Koniec wspólnego narzekania?
z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 4/2026 (127)
Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!
Nie dość, że dzielą nas platformy społecznościowe, to w ich obrębie jesteśmy trochę samotnymi wyspami pogrupowanymi przez algorytmy i AI w zdecentralizowane plemiona, gdzie kluczem przynależności jest nasze – nawet niewiele – zwiększone zainteresowanie konkretnym rodzajem contentu. I tylko trochę strach samego siebie zapytać, czy widzę rolki z zabawnymi psami, bo sam psy posiadam, czy może proces był odwrotny, a moja decyzja umiarkowanie autonomiczna.
Bastionem wspólnego „przeżywania” przez dłuższy czas były seriale, a i paru filmom się udało. Wszyscy w napięciu czekaliśmy na finał „Gry o tron” tylko po to, żeby kolektywnie się zawieść, oglądając ostatnie sceny. Stawaliśmy się ekspertami od elektrowni atomowych po „Czarnobylu” czy chemikami amatorami, śledząc „Breaking Bad”. Po premierze kolejnego odcinka w biurowych kuchniach i przy automatach do kawy prowadziliśmy debaty połączone z analizą poszczególnych scen i nawet najbardziej szalonych teorii. I nikogo nie obchodziło, że spadała efektywność, że pilny mail czekał na odpowiedź kolejną godzinę, bo szef – zamiast reprymendy – sam wkręcał się w dyskusję i dodawał kilka własnych przemyśleń.
„Komu to przeszkadzało?”, chciałoby się zapytać. Ano nam. Podobno. Bo konsument jest wymagający oraz chce mieć treści jak najbardziej dopasowane do swoich preferencji – tak przynajmniej twierdzą korporacje, a przecież one nigdy by nas nie okłamały! Platformy streamingowe jak jeden mąż dają nam to, co chcemy, w ilościach, których nie jesteśmy w stanie przetrawić, dzieląc nas na coraz mniejsze kluby dyskusyjne, rozsiane po całym świecie. A wiedzą, jak to robić, bo jesteśmy dla nich otwartą księgą. Wiedzą, na którym odcinku najczęściej przestajemy oglądać dany serial, więc w TYM odcinku (zazwyczaj trzecim) jest zwrot akcji. Wiedzą, że platformy streamingowe są coraz częściej medium „towarzyszącym” innym aktywnościom, więc scenarzyści muszą co jakiś czas „kazać” postaciom w dialogach przypominać główny wątek, by widz za bardzo się nie pogubił, scrollując sociale. Wiedzą, co oglądamy, więc proponują nam tego więcej – bo lubimy tylko te piosenki, które już znamy.
Bastion stracony, niestety. Ale coś nas jeszcze potrafiło zjednoczyć i pogrupować. Połączyć ponad podziałami, dostarczyć tematów rozmów na gruncie zawodowym, a czasami i prywatnym. Te nieszczęsne narzędzia w naszych firmach! PM z PM-em mógł godzinami dyskutować o wyższości Asany nad Jirą. Handlowcy, przyodziani w podobne garnitury, tylko zacierali ręce, kiedy pojawiał się temat CRM-ów, bo może nie każdy z nich miał swojego faworyta, ale na pewno wszyscy jakimś konkretnym otwarcie gardzili. I nawet nie zaczynajmy tematu ERP-ów – kto raz był przy wdrożeniu, ten się w cyrku nie śmieje! A pewnie już nic mu na twarzy uśmiechu nie przywróci. I może nie były to tematy tak uniwersalne jak filmy czy seriale, ale to zawsze był jakiś początek dyskusji. Albo spokojna przystań, kiedy rozmowa na inne tematy się nie za bardzo kleiła.
Tylko że i tu polegliśmy, a sprawcą tego całego zamieszania jest nie kto inny jak sztuczna inteligencja, tym razem w masce Claude Code. Wyobraźcie sobie, że nasz AI-owy przyjaciel to połączenie całkiem kumatego zespołu deweloperów z nienajgorszym designerem. Może nie zmieni stworzonym przez siebie produktem świata, ale na pewno może zmienić waszą firmę. A każde narzędzie firmowe jest w stanie zbudować od podstaw, dostosowując je do specyfiki organizacji, jej potrzeb i procesów. W praktyce nie jest to aż tak bezproblemowe, ale jest to początek największej rewolucji zawodowej naszych czasów, czyli końca wspólnego narzekania na narzędzia, z których wszyscy korzystamy. Od dzisiaj będziemy mogli krytykować i psioczyć tylko w bardzo spersonalizowany i zindywidualizowany sposób, szyty na miarę pod każdą firmę.
DZIĘKI AI…
Więcej możesz przeczytać w 4/2026 (127) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.