Zielone Strony Biznesu. Ekrowy na ekofarmie

Vertigo Farms
Vertigo Farms, fot. materiały prasowe
Drony, robotyzacja, sztuczna inteligencja, biogazownie, farmy wertykalne. W rolnictwie zachodzi cicha rewolucja. Ma dwa z pozoru sprzeczne cele: zwiększyć produkcję i zmniejszyć wpływ na środowisko. I polskie firmy są na pierwszej linii.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 12/2021 (75)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Rolniczym hitem ostatnich lat są farmy wertykalne, czyli uprawy piętrowe w zamkniętych pomieszczeniach. W tym segmencie działa stworzony dwa lata temu startup Vertigo Farms. To pierwsza polska firma specjalizująca się w uprawie wertykalnej ziół. Jednak jej innowacyjność nie ogranicza się do sposobu uprawy i asortymentu. Firma rozwija też unikatową metodę wytwarzania z wyhodowanych roślin wyciągów, które są poszukiwanym surowcem do produkcji zarówno żywności (np. suplementy diety, napoje), jak i kosmetyków.  

Vertigo Farms założyło małżeństwo Dawid i Anna Drzewieccy. Co ciekawe żadne z nich nie miało wykształcenia ani doświadczenia w rolnictwie. Dawid Drzewiecki wcześniej zajmował się doradztwem finansowym, zarządzaniem projektami badawczo-rozwojowymi, miał doświadczenie z funduszami europejskimi. Jego żona z kolei pracowała w korporacyjnym marketingu, m.in. przy wprowadzaniu na rynek przez firmy kosmetyczne oraz medyczne produktów tworzonych w oparciu o składniki naturalne. 

To właśnie widoczny na rynku trend w tej dziedzinie: moda na ekologiczne, naturalne kosmetyki, zainspirował twórców Vertigo Farms. Najpierw myśleli o tym, by zostać producentem takich wyrobów, ale przyglądając się rynkowi zaobserwowali, że o ile wytwórców ekologicznych produktów pochodzenia roślinnego jest wielu i trudno byłoby się na tym rynku przebić, o tyle problem często stanowi dostępność składników, na których opiera się ich wytwarzanie. 

Okazało się, że dostawców tego typu surowców jest niewielu, a zdecydowana większość ekstraktów roślinnych sprowadzana jest z zagranicy. Poza tym często problemem jest ich jakość. Szczególnie trudno jest zagwarantować ich powtarzalność, a w sytuacji, gdy mają one być podstawą do masowej produkcji wyrobów tworzonych według precyzyjnie dobranej formuły, jest ona kwestią kluczową.

Eszolcja, dziurawiec i arcydzięgiel 

Chęć stworzenia firmy, która byłaby w stanie zapewnić regularne dostawy ekstraktów ziołowych, o identycznym składzie i właściwościach, niezależnie od pogody czy pory roku popchnęła założycieli Vertigo Farms do zainteresowania się po pierwsze farmami wertykalnymi, a po drugie nowatorską metodą pozyskiwania wyciągów roślinnych – ekstrakcji nadkrytycznej z wykorzystaniem dwutlenku węgla (sprężony w odpowiedniej temperaturze gaz ma właściwości płynu). 

– Stosując nowe technologie, chcemy wprowadzać na rynek ekstrakty roślinne wysokiej jakości. Wchodzą one w skład różnych produktów od kosmetyków poprzez suplementy diety po żywność specjalistyczną. Docelowo mamy ambicje, żeby te nasze ekstrakty były wykorzystywane również w lekach – mówi Dawid Drzewiecki, współzałożyciel i prezes Vertigo Farms. 

Farmy wertykalne to według niego technologia, która pozwala uniezależnić się od warunków pogodowych, jest też dużo efektywniejsza niż uprawa w szklarniach. Ma także ważny wymiar ekologiczny.  

Dzięki temu, że taka farma jest izolowana od środowiska można bardzo mocno ograniczyć czy wręcz wyeliminować stosowanie środków ochrony roślin (nie ma szkodników ani chwastów). Również stosowana przez firmę metoda uzyskiwania ekstraktu niesie ze sobą korzyści zarówno, jeśli chodzi o jakość produktu, jak i o środowisko. 

Na czym ona polega? W tradycyjnej metodzie susz zalewa się alkoholem lub tłuszczem, które odgrywają rolę rozpuszczalnika. Następnie rozpuszczalnik trzeba usunąć – odparować lub w inny sposób odseparować. Vertigo Farms stosuje inną metodę, w której główną rolę odgrywa sprężony dwutlenek węgla, który wiąże się z substancjami roślinnymi, a następnie uwalniany jest w procesie dekompresji. 

– Przewagą tej metody jest to, że nie stosuje się chemicznych rozpuszczalników. To korzyść dwojakiego rodzaju – dla czystości ekstraktu, a zarazem dla środowiska – tłumaczy Drzewiecki. Wykorzystywany w tym procesie dwutlenek węgla może być użyty ponownie, więc produkcja ta nie wiąże się z jego dodatkową emisją.

Firma zaczęła od produkcji ekstraktów z kilku popularnych ziół (bazylia, szałwia, mięta) takich, które mają szeroką paletę zastosowań i przy których mogła zademonstrować pierwszym klientom, jakiej jakości są jej wyroby w porównaniu z produktami innych producentów.

Teraz jednak już szuka bardziej unikalnych roślin i takich, które są trudniejsze do uprawy w naszych szerokościach geograficznych. Chce w ten sposób bardziej wykorzystać główną przewagę, jaką tego typu produkcja ma nad tradycyjną – możliwość stworzenia w pełni kontrolowanych warunków uprawy niezależnych od klimatu i pogody. W ramach projektu badawczo-rozwojowego, który firma prowadzi we współpracy z Uniwersytetem Rolniczym w Krakowie i Instytutem Nowych Syntez Chemicznych w Puławach opracowuje np. metody optymalnej uprawy, a następnie pozyskiwania ekstraktu z eszolcji kalifornijskiej, dziurawca, arcydzięgla czy dzwonka irlandzkiego. To wszystko są rośliny powszechnie wykorzystywane w farmacji przemyśle kosmetycznym i spożywczym. 

Oprócz prac nad nowymi produktami firma chce również zwiększać skalę działania. Obecnie jest ona wciąż półprzemysłowa: produkuje do 100 l ekstraktów rocznie, zatrudnia cztery osoby. Ten poziom produkcji liczony w litrach wygląda co prawda na bardziej niepozorny, niż faktycznie jest – pamiętać trzeba, że zwykle stanowiący kluczowy element produktu ekstrakt roślinny jest jednocześnie w nim mocno rozcieńczany, stanowić może np. 1 proc. ostatecznego produktu, takiego jak krem czy suplement diety. 

Pod jednym względem firma nie jest jeszcze tak ekologiczna, jak chciałaby być. Do uprawy na farmie wykorzystywane jest sztuczne światło, co oznacza, że produkcja wiąże się z dużym zużyciem prądu. Rozwiązaniem w nieodległej przyszłości ma być przejście na zasilanie ze źródeł odnawialnych, konkretnie z fotowoltaiki. 

Czasem wystarczy moduł GPS

Wprowadzanie zupełnie nowych sposobów prowadzenia działalności rolniczej, czego przykładem są farmy wertykalne, to wyjątkowo spektakularna forma wdrażania innowacji w tej sferze. Jednak z perspektywy całego rolnictwa i przemysłu rolno-spożywczego to tylko jeden i to raczej mniejszy segment tego rynku. Większą wagę mają mniej widowiskowe innowacje stosowane w dziedzinach, które ze względu na masową skalę decydują o obliczu tej branży – a więc w tradycyjnej uprawie roślin i hodowli zwierząt. Wprowadzanie innowacji odbywa się przede wszystkim w kilku sferach wspólnie składających się na pojęcie rolnictwa 4.0. W niedawno opublikowanym przez Startup Poland raporcie „Technologie w rolnictwie” jako najważniejsze obszary rolnictwa 4.0 wymieniane są takie dziedziny jak: obrazowanie powierzchni ziemi (satelitarny monitoring upraw, drony, eledetekcja) AI, IOT, robotyzacja, biogazownie i biometanownie, chemia rolna, skracanie łańcuchów dostaw, bezpieczeństwo żywności (tu również wykorzystanie technologii blockchain), rolnictwo w mieście (urban farming). W tej ostatniej kategorii lokuje się Vertigo Farms. 

W każdej z nich są przykłady ciekawych rozwiązań. Innowacje wprowadzane są różnymi kanałami zarówno przez obecne na rynku duże firmy, np. producentów żywności, producentów maszyn rolniczych, jak startupy. Celem innowacji najczęściej jest zwiększanie wydajności, lepsze wykorzystywanie zasobów, usprawnienie procesów produkcji. Zdecydowana większość z nich ma jednocześnie wymiar ekologiczny. 

Niektóre zmiany zachodzą powoli, niepostrzeżenie, po prostu starsze typy maszyn są z wolna zastępowane nowymi, które nawet niekoniecznie muszą się bardzo różnić wyglądem – tyle że już mają moduł GPS i oprzyrządowanie pozwalające np. różnicować ilość dostarczanych nawozów w zależności od potrzeb w określone miejsca, co ma bardzo wymierny skutek: oszczędności i korzyści dla środowiska. 

Inne zmiany, choć również wprowadzane w dziedzinie, gdzie dominuje masowa produkcja i tradycyjny model jej prowadzenia mają jednak czasem spektakularny charakter.

Mierzymy zwierzęta

– Podłączamy krowy do internetu – mówi o swoim pomyśle na biznes Jarosław Kupis, założyciel i prezes Microlabs. Autorskim produktem jego firmy jest e-stado. – To produkt, który wkracza z nowoczesną technologią w miejsca, gdzie tej technologii do tej pory nie było – zauważa Jarosław Kupis. O ile bowiem powszechna jest automatyzacja udoju, o tyle opomiarowanie zwierząt to nowość.

Produkt, który firma sprzedaje, mieści się w kategorii IoT, czyli internet rzeczy, (choć w tym wypadku pewnie skrót powinien brzmieć IoA). E-stado to system oparty o biosensory umieszczone na uchu zwierzęcia (w taki sam sposób jak kolczyki urzędowe). Ich rolą jest zbieranie danych o zachowaniu krów. Sygnały zbierane są przez prostą w obsłudze sieć transmisyjną w oborze, dane następnie trafiają do chmury, gdzie są analizowane i trafiają po obróbce na smartfon hodowcy.

Algorytmy stworzone przez firmę pozwalają na bazie danych o zachowaniu zwierzęcia w ciągu doby wyciągnąć szereg wniosków,  np. ocenić stan jego zdrowia: z wyprzedzeniem zasygnalizować problemy, ale też np. to, kiedy krowa będzie się cielić lub kiedy będzie w okresie rui. To ostatnie jest pierwszą i podstawową funkcją systemu. Z perspektywy wydajności produkcji to informacja dla hodowcy kluczowa (przegapienie rui oznacza konkretne straty mierzone ilością wytwarzanego mleka).  

Równocześnie jednak wiele innych zbieranych w ten sposób danych może mieć olbrzymie znaczenie. Na przykład jeżeli jedno zwierzę na tle całego stada ma jakiś problem z pobieraniem pokarmu, to zwykle oznacza chorobę tego zwierzęcia, jeżeli całe stado w podobny sposób reaguje, to może to być sygnał, że z pokarmem jest coś nie tak lub że warunki w oborze są nieodpowiednie. Tego typu dane może odpowiednio zinterpretować hodowca, który np. widzi, że zmiana taka nastąpiła bezpośrednio po tym, gdy krowy dostały nowy pokarm (np. kiszonkę z innej partii). Tego typu monitoring może uratować przed poważnymi kłopotami. 

Ta możliwość szybkiego reagowania wiąże się zarówno z korzyściami ekonomicznymi, jak i ekologicznymi. 

Przykład? – Plagą w hodowli krów jest mastitis, czyli zapalenie wymienia. W momencie, gdy z dwu- czy trzydniowym wyprzedzeniem wiemy, że coś złego się dzieje ze zwierzęciem, można wtedy jeszcze często zastosować terapię bez wykorzystania antybiotyków. Unikamy w ten sposób ich stosowania. To z jednej strony oszczędność dla hodowcy, że nie musi ich kupować, a z drugiej korzyść dla środowiska – dzięki temu antybiotyki te nie trafiają potem do gleby – mówi prezes Microlabs.

Na razie firma sprzedała kilkadziesiąt systemów (z czego w Polsce kilkanaście, pozostałe za granicą  w kilku krajach europejskich, w USA, Kanadzie, a pojedyncze w Azji). Pewną barierą jest niestety pewien konserwatyzm rolników. Na tego typu nowinki decydują się wyłącznie młodsi hodowcy, jednak biorąc pod uwagę, że samo rozwiązanie jest młode – prototyp powstał pięć lat temu, a w pełni funkcjonalne rozwiązanie w sprzedaży jest od dwóch lat – to i tak jest to całkiem niezły wynik. 

My Company Polska wydanie 12/2021 (75)

Więcej możesz przeczytać w 12/2021 (75) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY