Kino przetrwa! Wywiad

fot. materiały prasowe fot. materiały prasowe
Streaming kojarzy się dziś twórcom z finansowym bezpieczeństwem oraz ograniczoną artystyczną kontrolą. Ergo – z wolnością. A to przecież najlepsza pożywka dla sztuki – mówi Michał Walkiewicz, redaktor naczelny Filmweb.pl
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 4/2020 (55)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Jak serwisy streamingowe zmieniły rynek filmowy na świecie?

Michał Walkiewicz: Przede wszystkim zmusiły partycypujących w tymże rynku do bezpardonowej walki o widza. O jego pieniądze i uwagę. O dopasowujące się do kanapy ciało i umysł, które nie nadążają za kolejnymi serialami. Od razu powiem, że nie będę lamentował nad śmiercią kina. Nie uważam, że do niej dojdzie. Zmienią się modele ekonomiczne, ale kino przetrwa, ponieważ jego sednem jest społeczny rytuał. A człowiek żyje dzięki rytuałom. 

Jakie są najważniejsze trendy zapoczątkowane przez serwisy streamingowe?

Wpływ streamingu na nasze odbiorcze zwyczaje jest bezprecedensowy. Połączył się zresztą w organiczny sposób z rewolucją serialową. Zadawane dotąd pół serio pytanie, czy oglądając coś na małym ekranie, nie tracimy jakiejś cząstki doświadczenia, stało się podstawowym kryterium wyboru kolejnych produkcji. Binge-watching, spopularyzowany głównie przez modele dystrybucyjne Netflixa, sprawił, że zamieniliśmy kinowy fotel na kanapę. Z kolei kino stało się przestrzenią spektaklu przez wielkie S. Cała ta ceremonia z popcornem, blokiem reklamowym, wreszcie – seansem stała się czymś w rodzaju wydarzenia specjalnego, przynajmniej w życiu przeciętnego Kowalskiego, który musi teraz włączyć do równania abonament za jedną bądź – w przypadku, gdy wykazuje większy głód kultury – kilka wiodących platform streamingowych. 

Mówi się, że na rynku może namieszać Disney+, nowa platforma od Disneya,  ze swoją na wskroś rozrywkową ofertą. Zgadzasz się z tą tezą?

Nie wiem, czy słowo „namieszać” oddaje skalę zjawiska. Disney jest dziś absolutnym monopolistą kinowej rozrywki. Złapałem się ostatnio na tym, że w jakimś programie wystawiłem do box-office'owej rywalizacji z Marvel Cinematic Universe kolejne części „Avatara”. Ale przecież „Avatar” należał do wykupionego przez Disneya Foxa! I tak to z grubsza wygląda, jeśli chodzi o większość rozrywkowych marek... Ekspansja Disney+ oznacza stopniowe uszczuplanie zasobów giganta na innych platformach. O ile za „Avengers” nikt raczej tęsknił nie będzie, bo każdy widział dwa razy, o tyle skasowane originalsy w rodzaju „Punishera” czy „Daredevila” to dla Netflixa wizerunkowy cios. Według szacunków obecność flagowych produkcji Disneya na Netflixie oznaczała wpływy rzędu 300 mln dol. rocznie. Można śmiało zakładać, że wszystko odpowiednio przekalkulowano, że jest tam plan B, C, i pewnie aż do Z. 

Kogo wzmacniają serwisy streamingowe – niszowych, niezależnych twórców czy największych producentów i najpopularniejszych artystów?

I tych, i tych. Chodzą przecież żarty, że wystarczy krzyknąć „pomysł mam taki, że...” i już ktoś odkręca kurek z pieniędzmi. Tym, co uwielbiam w streamingu, jest inkluzywność. Kino niskobudżetowe, offowe, gotowe do wysyłki na festiwale, zawsze ma się świetnie, bo nie potrzebuje wiele tlenu. Zobacz tylko, ile tego wisi na HBO, Amazonie, Netflixie, wszędzie. Z kolei wysokobudżetowe projekty w rodzaju 

„Irlandczyka” Scorsesego czy „Okjy” Bong Joon-ho to już kwestia prestiżu, nagród, zamiatania pawimi piórami na Oscarach. Żadne studio nie dałoby dziś 120 mln dol. (plus koszty promocji) Davidowi Mackenzie, żeby nakręcił biografię Roberta I Bruce'a, jednego z wyzwolicieli Szkocji. To nie 1995 r., gdy takie kino miało sens zarówno artystyczny, jak i komercyjny. Ten film nakręcono w rozdzielczości 8K! To znaczy, że nikt go nie zobaczy w optymalnych warunkach przez najbliższe parę lat, ale chodzi przecież o pokaz siły. Na razie nikt się tego prężenia muskułów raczej nie boi. Netflix miał w tym roku 24 nominacje oscarowe, najwięcej ze wszystkich podmiotów producenckich. Po czasie mówimy jednak tylko o porażkach – nagrodzie pocieszenia dla Laury Dern za „Historię małżeńską” i potknięciach „Irlandczyka” we wszystkich kategoriach. 

Jaka przyszłość czeka serwisy streamingowe? Są już autorskie seriale, filmy, które biją się o Oscary, co dalej? Będą rosły w siłę?

Odpowiedź zawiera się już chyba w pytaniu. A konkretniej – w słowie „autorskie”. Streaming reaktywuje dziś tzw. kino środka, czyli martwą strefę w tradycyjnym kinowym obiegu. Wszyscy ci młodzi i utalentowani, którzy nakręcili wybitny debiut gdzieś, np. na Węgrzech, a potem poszli robić jakąś siekaninę, remake horrorów i co tylko jeszcze, teraz dostali idealną platformę do tego, by rozwijać autorski styl. Myślę, że wszyscy oni w końcu doczekają się czasów, gdy Netflix i festiwal w Cannes przestaną przeciągać linę. Streaming kojarzy się dziś twórcom z finansowym bezpieczeństwem oraz ograniczoną artystyczną kontrolą. Ergo – z wolnością. A to przecież najlepsza pożywka dla sztuki. Nie zanosi się również na zmierzch serialu jako nowej XXI-wiecznej powieści, bo w serialu wciąż można pokazać i powiedzieć wiele więcej. No chyba że Apple i Disney w końcu chwycą się za łby, to wszyscy skończymy na froncie I Korporacyjnej Wojny Światowej.  

 

 

My Company Polska wydanie 4/2020 (55)

Więcej możesz przeczytać w 4/2020 (55) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY