Polak najmłodszym absolwentem MBA na Columbii. Tomasz Felpel stworzył startup do wyceny MŚP
Większość ludzi widzi w skomplikowanych systemach barierę, Tomasz Felpel dostrzega w nich instrukcję obsługi. Jako imigrant w USA szybko zrozumiał, że kiedy zasady gry nie są nigdzie jasno zapisane, trzeba nauczyć się dostrzegać strukturę ukrytą pod powierzchnią.
Zanim założył startup Value Alpha, z bliska obserwował, jak korporacyjni giganci wyceniają prywatne firmy, opierając się częściej na towarzyskich relacjach i zakurzonych plikach PDF niż na twardej analityce. Postanowił to naprawić, budując technologiczną platformę, która wnosi dyscyplinę tam, gdzie dotąd panował chaos.
Dziś Tomasz łączy rolę foundera z działalnością w założonym przez siebie funduszu Sonnerie VC oraz w funduszu rodzinnym.
Zacznijmy od Twojej historii. Kim jest Tomasz Felpel i co sprowadziło Cię do Nowego Jorku?
Tomasz Felpel: Urodziłem się w Krakowie, ale od najmłodszych lat moja ścieżka była międzynarodowa. Edukację zaczynałem w Kolegium Europejskim w Krakowie i brytyjskiej Stamford School, a następnie spędziłem sześć lat w Kopenhadze. Tam na Copenhagen Business School ukończyłem studia licencjackie i magisterskie, pracując jednocześnie w inkubatorze startupów. Pomagałem founderom na etapach pre-seed oraz seed w przygotowaniu pitch decków i strategii wyjścia na rynek.
Później przyszedł czas na Nowy Jork i studia Executive MBA na Columbia University. Zostałem najmłodszym studentem w historii tego programu. Aby się tam dostać, wymagane jest wieloletnie doświadczenie zawodowe, które ja kumulowałem, pracując intensywnie już od 18. roku życia. W Kopenhadze zajmowałem się obszarem fuzji i przejęć (M&A) dla firm z listy Fortune 500. Po sfinalizowaniu fuzji o wartości 26 mld dolarów, przeniosłem się właśnie tutaj, do USA. Moim celem zawsze było jednak budowanie własnego biznesu.
Jak to się stało, że w wieku 25 lat zostałeś najmłodszym absolwentem Executive MBA na tak prestiżowej uczelni?
To wynik bardzo wczesnego startu zawodowego. Jestem z rocznika ’98, ale studia licencjackie i magisterskie łączyłem z pracą na pełny etat w korporacjach. Kiedy moi rówieśnicy dopiero zaczynali karierę, ja miałem już niemal pół dekady profesjonalnego doświadczenia. To właśnie to doświadczenie transakcyjne, zdobyte w Europie i USA, pozwoliło mi zakwalifikować się na studia przeznaczone dla kadry zarządzającej z 10-20 letnim stażem.
Wielu młodych Polaków marzy o studiach na uczelniach takich jak Columbia. Co konkretnie dał Ci ten dyplom i czy w świecie startupów można się bez niego obejść?
Trwa obecnie wielka debata: czy MBA jest w ogóle potrzebne przedsiębiorcy? Moim zdaniem najważniejsza jest wiedza ekspercka i doświadczenie w danej branży. Media promują mit młodych geniuszy tworzących miliardowe firmy technologiczne w wieku 20 lat, ale to zaledwie promil rzeczywistości.
Większość udanych biznesów budują ludzie, którzy mają za sobą lata praktyki i cieszą się zaufaniem rynku. Columbia dała mi przede wszystkim bezpośredni dostęp do najlepszych praktyków i społeczności, która wspiera mnie w moich obecnych działaniach. To nie akademickie wykłady, ale profesorowie będący liderami biznesu oraz ambitni koledzy z roku są największą wartością. Takie relacje pomagają mi dziś budować zarówno moją markę osobistą, jak i moje przedsięwzięcia biznesowe. Bez tego kapitału społecznego droga na szczyt w Nowym Jorku byłaby znacznie trudniejsza.
Jako absolwent mam też możliwość wracania na Columbię w roli gościnnego wykładowcy, gdzie prowadzę zajęcia dla studentów MBA i Executive MBA z wyceny prywatnych firm. Pokazuję tam nie tylko klasyczne podejście do wyceny, ale także nowe możliwości, jakie daje technologia, w tym rozwiązania rozwijane przez Value Alpha. To dla mnie przykład tego, jak edukacja, praktyka biznesowa i przedsiębiorczość mogą się wzajemnie wzmacniać.
W jakiej branży wyrosła Twoja rodzina i czym zajmuje się dzisiaj?
Wywodzimy się z sektora farmaceutycznego – od prowadzenia aptek po produkcję leków. Ta działalność w Polsce jest wciąż bardzo aktywna. Obecnie prowadzimy biuro rodzinne, które inwestuje w sektor MŚP. Przejmujemy podmioty z obszaru prywatnej edukacji, nieruchomości komercyjnych, technologii ekologicznych (clean-tech) oraz opieki zdrowotnej.
Doświadczenia w przejmowaniu i wycenianiu firm pokazało mi ogromny problem: profesjonalne analizy finansowe są poza zasięgiem przeciętnego przedsiębiorcy. Kosztują od 10 do 50 tysięcy dolarów w USA i od 5 do 20 tysięcy złotych w Polsce. Ta bariera stała się podstawą mojej tezy na Columbii i impulsem do stworzenia Value Alpha – startupu, który ma zdemokratyzować dostęp do wycen i analiz biznesowych.
Czego nie rozumieją polscy founderzy, którzy marzą o sukcesie za oceanem?
Wraz z kolegą, który w trakcie studiów MBA sprzedał firmę za 1,3 mld dolarów, założyłem fundusz Sonnerie VC. Obserwuję, że głównym błędem europejskich, w tym polskich startupów, jest zbyt długie skupianie się wyłącznie na rynku lokalnym. Spędzają miesiące na badaniu rynku w Polsce, podczas gdy powinni od razu weryfikować model biznesowy w USA. Rynek amerykański daje szybszą walidację, większe możliwości skalowania i łatwiejszy dostęp do kapitału. Moja teza jest prosta: lepiej zacząć w Stanach i z tą wiedzą oraz kapitałem wrócić do Polski, niż na odwrót.
W Polsce panuje obawa, że gdy startup wyjeżdża do USA, przestaje być "polski". Czy da się pogodzić globalny rozwój z zachowaniem tożsamości?
To obecnie kluczowy temat w moich rozmowach z instytucjami takimi jak PAIH. Problemem bywają też polskie granty – często nakładają one ograniczenia, które blokują przyjmowanie kapitału zagranicznego przez określony czas, co hamuje wzrost. Rozwiązaniem jest model hybrydowy. Startujesz w USA, by pozyskać kapitał i rynek, ale serce technologiczne zostawiasz w Polsce. Polski talent inżynierski jest jednym z najlepszych na świecie. Sam pracuję z polskimi programistami i uważam to za rozwiązanie tysiąckroć lepsze niż outsourcing w Indiach czy innych krajach. Mój cel jest właśnie taki: budować spółkę matkę w Stanach, ale operacyjnie rozwijać się w Polsce, wykorzystując nasz niesamowity potencjał techniczny.

Jaką przewagę ma polski startup na tak konkurencyjnym rynku jak amerykański?
Niezwykła siła polskiej społeczności. W przeciwieństwie do moich doświadczeń z Wielkiej Brytanii czy Danii, Polacy w Stanach Zjednoczonych autentycznie chcą sobie pomagać i aktywnie się wspierają. W polskiej ambasadzie czy konsulacie regularnie odbywają się spotkania, które łączą przedsiębiorców i otwierają im drzwi do nowych możliwości. Ta narodowa solidarność to potężny kapitał. Oczywiście Polska sama w sobie jest dobrym rynkiem na start, ale wejście w nieznane środowisko w USA wymaga relacji. To był jeden z powodów, dla których zdecydowałem się na studia MBA – nie dla samej teorii, ale dla dostępu do ekspertów i budowania koneksji, które teraz procentują w Nowym Jorku.
Czy sugerujesz, że startupowcy z innych krajów są bardziej nastawieni na rywalizację i przez to tracą dystans?
Polska należy dziś do grona 20 największych gospodarek świata i wciąż rośnie. Jako kraj wielokrotnie przechodziliśmy przez kryzysy, transformacje i momenty niepewności, dlatego jesteśmy przyzwyczajeni do pokonywania trudności. To kształtuje kolejne pokolenia Polaków, daje nam odporność, determinację, ale też instynkt wspierania innych Polaków na świecie. Dlatego polski ekosystem może być silniejszy, jeśli będziemy łączyć ambicję ze wzajemnym wsparciem.
Myślę, że wielu founderów wpada w pułapkę nadmiernego skupienia się na samym rozwiązaniu zamiast na otwarciu się na rynek. Największym błędem jest „zamykanie się w garażu”. Kluczem do sukcesu jest rzetelne badanie potrzeb klientów, które nie polega na wysyłaniu ankiet, ale na bezpośrednich rozmowach z ekspertami i rynkiem.
Trzeba mieć w sobie pewien rodzaj pokory i gotowości na zmianę. Żaden wielki startup, jak Airbnb czy Tesla, nie wyglądał u celu tak samo, jak na początku. Founder musi mieć obsesję na punkcie problemu, który rozwiązuje, a nie konkretnego produktu, bo ten może zmienić się wiele razy pod wpływem rozmów z ludźmi. Ta otwartość i gotowość do szukania pomocy są na wczesnym etapie kluczowe.
Czy Value Alpha to Twój pierwszy startup, czy masz już na koncie wcześniejsze projekty?
Jak każdy przedsiębiorca, mam w szafie kilka projektów, które dotykały ciekawych problemów, ale z różnych przyczyn nie doczekały się rynkowej realizacji. Value Alpha jest jednak moim pierwszym startupem, który generuje realne przychody i z powodzeniem operuje na rynku małych i średnich przedsiębiorstw w Stanach Zjednoczonych. Teraz przyszedł czas na Polskę. Wierzę, że nasze rozwiązanie może znacząco zdynamizować wzrost polskiego sektora MŚP, dostarczając narzędzi, które do tej pory były zarezerwowane tylko dla największych graczy.
Jak w prostych słowach wyjaśniłbyś mechanizm działania Value Alpha?
Posłużę się przykładem: wyobraźmy sobie pana Janka, który od 20 lat prowadzi firmę konsultingową generującą 20 mln zł przychodu. Pan Janek ma 70 lat i stoi przed wyzwaniem przekazania biznesu kolejnemu pokoleniu lub jego sprzedaży. Problem w tym, że wycena prywatnej firmy to proces żmudny i kosztowny. Tradycyjne firmy doradcze wystawiają faktury na dziesiątki tysięcy złotych, a proces trwa miesiącami. Value Alpha całkowicie to automatyzuje. Przedsiębiorca wgrywa dokumenty finansowe – deklaracje podatkowe, bilanse, czy rachunki zysków i strat – w dowolnym formacie (PDF, Excel, a nawet zdjęcia). Nasz algorytm w ciągu 5 do 15 minut segreguje te dane i generuje profesjonalny raport. Co ważne, nie jest to prosty kalkulator. Stworzyliśmy 40 specyficznych modeli finansowych dostosowanych do konkretnych sektorów – od biotechnologii, przez nieruchomości, aż po usługi hydrauliczne. Inaczej przecież wycenia się firmę produkcyjną, a inaczej startup biotechnologiczny, który ma ogromny potencjał i kapitał, ale jeszcze nie generuje przychodów.
Czy przedsiębiorca może czuć się bezpiecznie, powierzając algorytmom tak wrażliwe dane finansowe?
Absolutnie tak. Bezpieczeństwo i prywatność były naszym priorytetem od pierwszego dnia. Wszystkie dane są w pełni anonimizowane. Nie wykorzystujemy ich do trenowania publicznych modeli językowych (LLM), co pozwala uniknąć ryzyka tzw. halucynacji AI. Nasz system opiera się na twardej logice finansowej, którą wypracowałem podczas niezliczonych nocy spędzonych nad nad setkami wycen firm i arkuszami Excela oraz we współpracy z profesorami z Columbia University i NYU.
Wykorzystujemy Pythona i TypeScript do procesowania danych, a AI wspiera jedynie wybrane sekcje raportu. Dzięki temu przedsiębiorca ma pewność, że jego dane finansowe są zaszyfrowane i odizolowane, a my nie wykorzystujemy ich do trenowania AI, a wyniki analizy są oparte na sprawdzonych metodologiach, a nie na statystycznym prawdopodobieństwie modelu językowego.
Jak system adaptuje się do specyfiki polskiego rynku, który różni się od amerykańskiego?
Mamy dwa odrębne systemy. W Polsce Value Alpha jest w pełni zintegrowana z danymi z KRS, co daje nam potężną bazę do walidacji wycen. Interfejs jest natywny, w języku polskim, a modele finansowe uwzględniają lokalne realia ekonomiczne. W USA sektor prywatny jest mniej transparentny, co czyni nasze narzędzie jeszcze bardziej pożądanym, ponieważ profesjonalne dane z platform takich jak PitchBook czy Bloomberg kosztują fortunę i są zbyt skomplikowane dla przeciętnego właściciela firmy.
Moim celem jest stworzenie „Bloomberga dla rynku prywatnego” – złotego standardu wyceny, który wyrówna szanse w negocjacjach między właścicielem małej firmy a profesjonalnym funduszem inwestycyjnym.
Na ile precyzyjne są wyceny generowane przez Value Alpha? Czy to twarde dane, na których można polegać w 100 proc.?
Wycena prywatnego biznesu to nigdy nie jest jedna, sztywna liczba. To zawsze pewien zakres wartości, zależny od predykcji rynkowych i celów transakcji. My przeprowadzamy tysiące symulacji i podajemy zakres, w którym z 90-procentowym prawdopodobieństwem mieści się wartość danej firmy. Co więcej, nasze raporty są interaktywne. Przedsiębiorca może sprawdzić scenariusze: „co się stanie z wyceną, jeśli spłacę kredyt?”, „o ile wzrośnie wartość firmy, gdy zwiększę przychody o 20%?”. To daje właścicielowi mapę drogową – pokazuje, gdzie jest dzisiaj, a gdzie musi być, by sprzedać biznes na satysfakcjonujących warunkach. Oczywiście technologia nie zastąpi w pełni czynnika ludzkiego, takiego jak analiza jakości bazy klientów czy talentu zespołu, ale dostarcza fundament, którego do tej pory brakowało sektorowi MŚP.
Jaki jest model zarobkowy Value Alpha?
Skupiamy się na dwóch głównych grupach odbiorców, czyli naszym ICP (Ideal Customer Profile). Pierwszą są właściciele dojrzałych firm z sektora MŚP, którzy chcą poznać wartość swojego biznesu przed sprzedażą lub sukcesją.
Drugą grupą są tzw. search funders – to dynamicznie rosnący trend, szczególnie w USA, gdzie menedżerowie z wieloletnim doświadczeniem w korporacjach szukają dochodowych biznesów do przejęcia i dalszego prowadzenia. Oferujemy im dwa modele: jednorazowy raport z wyceną lub subskrypcję.
Ta druga opcja pozwala przedsiębiorcy co kwartał wgrywać nowe dane finansowe i monitorować, jak podejmowane decyzje przybliżają go do celu finansowego. Moim długofalowym celem jest eliminacja zbędnych pośredników i bankierów inwestycyjnych z procesów o mniejszej skali. Chcę, aby Value Alpha stała się platformą łączącą sprzedających bezpośrednio z inwestorami – takim „Marketplace dla biznesu”, gdzie fundamentem transakcji jest nasza obiektywna wycena.
Czy użytkownik może przejść przez ten proces samodzielnie, czy oferujecie wsparcie konsultanta?
Platforma jest w pełni samoobsługowa i zautomatyzowana. Każdy może dziś założyć konto na Value Alpha i samodzielnie przeprowadzić wycenę. Moje osobiste zaangażowanie na tym etapie ogranicza się do prowadzenia prezentacji dla funduszy czy większych grup przedsiębiorców, aby pokazać im pełnię możliwości narzędzia, w tym zaawansowane symulacje.
Obecnie budujemy profesjonalny zespół sprzedaży, który przejmie te procesy onboardingowe, ale sercem biznesu pozostaje intuicyjna technologia, która nie wymaga obecności eksperta przy każdej analizie.
Czy Value Alpha przyda się młodemu startupowi na etapie pre-seed, czy to narzędzie wyłącznie dla dojrzałych graczy?
Standardowo celujemy w firmy dojrzałe, generujące od 2 do 100 mln zł przychodu w Polsce lub od 5 do 250 mln dolarów w USA. Jednak mamy bardzo silną nogę sektorową dla branż takich jak biotechnologia, life sciences czy produkcja wyrobów medycznych.
Te firmy często przez lata nie generują przychodów, a ich wartość opiera się na własności intelektualnej, wynikach badań i ścieżce regulacyjnej. Nasze modele, opracowane we współpracy z ekspertami, potrafią wycenić taki potencjał na potrzeby rund inwestycyjnych, biorąc pod uwagę prawdopodobieństwo sukcesu klinicznego i koszty wprowadzenia produktu na rynek.
Natomiast w przypadku klasycznych startupów technologicznych, takich jak agencje marketingowe czy proste platformy B2B na bardzo wczesnym etapie, twarda analityka finansowa jest mniej istotna. Tam 70% procesu due diligence to ocena zespołu i wizji foundera, a tylko 30% to liczby.
W Polsce zawyżona wycena na starcie jest często traktowana jako błąd nowicjusza i „czerwona flaga” dla inwestora. Jak to wygląda z perspektywy Nowego Jorku?
W USA podchodzi się do tego nieco inaczej. Inwestorzy VC patrzą przede wszystkim na to, czy dany biznes ma potencjał na „wyjście” z mnożnikiem 10x czy 100x. Wycena na wczesnym etapie jest często wypadkową tego, ile kapitału startup potrzebuje, by osiągnąć kolejny kamień milowy, i jaki limit wyceny zostanie ustalony w umowach typu SAFE.
Jednak zgadzam się z jedną kwestią: jeśli founder ma obsesję na punkcie samej wyceny, a nie problemu, który rozwiązuje, to dla mnie również jest to “czerwona flaga”. Inwestuję w ludzi, co do których mam pewność, że poradzą sobie z rynkowymi turbulencjami.
Moja przewaga w Value Alpha polega na tym, że nie oferuję generycznych rozwiązań jak ChatGPT, ale dostarczam głęboką, sektorową ekspertyzę. Wycena ma sens tylko wtedy, gdy opiera się na zrozumieniu specyfiki danego rynku – czy to jest medycyna, nieruchomości, czy usługi.
W ile startupów dotychczas zainwestowałeś?
Jeśli weźmiemy pod uwagę aktywność naszego biura rodzinnego, mówimy o kilkudziesięciu podmiotach. Jeśli natomiast chodzi o mój autorski fundusz Sonnerie VC, przeanalizowaliśmy do tej pory setki projektów, z których wybraliśmy kilka kluczowych inwestycji. Trzeba jednak pamiętać, że operujemy głównie w sektorach life science i biotechnologii. To „długa gra” – tutaj na realny zwrot z inwestycji czeka się zazwyczaj od 7 do 10 lat. Wymaga to ogromnej cierpliwości i determinacji, ale to właśnie ta perspektywa czasowa pozwala budować rozwiązania o fundamentalnym znaczeniu.
Czy w Twoim portfelu znajdują się już jakieś polskie spółki?
Na ten moment nie mogę jeszcze zdradzać szczegółów dotyczących konkretnych podmiotów, ale aktywnie przyglądamy się rynkowi. Cały czas prowadzimy dialog z polskimi funduszami i founderami, bo potencjał technologiczny w kraju jest ogromny, choć nasza obecna baza operacyjna to Nowy Jork i ekosystem skupiony wokół uczelni z Ivy League.
Dlaczego zdecydowałeś się na rolę inwestora, zamiast przeznaczyć ten kapitał wyłącznie na rozwój własnych projektów?
Dla mnie inwestowanie to nie tylko pomnażanie kapitału, ale przede wszystkim misja. W naszym funduszu gromadzimy środki od inwestorów, którzy często sami są wybitnymi naukowcami z doktoratami z Columbii – ekspertami w swoich dziedzinach. Inwestujemy w projekty, które realnie zmieniają życie. Przykładem może być BMI Organ Bank, startup, w który zainwestowaliśmy w styczniu. Zajmują się regeneracją nerek przeznaczonych do przeszczepów. Każdego roku marnuje się tysiące organów, podczas gdy pacjenci latami czekają na listach transplantacyjnych.
Wspieranie foundera, który poświęcił życie, by rozwiązać ten problem, daje ogromną satysfakcję. W świecie, gdzie większość kapitału płynie dziś w stronę AI, technologii kosmicznych czy sektora obronnego, innowacje medyczne, które uratują ludzkie życie za 10 lat, bywają pomijane. My tę lukę wypełniamy.
Współpracujecie blisko z amerykańskimi uczelniami. Jak ten model mógłby sprawdzić się w Polsce?
W USA działamy bezpośrednio przy Biurach Transferu Technologii na uczelniach takich jak Columbia, NYU, Wharton czy Harvard. Mój fundusz pełni rolę „Executive in Residence” na Columbii – doradzamy profesorom i naukowcom, jak wyjść z laboratorium i skutecznie wprowadzić produkt na rynek oraz jak przygotować się do kolejnych rund finansowania.
To jest model, który marzy mi się w Polsce. Mamy genialne uczelnie medyczne i techniczne, jak choćby Uniwersytet Jagielloński. Brakuje tam jednak osób, które „wezmą naukowca za rękę”, otworzą mu sieć międzynarodowych kontaktów i pomogą skomercjalizować technologię tak, by pozostała ona polską własnością, zamiast być przejmowaną za bezcen przez zagraniczne koncerny na zbyt wczesnym etapie. Chcę być mostem, który połączy polską myśl naukową z amerykańskim kapitałem i doświadczeniem w skalowaniu biznesu.
Zastanawiałeś się kiedyś, kim byś był, gdybyś nie wychował się w rodzinie przedsiębiorców?
Myślę, że doszedłbym do tego samego miejsca, choć droga mogłaby być bardziej kręta. Mentalność budowania i skalowania czegoś nowego mam w naturze. Jestem wdzięczny rodzicom za wsparcie i za to, że przetarli mi szlaki, ale dziś Polska i świat oferują tak wiele możliwości, że determinacja pozwala osiągnąć cel niezależnie od punktu startowego.