Febra złota
z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 3/2026 (126)
Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!
z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 3/2026 (126)
Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!
Notowania srebra spadły o 34 proc. w rekordowo krótkim czasie, po czym nastąpiło ich nieznaczne - w porównaniu ze skalą wcześniejszej przeceny - odbicie. Opis brzmi znajomo? Z pewnością, ale ten akurat nie dotyczy wydarzeń z przełomu stycznia i lutego br., lecz początku maja 2011 r., gdy notowania srebra w zaledwie osiem miesięcy wzrosły o blisko 180 proc.
Szukanie analogii w przeszłości ma uświadomić czytelnikom, że obecne wydarzenia w istocie nie są na rynku metali niczym nowym. To właśnie m.in. na ich podstawie w styczniowym wydaniu „My Company Polska”, w którym opublikowaliśmy prognozy na 2026 r. przestrzegaliśmy, by inwestorzy zainteresowani srebrem (i innymi metalami szlachetnymi) zachowali ekstremalną ostrożność.
A skoro wydarzenia się powtarzają, to zapewne warto wyciągnąć z historii lekcję i podjąć tym razem skuteczniejsze decyzje inwestycyjne.
Historia się rymuje
Zła wiadomość jest taka, że dynamiczne zwyżki notowań metali szlachetnych w przeszłości trwały po kilka miesięcy, po czym w perspektywie kilku lat zdarzało im się wracać nawet w pobliże punktu startowego. Na zmiennym rynku nie opłacało się być długoterminowym inwestorem, szczególnie takim, który kupował drogo. Jeśli ktoś kupił uncję srebra na szczycie w 2011 r., na okazję do wyjścia po cenie nabycia musiał czekać długich 14 lat i pięć miesięcy. Gdyby ktoś taki poczekał jeszcze kwartał, zdołałby podwoić kapitał, ale i to nie jest to dobry wynik jak na 15-letnią inwestycję.
Wróćmy do współczesności. Zakup srebra na początku czerwca 2025 r. pozwolił inwestorom czterokrotnie pomnożyć środki w ciągu ośmiu miesięcy. To ekstremalne tempo zwyżek uzasadniano na wiele sposobów - od pięciu lat popyt na srebro przewyższał podaż, której nie sposób było zwiększyć, bo srebro jest tylko produktem ubocznym wydobycia innych rud metali. Aż trzy czwarte srebra wydobywane jest „przy okazji”. Producenci elektroniki, w tym baterii do samochodów elektrycznych i paneli fotowoltaicznych, zastąpili z naddatkiem ubytek popytu po śmierci tradycyjnej metody wywoływania fotografii. Udział producentów paneli w popycie na złoto wzrósł z 12 proc. w 2015 r. do
29 proc. w 2025 r. (te i kolejne dane za silverintitute.org), a w perspektywie popyt z ich strony ma rosnąć o 17 proc. rocznie do 2030 r. Popyt na srebro wzrośnie także ze strony branży motoryzacyjnej. Do produkcji samochodu spalinowego potrzeba średnio 15-28 g srebra, dla elektrycznego 25-50 g. Udział elektryków w produkcji nowych aut wzrósł z 3 proc. w 2019 r. do 21 proc. w 2024 r. i będzie nadal rósł, co ma wpłynąć na średnioroczne zwiększone zakupy srebra o 3,4 proc. Analitycy spodziewają się też zwiększonego popytu ze strony budujących centra danych, choć w tym wypadku trudno oszacować skalę (ze względu na boom AI).
Ale trzeba przy tym pamiętać, że producenci rzadko przechodzą do porządku dziennego nad czterokrotnym wzrostem kosztów surowców w kilka miesięcy. Efektywniejszym działaniem jest zredukowanie zamówień do tych najpilniejszych i czekanie na zmianę warunków rynkowych. Zwłaszcza że wiedza o kosztach wydobycia srebra (17-32 dol. za uncję w zależności od producenta) jest powszechna.
Rynek srebra jest stosunkowo płytkim rynkiem (szacowana wartość przy notowaniach powyżej 100 dol. za uncję to 5”bln”dol., ale waha się ona w ostatnich tygodniach dość znacznie). Po zmniejszeniu aktywności przemysłu na rynku został kapitał spekulacyjny pompowany przez inwestorów indywidualnych, zawsze gotowych wziąć udział w każdej nowej gorączce, już od czasów słynnej tulipanowej hossy w XVII-wiecznej Holandii.
W kulminacyjnym czasie wzrostu zainteresowania notowania srebra rosły po kilkanaście procent tygodniowo i załamanie trendu musiało nadejść. Zwłaszcza że część influencerów publikowała na platformach społecznościowych filmiki dowodzące, że notowania srebra przestały być atrakcyjne dla kupujących (w szczytowym momencie uncja złota staniała do 40 uncji srebra, choć jeszcze w wakacje była warta aż 100 srebrnych uncji).
W tej sytuacji dość zaskakująca nominacja Kevina Warsha na przyszłego szefa Banku Rezerw Federalnych w USA, która nastąpiła pod koniec stycznia, w dniu krachu, była tylko pretekstem do wyprzedaży metali szlachetnych (Warsh jest postrzegany jako fachowiec i obawy o to, że Fed straci wiarygodność po wygaśnięciu kadencji Jerome Powella zostały przynajmniej częściowo rozwiane). W tym samym czasie amerykańska giełda metali podwyższyła wysokość depozytów zabezpieczających kontrakty na srebro (była to szósta podwyżka wysokości depozytów w czasie kilku tygodni), co także mogło zmusić posiadaczy długich pozycji do ich zamknięcia (w praktyce sprzedaży).
W przypadku złota zadziałać mógł inny mechanizm. Ten rynek (kapitalizacja) wart jest ok. 36 bln dol. (w szczytowym momencie wyceny). Jednak złoto ma znacznie mniejsze wsparcie ze strony popytu przemysłowego, za to znacznie większe ze strony banków centralnych (w tym naszego NBP) i inwestorów finansowych. Podaż złota (wydobycie i recykling) w 2025”r. (5””tys. t; te i kolejne dane za World Gold Council) była równa popytowi, przy czym ponad 20 proc. popytu zgłosili inwestorzy, a drugie tyle banki centralne.
Warto pamiętać, że wzrost notowań od sierpnia do stycznia (z 3,3”tys.”dol. do 5,5”tys. dol. za uncję złota) mógł wypełnić, a nawet przekroczyć plany gromadzenia rezerw walutowych w królewskim kruszcu przez banki centralne i przez inwestorów. W październiku Adam Glapiński, prezes NBP, deklarował, że kierowany przez niego bank jest zainteresowany zwiększeniem udziału złota w rezerwach z 20 do 30”proc., to jest o 50 proc. Publicznie ogłosił zamiar zwiększenia rezerw z 550 do 700 t. Ale złoto podrożało o 66 proc. i zajęło w rezerwach więcej miejsca, niż zakładano bez konieczności dokupienia choćby jednej uncji. W rezultacie NBP w styczniu sprzedawał złoto i zmniejszył stan posiadania o kilka ton (ta informacja pojawiła się tuż przed wysłaniem niniejszego tekstu do druku). A w podobnej sytuacji mogło znaleźć się wielu inwestorów. Należało się więc spodziewać, że popyt inwestycyjny i banków centralnych będzie się zmniejszał w miarę jak złoto drożało.
Wszak wielu inwestorów budowało swoje pozycje w ubiegłych latach, gdy złoto było znacznie tańsze (w latach 2020-2023 tylko chwilowo przekraczały one 2 tys.”dol. za uncję, a w latach 2013-2019 mniej niż 1300 dol. za uncję). Kiedy cena wystrzeliła, tacy inwestorzy mogli być zainteresowani ograniczeniem zbyt dużego udziału złota w portfelach. I to niezależnie od tempa jego zwyżek. Zwyczajnie, jeśli dane aktywa zajmują zbyt wiele miejsca w portfelu, strategia zarządzania nim nakazuje redukowanie pozycji. I kiedy pod punktami dilerskimi ustawiały się kolejki chętnych do wzięcia udziału w historycznej hossie, jego wieloletni posiadacze mieli dobre powody, by złota się pozbywać.
W szklanej kuli
Jeśli kierować się historią, w perspektywie kilku, kilkunastu tygodni notowania złota i srebra będą się istotnie wahały i tym razem nie jest to eufemizm. Zniżki będą wykorzystywane do zakupów przez tych inwestorów, którzy długo czekali na przerwanie wzrostowego rajdu, by dokonać inwestycji w sposób mniej ryzykowny (w myśl zasady: nie goni się uciekających pociągów). Po drugiej stronie rynku znajdą się ci wszyscy, którzy planowali sprzedaż, ale przegapili najwyższe notowania (do tego wystarczyło wyjechać na narty na przedłużony weekend). Oni, oraz ci, którzy kupili kruszce na górce i teraz tego żałują, wykorzystają odbicia kursów do sprzedaży kruszców.
Jeśli kierować się przebiegiem notowań metali szlachetnych z minionych dekad oraz doświadczeniem podpowiadającym, że każda bańka kończy się w ten sam sposób (hossa wchodzi po schodach, bessa zjeżdża po poręczy), starcie tych sił wygrają sprzedający. Po stronie podaży staną bowiem ci, którzy złota mają w nadmiarze, po stronie popytu ci, którzy uwierzyli w opowieści, o tym, że w długim terminie na metalach szlachetnych nie można stracić. Gdy okaże się, że legenda jest fałszywa, siły popytu osłabną, notowania przełamią ważne psychologiczne bariery i ostatecznie się załamią. W latach 80. XX w. notowania złota spadły od szczytu o dwie trzecie w 2,5 roku, a w latach 2011-2016 o połowę. W przypadku srebra skala przeceny była podobna w obydwu przypadkach (około dwóch trzecich wyceny). Później cała zabawa zacznie się od nowa (wieloletnia akumulacja i późniejszy dynamiczny wzrost ku nowym szczytom), która pozwoli zwolennikom inwestycji w metale szlachetne powtórnie odtrąbić zwycięstwo nad dogmatami współczesnej polityki monetarnej.
Tym razem jest inaczej
Jednak powrót notowań złota w okolice 2”tys. dol. za uncję czy srebra do 55 dol. za uncję i wieloletnie budowanie bazy pod przyszłe wybicie to nie jedyny możliwy scenariusz. Zwolennicy włączenia metali szlachetnych do portfeli inwestycyjnych mają za sobą mocniejsze argumenty niż tylko spekulacje. Popyt na srebro rzeczywiście przekracza podaż, a w ostatnim czasie pojawił się nowy silny kupujący - branża zbrojeniowa. Współczesne wojny polegają na elektronice, a ta potrzebuje srebra. Na strachu przed wojną i na samych wojnach nikt nie oszczędza, a na czołgi, samoloty, rakiety i drony nigdy nie ma promocji.
Nie istnieją przy tym proste metody zwiększenia podaży. Nawet gdyby odkryto nowe, bogate złoża, to proces budowy kopani i uruchomienia wydobycia liczony jest w skali dekady.
W przypadku złota sprawa jest jeszcze prostsza - zadłużenie państw jest niebezpiecznie wysokie. USA nawet bez kosztów odsetkowych nie potrafią (i nie dążą do tego) zrównoważyć budżetu. Już teraz zarówno Japonia jak i USA zmuszone są emitować nowy, coraz droższy dług tylko po to, by obsłużyć płatności odsetkowe. Taka sytuacja nie może ciągnąć się w nieskończoność. Każdorazowo, hossa metali szlachetnych związana była z kryzysem zaufania do systemu finansowego. W latach”70. było nim zerwanie z parytetem złota i dolara, niemal dwie dekady temu wielki kryzys finansowy i skup obligacji przez banki centralne również wywołały obawy o stabilność systemu. Łatwo też zauważyć, że kolejne cykle przyspieszają. Pierwsza złota hossa narodziła się 90 lat temu (jako następstwo wielkiej depresji), kolejna 35 lat później, gdy Stany Zjednoczone najpierw zawiesiły wymienialność dolarów na złoto, a następnie wypowiedziały układ z Bretton Woods (rezygnując ze sztywnego parytetu dolar/złoto). Kolejna hossa narodziła się dwie dekady po zakończeniu poprzedniej (pęknięcie bańki internetowej), kolejna pojawiła się zaledwie sześć lat po końcu ostatniej. Być może na kolejną trzeba będzie czekać nie kolejne lata, lecz wystarczą kwartały.
Złota polisa
Inwestycjom kapitałowym zawsze towarzyszy niepewność i ryzyko utraty kapitału. Metale szlachetne mogą okazać się wyjątkiem, lecz do tego potrzebna jest zmiana ich percepcji. Jeśli w portfelach inwestorów nie będą traktowane przez pryzmaty zysków i strat, lecz jako polisa ubezpieczeniowa na wypadek pojawienia się kolejnych kryzysów pisanych przez historię, metale szlachetne okażą się warte posiadania, bez względu na przebieg bieżących notowań. Wielu inwestorów, ale też zwykłych zjadaczy chleba wciąż „pędzi” po pełnym niebezpiecznych zakrętów świecie finansów i gospodarki bez autocasco. Gdy odpowiednio duża liczba ludzi uświadomi sobie skalę podjętego przez rządy ryzyka, kupujący mogą jeszcze przeważyć siły podaży. Prawdopodobnie nastąpi to jednak dopiero wówczas, gdy historia zacznie pisać kolejny rozdział.
Jak dotąd nie wydarzyło się przecież jeszcze nic porównywalnego w skali do wielkiego kryzysu czy zerwania układu z Bretton Woods. Jeśli takie zdarzenie się pojawi, dzisiejsze notowania mogą jeszcze wydać się niepowtarzalną okazją z przeszłości. A jeśli następny kryzys jest daleko przed nami? Cóż, zazwyczaj polisy majątkowe kupuje się nie dla zysków, lecz z przezorności.
________________
OKIEM EKSPERTA:
Bartosz Rączyński, Dyrektor zarządzający w Mennica.Apart.pL
Porównywanie aktualnej sytuacji na rynku metali szlachetnych do historycznych wzorców jest na pewno ciekawym wyzwaniem intelektualnym, tak samo jak zgłębianie niuansów analizy technicznej. Podstawowe pytanie, jakie należy sobie zadać, to czy złoto traktuję jako aktywo spekulacyjne i chcę postawić zakład dotyczący kierunku zmiany ceny, czy jednak dokonuję zakupu złota w formie fizycznej, aby zabezpieczyć siebie i swoich bliskich na wypadek kryzysu finansowego lub nieoczekiwanych wydarzeń geopolitycznych, w które to obfitują dzisiejsze czasy. Istotą inwestowania w złoto fizyczne jest dokonywanie zakupu ze środków, które planujemy ulokować w bezpieczne aktywo przenoszące swoją wartość w długim horyzoncie czasowym. Złoto wielokrotnie pokazało, że właśnie takim aktywem jest. Długo oczekiwana korekta ceny złota była spodziewana i zupełnie normalna – można powiedzieć, że rynki odetchnęły z ulgą po ponad dwuletniej, nieustającej hossie. Cena złota, po ustanowieniu nowego rekordu wszech czasów w październiku 2025 r., spadła, po czym znów wzrosła, aby osiągnąć kolejne rekordy w styczniu 2026 r. Niesłabnący popyt ze strony banków centralnych, funduszy inwestycyjnych, a także prywatnych inwestorów, w świecie niepewności i narastających konfliktów na arenie międzynarodowej, będzie umacniał złoto jako pożądane aktywo w licznych portfelach jako safe haven lub – jak niektórzy mówią – polisę ubezpieczeniową.
Więcej możesz przeczytać w 3/2026 (126) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.