Zielone Strony Biznesu. Ziołowy biznes z pasji i uporu

Ziołowy Zakątek,
Ziołowy Zakątek, fot. materiały prasowe
Z dala od zgiełku, wśród rozległych pól i sennych wsi Podlasia, wybujał milionowy biznes – Ziołowy Zakątek i Dary Natury – lokalne imperium Mirosława Angielczyka.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 10/2021 (73)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Zakątek leży na uboczu i – jeśli człowiek zapuści się w głąb ogrodu – rzeczywiście pachnie ziołami. Jednak o spokój, jaki kojarzy się z definicją zakątka, coraz tu trudniej. W tym roku ogród botaniczny – chlubę właściciela – odwiedziło już niemal 100 tys. gości. Niemal 25 proc. więcej niż przed pandemią. To słychać i widać gołym okiem. Gdy w poniedziałkowe sierpniowe południe wjeżdżam do Korycina, siedziby biznesu Mirosława Angielczyka, z trudem znajduję miejsce na parkingu i tylko dlatego, że ktoś właśnie wyjeżdża. 

Gdy wysiadam z auta, wita mnie zgrzyt pił i hurgot betoniarek. Czuję się bardziej jak w oku cyklonu niż w zakątku, tym bardziej że przez ostatnie 3 min po wjeździe do miniaturowego Korycina minęło mnie więcej samochodów, busów z turystami i ciężarówek odbierających towar z hurtowni Darów Natury niż przez całą ostatnią godzinę jazdy po Podlasiu. – Jesteśmy w fazie najbardziej intensywnego rozwoju w historii firmy. Uruchamiamy laboratorium kosmetyczne i kończymy budować halę do obróbki ziół oraz chłodnie i mroźnie o pojemności 800 t do przechowywania warzyw i owoców, które w sezonie skupujemy od rolników. Dzięki tym dwóm inwestycjom i kosztem 24 mln zł, staniemy się naprawdę samowystarczalni – mówi Mirosław Angielczyk. Uważa, że teraz dopiero, po niemal 30 latach, udało mu się zbudować prawdziwą bazę do stworzenia solidnego biznesu. – Na początku, w sensie budynków i sprzętu, to była typowa prowizorka. Pierwsze budynki ściągnąłem spod Warszawy z rozbiórki starych baraków dla bezdomnych. Kto obserwował nas z daleka miał pewnie inne wyobrażenie o firmie, bo produkty były wysokiej jakości. Większość była wytwarzana ręcznie i jednak w bardzo skromnych warunkach – wyznaje. 

Nie tylko zioła

W Ziołowym Zakątku Angielczyk zarządza wspólnie z żoną, Dary Natury to wyłącznie jego działka.

W obu firmach zatrudnia ponad 300 pracowników, nie licząc praktykantów, stażystów oraz pracowników tymczasowych. Zielony Zakątek to 60 ha pól i lasów. Część zajmuje gospodarstwo, a 35 ha uprawa ziół. 

Najwięcej – 10 ha – przeznaczone jest na plantację dzikiej róży. Niemal 5,5 ha zajmuje oczko w głowie prezesa – ziołowy ogród botaniczny. Angielczyk opowiada, że w założeniu miał to być jedynie jego hobbystyczny ogród. – Po kilkunastu latach pracy stwierdziłem, że stać mnie na kupno działki od sąsiadów, gdzie będę mógł zrealizować swoje marzenie z dzieciństwa. Chciałem sadzić zioła, by mieć czym się pochwalić. Postawiłem w nim tylko jeden budynek na biuro i myślałem, że na tym koniec, ale projekt szybko zaczął żyć własnym życiem. Zaczęły do mnie przyjeżdżać szkoły z pobliskich miejscowości, by zapoznawać dzieciaki  z przyrodą. Z roku na rok gości przybywało. Trzeba było ich napoić i nakarmić, więc zbudowałem karczmę. Niektórzy chcieli kupić sobie pamiątki, więc otworzyliśmy dwa sklepiki z naszymi wyrobami z ziół, owoców i warzyw oraz z sadzonkami ziół. Całkiem dobrze sobie radzą. W weekendy każdy generuje sprzedaż 10–12 tys. zł – opowiada.

Nie realizował z góry założonej wizji. Odpowiadał jedynie na zapotrzebowanie, które podpatrywał u turystów. Ponieważ goście coraz częściej napomykali, że chętnie by wśród ziół zostali dłużej, postawił kolejne budynki i otworzył agroturystykę. Ponieważ przyjeżdżało coraz więcej osób, które chciały pokazać dzieciom nie tylko przyrodę, ale też jak żyło się kiedyś na wsi, postanowił odtworzyć tradycyjne podlaskie gospodarstwo takie, w jakim sam się urodził i wychował. 

W dużym obejściu gospodarskim, ku uciesze dzieciaków, swobodnie przechadzają się kozy i owce, kury, koguty, kaczki, gęsi i pawie. Jest zagroda dla świń i królików. W otwartej na oścież stodole można poskakać na sianie i przymierzyć się, jak to by było pojeździć wielkimi wiejskimi saniami. W 40 zabytkowych chałupach, które Angielczyk uratował przed rozbiórką i ściągał z okolicznych wsi, jest 150 miejsc noclegowych. Turyści mogą wybrać też nocleg w ziemiance, a ci, którzy zastanawiali się, jak Staś i Nel żyli w pniu baobaba, sami mogą poczuć się jak bohaterowie powieści „W pustyni i w puszczy”, wynajmując apartament w ulokowanej w lesie konstrukcji imitującej pień gigantycznego dębu.

O rozwoju agroturystyki jako drugiej nodze biznesu poważniej pomyślał, gdy kilkanaście lat temu pojawiły się głosy, że UE zakaże zbioru pewnych roślin. – Zacząłem się zastanawiać, co będę robił, skoro nie będzie można przetwarzać ziół. Szczerze mówiąc, zacząłem się też martwić o pracowników. Gdzie oni tu znajdą inną pracę? – zdradza. 

Wielu ludzi, których zatrudnia, zna od lat. Także prywatnie. Nie traktuje ich więc jak tabelki w Excelu. Gdy zastanawiam się głośno, jak udaje mu się unowocześniać firmę i nie zwalniać ludzi, lekko się irytuje: – A pani by zwolniła? Jeśli ktoś przychodzi do Zakątka jako młody człowiek, pracuje tu kilkanaście lat, wiąże z firmą wszystkie plany na przyszłość, całe swoje życie to co, nagle mam mu powiedzieć, że kupiłem maszynę i go zwalniam? 

Korzystając z funduszy unijnych, unowocześnia firmę, ale równocześnie tworzy pracochłonny i wymagający ręcznej pracy dział herbat. 

Zatrudnia w nim pracowników zbędnych już przy produkcji, np. pakowaczy. – Teraz też kupiłem nowoczesną maszynę, która zastąpiła pracę 15 osób, ale nie muszę nikogo zwalniać. I tak w tej chwili brakuje mi ludzi do pracy – skarży się.

Pracownicy cenni jak złoto

Z Angielczykiem współpracuje na stałe ok. 100 zbieraczy, drugie tyle dorywczo. Zioła, warzywa i owoce dostarcza mu też kilkanaście gospodarstw zielarskich. Razem z produkcją własną daje to rocznie 500–700 t suszonych ziół, nie licząc suszonych warzyw i owoców. Przychody Ziołowego Zakątka w 2020 r. przekroczyły 50 mln zł, a roczny przyrost sprzedaży od lat wynosi 18–30 proc. 

Pandemia nic tu nie zmieniła, a nawet przyczyniła się do wzrostu popytu na zioła wzmacniające odporność organizmu, jak lukrecja, imbir, kurkuma i wspomagające układ oddechowy, jak lipa czy malina. – Ludzie kupowali wszystkie zioła, o których gdzieś wyczytali, że wzmacniają odporność – komentuje Angielczyk. 

Lockdown pozbawił go jednak dochodów z agroturystyki i od gości ogrodu botanicznego. – Pod tym względem to był bardzo trudny okres i  straty są nie do odrobienia – ocenia. Cieszy się jednak, że ludzi zwalniać nie musiał. – Jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że mogę ich przesuwać do innych prac. Kiedy nie było gości, kelnerzy i kucharze pakowali zioła. Szło im troszkę słabiej niż zawodowym pakowaczom, ale dla mnie było najważniejsze, żeby ich nie stracić. Wiedziałem, że pandemia kiedyś się skończy, a gdybym ich zwolnił, to teraz musiałbym szukać i szkolić nowych ludzi. Tylko nie wiem, czy bym ich znalazł, bo o pracowników dziś jest naprawdę trudno – mówi. 

Ten kłopot nie opuszcza go zresztą już od kilku lat. Szczególnie ubywa zbieraczy. Z prostego powodu – wieś się wyludnia, młodzi uciekają do miast. Liczba chętnych do pracy dodatkowo spadła wraz z inauguracją 500+. – Początek sztandarowego programu PiS był jak tąpnięcie – wspomina Angielczyk. Za to ci, którzy zostali stali się bardziej wydajni, zaczęli się specjalizować i mechanizować. Dlatego są cenni jak złoto.

Na własnych plantacjach Angielczyk uprawia tylko rośliny, które musi mieć blisko przetwórni, bo ich transport jest trudny, takich jak np. dzika róża, której płatki wykorzystuje do produkcji konfitur. 

W asortymencie Ziołowego Zakątka jest ok. 400 gatunków ziół, głównie przyprawowych, jak cząber, majeranek, tymianek, pachnotka, koperek, kolendra. – Najlepiej sprzedają się zioła pospolite – pokrzywa i dzika róża. Rzadkie zioła są pożądaną pozycją w ofercie, ale popyt na nie jest dużo mniejszy. Nie da się na nich też na nich wiele zarobić, najwyżej 20 proc. Największe przebicie jest na najtańszych ziołach, typu pokrzywa czy skrzyp polny. – przyznaje prezes.

Zaczęło się od plecaka  

Choć dziś biznes kwitnie, Angielczyk nigdy nie miał łatwo. Firmę założył na początku lat 90., zaraz po powrocie do Korycina jako mgr inż. po warszawskiej SGGW. Rodzina widziała go na etacie, ale on się uparł, że pójdzie na swoje. Początkowo zioła zbierał sam, a potem w plecaku i torbach woził je pekaesem do Warszawy. Dopiero po kilku miesiącach wymontował tylne siedzenie w maluchu żony i mógł zaopatrywać już więcej punktów. 

Przez pierwsze lata miał niewielu odbiorców, więc nad wszystkim pracował sam. W połowie lat 90. firma zaczęła szybko rosnąć; nie było możliwości, by sprawdzać każdego kontrahenta. I miał pecha. Trafił na nieuczciwe firmy, które wyłudziły od niego towar. – Dwa lata pracy poszło w dym. Popadłem w poważne problemy finansowe. Przez trzy lata komornik odwiedzał mnie regularnie co 2–3 tygodnie. Przetrwałem tylko dzięki nieustępliwości i maniakalnemu uporowi – opowiada. 

Niestrudzenie przekonywał urzędy i komorników, że na pewno sobie poradzi, tylko potrzebuje czasu. – Miałem silne przekonanie, że uda mi się wyjść na prostą, bo wiedziałem, że jestem mocny w tym, co robię. Zresztą, dzięki mojemu uporowi cały mój ziołowy biznes w ogóle się zaczął. Znajomi, rodzice, wiele osób mi odradzało, ale ja się uparłem i poszedłem za pasją, którą obudziła we mnie babcia, korycińska zielarka. Gdy wpadłem w kłopoty, wiedziałem, że tym bardziej muszę wytrwać. To była kwestia ambicji.  Poza tym miałem 32 lata i głęboko wierzyłem, że świat jest mój. Nikt nie wiedział, w jakich wtedy byłem tarapatach. Nawet żona. Mieszkała akurat z rodzicami, którzy wymagali opieki, więc  się nie domyślała. O całej sytuacji powiedziałem jej dopiero, jak wyszedłem na prostą – wspomina.  

Nie święci zioła suszą

U Angielczyka nie ma, że nie można. Jego życiowe motto to: Nie święci garnki lepią. Na dowód wskazuje ręką: – Tu, gdzie dziś jest Ziołowy Zakątek, było pole i kępka lasu. Miejsce jak każde inne, a jednak potrafiliśmy zrobić z tego atrakcję, do której ludzie ciągną z daleka.

W 2018 r. planował wprowadzić do oferty dodatki do pasz dla zwierząt, zbudować oranżerię, laboratorium do produkcji kosmetyków ekologicznych i muzeum medycyny ludowej. Po trzech latach w sferze planów pozostało tylko muzeum. Niewielką oranżerię można zwiedzać zaraz przy wejściu do ogrodu botanicznego, produkcja dodatków do pasz idzie nawet lepiej niż planował, a nowoczesne laboratorium pracuje nad pierwszymi recepturami. Już niedługo ze świeżutkich maszyn, zakupionych w dużej mierze dzięki dotacjom UE, wyjdą pierwsze ekologiczne kremy. W tym celu założyli dużą plantację acmella oleracea, rośliny rodem z Ameryki Południowej o zbawiennym działaniu na zmarszczki. Kosmetyki to będzie kolejna noga biznesu Angielczyka. I to w nich właśnie upatruje teraz największą szansę na rozwój i wzrost. 

Dotychczas najbardziej dochodową częścią biznesu była przetwórnia ziół. Ogród botaniczny na razie tylko generuje koszty. – Ale to są wartości niewymierne, dlatego, że wiele osób, które do nas przyjeżdżają, staje się naszymi klientami i dobrymi ambasadorami w różnych miejscach w Polsce i na świecie – uważa Angielczyk i snuje plany, jak jeszcze będzie upiększać i unowocześniać swoje ziołowe hobby.

Podlasie na Zbawiksie

W 2019 r. zrobił odważny ruch – otworzył pijalnię ziół i sklep Dary Natury w Warszawie. Nie liczył na zawrotny dochód. Doskonała lokalizacja – tuż obok modnego placu Zbawiciela – miała przede wszystkim spełniać zadania promocyjne. Uważa, że to był dobry strzał, bo nie dość, że wzrosła rozpoznawalność marki, to wielu klientów warszawskiej pijalni trafia do Ziołowego Zakątka. Nie musiał w tym celu robić nawet wielkiej kampanii promocyjnej – wystarczyło do każdego sprzedawanego produktu załączać informację o ziołowej podlaskiej enklawie.

Markę pomaga mu też budować stała obecność na targach zielarskich, w pismach branżowych i social mediach. A marka na rynku zielarskim jest wyjątkowo ważna, tworzy się ją bardzo długo i powoli, bo konsumenci ziół to grupa wyjątkowo świadoma i trudna do przekonania. Ich zaufanie zdobywa się przede wszystkim wysoką jakością. – Gdy nauczyliśmy się produkować pokrzywę najwyższej jakości, jej sprzedaż wzrosła trzykrotnie – mówi Angielczyk i stale powtarza: producenta, który tworzy dobre produkty, trudno jest wyprzeć z rynku. – Nieraz się zdarzało, że nowe firmy z większym budżetem marketingowym spychały nas z półek, ale klienci protestowali i sklepy wracały z zamówieniami. W branży, która kojarzy się ze zdrowiem, jakość jest najważniejsza. Dlatego tak bardzo jej pilnuję – podkreśla. 

My Company Polska wydanie 10/2021 (73)

Więcej możesz przeczytać w 10/2021 (73) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY