„Śmieciówki to rak polskiego świata pracy”. Wstrząsający przypadek z Podkarpacia obnaża systemową patologię?
Historia, którą w mediach społecznościowych opisał dr Grzegorz Ilnicki, wydarzyła się w zeszłym tygodniu w Jarosławiu na Podkarpaciu. Pracownik zatrudniony na podstawie umowy zlecenia doznał zapaści zdrowotnej w trakcie wykonywania obowiązków na hali produkcyjnej. Sytuacja wyglądała na typowy wypadek przy pracy – interweniowało pogotowie, mężczyznę zabrano do szpitala.
Kluczowy w tej historii jest jednak rodzaj kontraktu. Mężczyzna posiadał umowę zlecenia, której przedmiotem było „wykonywanie prostych prac w obszarze produkcji”.
Pracownik "został na lodzie"
Dramat pracownika rozpoczął się po opuszczeniu placówki medycznej.
– Człowiek został uratowany, nie umarł. Wyszedł ze szpitala, ale gdy wrócił do pracy dostał informację, że nie jest już potrzebny. Rozwiązano z nim umowę zlecenia. Jest bez środków do życia i mieszkania, bo hostel robotniczy też mu wypowiedziano – relacjonuje we wpisie dr Ilnicki.
Ekspert zwraca uwagę na cynizm takiego działania. Pozbycie się pracownika to dla firmy sposób na uniknięcie konsekwencji prawnych i finansowych związanych z wypadkiem.
– Jeśli człowiek zniknie, nikt nie będzie zajmować się wypadkiem przy pracy. To duży kłopot, w zależności od okoliczności w grę wchodzi nawet odpowiedzialność karna za organizację produkcji w sposób, który naraża zdrowie i życie ludzkie. BHP przecież kosztuje – punktuje prawnik.
Fikcja "wolnego elektronu" na produkcji
Ekspert w swoim wpisie podkreśla, że zatrudnianie pracowników produkcyjnych na umowach cywilnoprawnych (tzw. śmieciówkach) jest w świetle prawa wątpliwe, a często nielegalne. Zgodnie z art. 22 Kodeksu pracy, jeśli praca wykonywana jest pod kierownictwem oraz w miejscu i czasie wyznaczonym przez pracodawcę, mamy do czynienia ze stosunkiem pracy – niezależnie od nazwy umowy.
– Wyobrażacie sobie, że do hali produkcyjnej można sobie wpadać do pracy jako wolny elektron i powykonywać samodzielnie "proste prace w obszarze produkcji"? Bez szefa, bez planu, bez nadzoru, bez kontroli standardów, bez bieżących poleceń? To przecież jawna fikcja i jawne obchodzenie przepisów prawa – argumentuje Ilnicki. – Umowy mają swoje przeznaczenie gospodarcze i żadne zaklęcia obrońców wyzysku tego nie zmienią – dodaje.
Skala zjawiska: ponad milion Polaków bez etatu
Problem poruszony przez mecenasa Ilnickiego nie jest incydentalny. Mimo zapowiedzi kolejnych rządów o walce z nadużywaniem umów cywilnoprawnych, skala zjawiska wciąż jest ogromna.
Według ostatnich dostępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego (GUS), w Polsce na podstawie umów zlecenia i o dzieło (bez jednoczesnego stosunku pracy) pracuje około 1,3 miliona osób. Choć odsetek ten w ostatnich latach nieznacznie malał na rzecz etatów, wciąż stanowi istotny wycinek rynku pracy, szczególnie w branżach takich jak przetwórstwo przemysłowe, budownictwo, gastronomia czy ochrona. Dla wielu z tych osób, podobnie jak dla pracownika z Jarosławia, „elastyczność” zatrudnienia oznacza w praktyce brak płatnego chorobowego, brak urlopu i iluzoryczną ochronę przed zwolnieniem z dnia na dzień.
Bezradność PIP i mandaty za grosze
Dr Grzegorz Ilnicki zwraca uwagę na systemową dziurę w nadzorze nad rynkiem pracy. Państwowa Inspekcja Pracy (PIP), mimo szczerych chęci inspektorów, dysponuje zbyt słabym orężem w walce z nieuczciwymi przedsiębiorcami.
– Co można dzisiaj zrobić? Wysłać PIP, aby nałożyła grzywnę na agencję pracy tymczasowej. Pewnie skończy się na 1000 zł mandatu, bo inspektorom nieczęsto chce się wkładać wysiłek w postępowanie karne – zauważa gorzko ekspert.
Głównym problemem jest brak możliwości administracyjnego ustalenia stosunku pracy przez inspektora. Obecnie, aby zamienić „śmieciówkę” na etat wbrew woli pracodawcy, konieczna jest długa batalia sądowa. – W uprawnieniach PIP jest systemowa dziura. Brakuje ciągle narzędzia do ustalenia umowy o pracę, mimo że inne inspekcje państwowe mają analogiczne uprawnienia. Ta dziura musi być pilnie naprawiona – apeluje Ilnicki.
Ekspert kończy swój wpis wezwaniem do „energetycznej przemiany” w PIP. Rynek potrzebuje bowiem inspektorów działających „na najniższym poziomie, tam gdzie pracownicy stykają się bezpośrednio z wyzyskiem”.