Wojna z Europą odbije się na naszych portfelach. Wywiad ze Stanisławem Gomułką

Stanisław Gomułka
Stanisław Gomułka, fot. Agencja Gazeta
W ciągu pięciu, może siedmiu lat zwiększy się w Polsce ryzyko poważnych napięć w gospodarce, o których rząd na razie nie mówi. Nie twierdzę, że czeka nas kryzys na poziomie Grecji, ale kierunek jest niepokojący – mówi prof. Stanisław Gomułka, główny ekonomista Business Centre Club, były doradca rządów Polski i Rosji.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 11/2021 (74)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

RPP po raz pierwszy od dziewięciu lat podniosła stopy procentowe. To dobra decyzja?

Niestety, przyszła ona zdecydowanie zbyt późno, o czym otwarcie mówią nawet sami członkowie Rady Polityki Pieniężnej NBP, np. prof. Łukasz Hardt oraz Kamil Zubelewicz. Zdaniem Zubelewicza tylko wyższa cena pieniądza niż przed kryzysem zagwarantowałaby w średnim okresie powrót inflacji do celu. Twierdzi też, że obawy przed szybkim dostosowaniem stóp w Polsce świadczą o tym, że gospodarkę uzależniono od zbyt taniego pieniądza kosztem większości obywateli, którzy nie zaciągają kredytów. Zwraca też uwagę na ryzyko rozpoczęcia w najbliższych latach nierentownych inwestycji z uwagi na niskie stopy procentowe. 

Prezes NBP przekonuje, że inflacja, owszem, jest wysoka, ale jej przyczyny nie są związane z polską gospodarką, lecz z sytuacją globalną.

W tym tłumaczeniu jedno się nie zgadza. Przyczyny zewnętrzne dotyczą wszystkich krajów Unii, tymczasem wysoka inflacja dotyczy tylko nielicznych, m.in. właśnie Polski. Zresztą u nas jest prawie najwyższa.

Mimo to, decyzję RPP uważa pan za przełom?

To na pewno jakiś ważny zwrot. Prezesi NPB i RPP wreszcie dostrzegli, że wraz z inflacją może przyjść wzrost presji płacowej. A to znowu napędzi inflację… 

W budżecie na przyszły rok średnia płaca ma wzrosnąć.

I to bardzo wyraźnie. Musi się to odbić na jednostkowych kosztach produkcji i zachęcić, wręcz zmusić, przedsiębiorców do reakcji obronnej przez wzrost cen towarów. W tej sytuacji reakcja NBP jest zdecydowanie spóźniona. Prezes Adam Glapiński najwyraźniej nie bierze pod uwagę faktu, że podniesienie stóp procentowych nie przynosi skutków natychmiastowych. Na efekty zwykle się czeka od roku do półtora. 

Czyli obecna decyzja przyniesie skutki dopiero w 2023 roku?

Najprawdopodobniej tak. Dlatego nie należało z nią zwlekać do ostatniej chwili. Zadaniem banku centralnego jest antycypowanie procesów, a nie tylko reagowanie na to, co już jest. Dodam, że podwyżka stóp procentowych jest nie tylko spóźniona, ale też zbyt niska. Wręcz symboliczna. 

Dlaczego szef NBP tak długo zwlekał z tą decyzją?

Myślę, że chciał pomóc rządowi w wyjściu z recesji. 

To źle?

Bank centralny nie jest od tego, by służyć rządowi. Przed posiedzeniem Rady Polityki Pieniężnej, na którym zdecydowano o podwyżce stóp procentowych, Mateusz Morawiecki oświadczył, że jest zaniepokojony inflacją. Najwyraźniej okazało się, że prof. Glapiński jest bardziej prorządowy niż premier (śmiech). Moim zdaniem szef rządu, zaniepokojony kosztem politycznym wysokiej inflacji, wysłał sygnał, że Rada ma zacząć działać. I Rada tego posłuchała. Niezależnie od tego, jak oceniamy tę konkretną decyzję, polityka banku centralnego powinna być niezależna i nacelowana na realizację konstytucyjnego obowiązku dbałości o wartość złotego, interpretowanego od 2004 r. jako inflacja 2,5 proc. z odchyleniami w dół i w górę najwyżej o 1 p.p. W Polsce tak było do niedawna, ale od około dwóch lat tak nie jest. W dodatku mieliśmy do czynienia z dość rzadką sytuacją, że zarówno polityka monetarna, jak i fiskalna były równocześnie bardzo ekspansywne, co wywindowało inflację cen konsumpcyjnych do ok. 6 proc., z ryzykiem dalszego wzrostu w najbliższych miesiącach. 

Jednak rząd nie obniżał podatków i nie zwiększył bardzo mocno wydatków budżetowych. W jakimś sensie więc prowadził ekspansywną politykę fiskalną? 

Problem w tym, że rząd realizował ją kanałami pozabudżetowymi. Chodzi mi głównie o wydatki Polskiego Funduszu Rozwoju oraz banku BGK. Tych wydatków nie kontrolował parlament, w dodatku nie były one wykazywane w krajowych statystykach.

Kreatywna księgowość?

Coś w tym stylu. Od dawna mamy przecież dwie statystyki: polską i unijną. Dług publiczny na koniec czerwca 2021 r. wyniósł według statystyki unijnej 1,402 bln zł, ale według statystki krajowej był on o ok. 250 mld mniejszy. Na koniec roku ta różnica może przekroczyć 300 mld zł. Podobnie rzecz się ma z deficytem budżetowym na przyszły rok. Według krajowej statystyki ma wynieść 35 mld zł, według unijnej, o czym na szczęście rząd informuje, 75 mld zł. Polska statystyka ukrywa więc przed społeczeństwem trudną rzeczywistość, więc posługiwanie się głównie nią jest, oczywiście, rządowi politycznie na rękę. 

Od lat ekonomiści zabiegają o dostosowanie statystki krajowej do unijnej, na razie bezskutecznie.

Dlaczego rząd z jednej strony martwi się inflacją, a z drugiej – zakłada tak wysoki wzrost średniej płacy w przyszłym roku? 

Jak wszyscy wiemy, Polski Ład przewiduje znaczne podniesienie rocznej kwoty wolnej od podatku PIT z 8 tys. zł do 3o tys. zł oraz silny wzrost drugiego progu w tym podatku z 85 528 zł do 120 000 zł rocznie. Przy niskim wzroście płac te zmiany spowodowałyby znaczny spadek w podatku PIT oraz niski wzrost składek rentowo-emerytalnych i zdrowotnych. Ministrowi finansów potrzebny był więc w budżecie, w celu generowania niskiego deficytu, duży wzrost tych dwóch składek, oraz niewielki spadek dochodu z podatku PIT. Żeby ten cel osiągnąć, rząd założył silny wzrost średniej płacy w gospodarce o 12,5 proc. z 5260 zł w 2021 r. do 5922 zł w 2022 r. Taki wzrost płac powinien generować wysoką inflację. Tymczasem w projekcie budżetu założona została niska inflacja 2022 r. do 2021 r., zaledwie 3,3 proc. To więc ewidentnie sprzeczne założenia, bo w obecnej sytuacji po stronie wydatków nie można mieć równocześnie niskiego deficytu i niskiej inflacji.

Czyli chodzi o to, żeby budżet zamknął się na papierze. 

Tyle że są to działania na krótką metę. W przyszłym roku rząd zakłada duży wzrost gospodarczy, na poziomie 4,6 proc. Opiera się on głównie na efekcie odbicia po pandemicznej recesji (spadek PKB o blisko 3 proc. w 2020 r.). W kolejnych latach tempo wzrostu nie będzie jednak już tak duże. 

I tak tempo to mamy dużo większe niż w krajach zachodnich.

Tak, bo ciągle jesteśmy gospodarką doganiającą bogate kraje. W USA, Niemczech czy Francji mamy długofalowy trend wzrostu PKB na mieszkańca na poziomie ok. 1,5 proc., w Polsce przez ostatnie 30 lat to jakieś 3,5 proc. Jednak w miarę, jak poziomem rozwoju gospodarczego zbliżamy się do krajów zachodnich, możliwości utrzymania tak wysokiego tempa wzrostu gospodarczego będą malały. Wszystko wskazuje więc na to, że za kilka lat nas także czeka tempo wzrostu PKB na poziomie 1,5 proc. 

Da się jakoś ten okres szybkiego wzrostu wydłużyć? 

Na obecnym etapie doganiania jeszcze się da. Drogą są inwestycje. Niestety w tej dziedzinie nasza sytuacja jest zła. Mam wrażenie, że rządzący o tym dobrze wiedzą. Gdy Mateusz Morawiecki był ministrem rozwoju, a potem ministrem finansów, zakładał wzrost udziału inwestycji w dochodzie narodowym z 17 do 25 proc. Tymczasem dziś mamy spadek tego udziału do ok. 15 proc. z możliwością dalszego spadku z racji mniejszego niż dotąd dopływu środków UE. Pod tym względem plasujemy się już teraz w ogonie Unii Europejskiej. 

Dlaczego firmy nie chcą inwestować więcej w Polsce?

Jest wiele powodów, ale jednym z nich jest niekorzystna zmiana prawa w Polsce. Przedsiębiorcom grozi coraz większa odpowiedzialność karna, o czym w coraz mniejszym stopniu mają decydować niezależne sądy, a w coraz większym – prokuratura i urząd skarbowy. Do tego dochodzi problem konfrontacji prawnej z Unią Europejską, która może wpłynąć na ograniczenie dopływu przez najbliższe pięć lat unijnych pieniędzy w ramach Krajowego Planu Odbudowy oraz nowej 7-letniej perspektywy budżetowej. Inwestycje unijne to dziś ok. 3 proc. polskiego PKB, a więc bardzo dużo. Wojna polsko-unijna może też obniżyć poziom prywatnych inwestycji zagranicznych. To teraz kolejne 3 proc. PKB.

To może spowodować obniżenie tempa wzrostu gospodarczego?

Zapewne tak. Jak już mówiłem, roczne tempo wzrostu na poziomie 1,5 proc. nie powinno nas zadowalać, bo oznacza m.in. silniejszy wzrost długu publicznego. Zwłaszcza przy coraz większej presji na zwiększenie wydatków publicznych. Po pandemii coraz głośniej mówi się o bardzo dużym wzroście wydatków na służbę zdrowia. Niektórzy proponują nawet zwiększenie nakładów na ten cel z 5 do 10 proc. PKB.  Ale pracownicy w innych częściach sektora publicznego będą się także domagać wzrostu płac, zwłaszcza że w ostatnich latach były one w znacznym stopniu zamrożone. Z kolei seniorzy będą się domagać większych emerytur. Silny wzrost inwestycji publicznych w relacji do PKB wydaje się także konieczny w obszarze energetyki i gospodarki wodnej. 

Jakie mogą być tego konsekwencje? 

To wszystko może oznaczać silny wzrost wydatków publicznych, a więc także wzrost relacji długu publicznego do PKB. 

Ten dług i tak nie jest duży w porównaniu z niektórymi krajami Europy Zachodniej. 

To prawda. Jednak trudno nam się z tymi krajami porównywać, bo mamy dużo mniejszą niż one wiarygodność, o czym świadczy wysoka rentowność naszych skarbowych papierów wartościowych. Jest ona kilkakrotnie wyższa niż w Niemczech czy Francji. Tylko dzięki temu, że nasz dług nie jest bardzo duży, jego obsługa jest wciąż do udźwignięcia. Jeśli jednak deficyt pójdzie w górę, to koszt obsługi długu może znacznie wzrosnąć. A to kolejna pozycja w zestawieniu wyższych wydatków budżetowych. Jeśli to wszystko podsumujemy, to w ciągu pięciu, może siedmiu lat zwiększy się w Polsce ryzyko poważnych napięć w gospodarce, o których rząd na razie nie mówi. Nie twierdzę, że czeka nas kryzys na poziomie Grecji, do takiego katastrofalnego kryzysu nam jeszcze daleko, ale kierunek jest niepokojący. Przedsiębiorstwa planujące inwestycje średnio- i długofalowo, muszą takie ryzyka brać pod uwagę, co spowoduje jeszcze większą ostrożność w planowaniu nowych projektów inwestycyjnych. W efekcie nasza zmora, czyli problem niskiego poziomu inwestycji, może się nie tylko utrzymać, ale jeszcze zwiększyć. 

Kreśli pan dość czarny scenariusz. Czy jego spełnienie się jest bardzo prawdopodobne?

To zależy, co rozumiemy przez określenie „bardzo prawdopodobne”. Od 1989 r. do 2001 r. byłem w centrum podejmowania decyzji ekonomicznych w Polsce. Doradzałem kolejnym rządom, a w jednym z nich byłem wiceministrem finansów. Wtedy ryzyko dużego kryzysu na poziomie 5–7 proc. było dla nas kompletnie nie do zaakceptowania. Wiedzieliśmy, że trzeba je ograniczyć do 1 proc. 

Obecny rząd tego nie rozumie?

Mateusz Morawiecki początkowo to rozumiał, ale dziś wydaje się, że prawdopodobnie z przyczyn politycznych przymyka na to oko. Wzrost długu publicznego, wysoka inflacja, deficyt budżetowy – wszystko to pokazuje, że idziemy w niedobrym kierunku. Powinniśmy być ostrożni, bo już kiedyś jako państwo przeżyliśmy bankructwo.

Za czasów Wojciecha Jaruzelskiego.

Wiosną 1981 r. Polska przestała obsługiwać dług zagraniczny, wprawdzie nie w stosunku do banków prywatnych, ale do rządów. Po zmianie ustroju musieliśmy się starać o redukcję długów. Byłem członkiem zespołu, który przeprowadził te negocjacje i wiedzieliśmy, że żądanie dużego obniżenia długu oznacza obniżenie zaufania do kraju. 

Wtedy dług nam umorzono, bo uznano, że Polska jest w historycznym momencie. To się już raczej nie powtórzy.

Zdecydowanie nie. W 1989 r. dokonywaliśmy przełomu historycznego, w dodatku doskonale współpracowaliśmy z zagranicznymi partnerami. Dziś się z nimi konfrontujemy. Na początku lat 90. byłem doradcą rosyjskiego premiera Jegora Gajdara. Pamiętam, jak Borys Jelcyn wysłał w grudniu 1991 r. list do państw grupy G-7 z prośbą, by tak jak wcześniej Polsce, umorzono im dużą część długi. Byłem przekonany, że odpowiedź będzie negatywna i tak się stało. Zresztą, co ciekawe, Węgry miały wtedy pretensje do Polski, że poprosiliśmy o umorzenie części naszych długów.

Dlaczego?

Bo uznali, że zmniejszy to zaufanie do regionu. To wszystko są rzeczy bardzo powiązane. Przywołuję te historyczne fakty, żeby pokazać, jak ważne w polityce ekonomicznej państwa jest zaufanie zarówno ze strony przedsiębiorców, jak i rządów innych krajów. Niestety obecny polski rząd musi to wiedzieć, ale wydaje się nie doceniać. Wojna prawna z UE, jeśli będzie kontynuowana, odbije się na naszej kondycji gospodarczej, niestety także geopolitycznej. Mam nadzieję, że zauważy to i zacznie doceniać elektorat, a z czasem także cała klasa polityczna. 

-----------------------------------------------

Prof. Stanisław Gomułka

główny ekonomista BCC, minister finansów Gospodarczego Gabinetu Cieni BCC, członek Narodowej Rady Rozwoju. W latach 1985–1988 był doradcą MFW do spraw Polski, w drugiej połowie 1991 r. doradzał rządowi Federacji Rosyjskiej. W latach 1989–1995 i 1998–2002 pełnił funkcję doradcy polskich ministrów finansów, a w latach 1995–1998 był doradcą prezesa Narodowego Banku Polskiego. Z tej racji był członkiem zespołu, który opracował i prowadził politykę reform Polski w kluczowym okresie transformacji 1989–1994; w latach 1990–1992 został członkiem delegacji Polski, która negocjowała redukcję polskiego długu z klubami paryskim i londyńskim. W okresie styczeń-kwiecień 2008 r. pełnił w rządzie Donalda Tuska funkcję wiceministra finansów. W latach 1970-2005 był wykładowcą w London School of Economics, od r 2013 r. jest członkiem Polskiej Akademii Nauk .

My Company Polska wydanie 11/2021 (74)

Więcej możesz przeczytać w 11/2021 (74) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY