali muszą zostać sprzedane zachodniemu kapitałowi. Nie chodzi o to, by pogrążać się w iluzjach, że tak nie jest - jednak warto przy tej okazji przemyśleć nasz pomysł na taką transformację rynku, by w przyszłości więcej championów mogło rozwijać się w Polsce.
- Prestiż: Zniknięcie InPostu z notowań publicznych (nawet tych w Amsterdamie) sprawi, że zniknie pewien wskaźnik polskiego sukcesu widoczny na międzynarodowych tablicach giełdowych.
Dlaczego fundusz chce zdjąć InPost z giełdy?
Można zadać pytanie: skoro InPost rośnie, to po co ściągać go z giełdy? Odpowiedź leży w wycenie. Jak zauważa Biznes Info, InPost na giełdzie w Amsterdamie nie radził sobie najlepiej. Spółka była wyceniana niżej niż podczas debiutu w 2021 roku. Darek Dziduch w audycji punktuje to bezlitośnie:
„Ci, którzy kupowali tuż po debiucie na giełdzie w Amsterdamie, wciąż są na minusie, nawet mimo tych ostatnich wzrostów i tego, że Rafał Brzoska na LinkedInie kosi bardzo dużo lajków”.
Fundusz Advent widzi to, czego nie widzi „ulica”. Spółka na giełdzie musi raportować zyski co kwartał, co utrudnia długoterminowe inwestycje. Po zdjęciu z giełdy (delistingu), właściciele będą mogli agresywnie inwestować, nie martwiąc się o chwilowy spadek zysku netto, by za kilka lat – jak to już raz zrobili – sprzedać InPost z gigantycznym przebiciem. Pytanie tylko, czy w tym procesie zyski znów nie ominą szerokim łukiem polskiego rynku i polskiego budżetu.
Jak podsumowuje Bankier.pl, rozmowy są na wczesnym etapie, ale gotowość banków do sfinansowania transakcji kwotą 4,5 mld euro pokazuje determinację kupującego. Historia zatacza koło, a InPost stoi u progu kolejnego, być może ostatecznego już „amerykańskiego rozdziału”.