Reklama

Ucieczka do znajomego świata

Ucieczka do znajomego świata
fot. mat. pras.
Czy to jest wieczór? Nie, wieczór zaistniał na krótką chwilę, nie zaznawszy godnie swej obecności pomiędzy dniem a nocą, jakby przegoniony przez szybko zapadającą ciemność. Tak powinno być, przecież jesteśmy na równiku.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 3/2026 (126)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Reklama

Na równiku afrykańskim albo prawie. Przy czym „prawie” odnosi się nie do szerokości geograficznej. Bo ta rzeczywiście zbliża się dosłownie na odległość włosa do równoleżnika zero. „Prawie” dotyczy przynależności do afrykańskiego kontynentu. Bo to trochę jest Afryka, a trochę nie.

Nim spojrzymy na mapę, by odszukać to miejsce, powróćmy jeszcze na moment do szybko zaciąganej nad wyspą – bo jesteśmy na wyspie – nocnej ciemności. Rozświetlają ją, ale nie demolują, wątłe światełka przydrożnych ni to barów, ni to restauracyjek, w których można wypić piwo i posiedzieć ze znajomymi. Można też w nich coś zjeść, ale teraz nikt tego nie robi, bo po pierwsze jest dość późno, a po drugie nikt nie ma głowy do jedzenia. W każdym półmrocznym pomieszczeniu jest włączony telewizor. Gra Benfica Lizbona z Realem Madryt. Stawka wysoka. Dołączamy do oglądających mecz. Do tego baru nie trzeba nawet specjalnie wchodzić. Nie ma on drzwi, otwiera się całą swoją otwartą przestrzenią na ulicę. Na wyspie jest ciepło.

Językowy kompas

To São Tomé, czyli Wyspa Świętego Tomasza, główna część duetu, który jako państwo nazywa się São Tomé e Principe i jest członkiem ONZ. Niepodległość od Portugali ten miniarchipelag uzyskał w 1975 r. Jeśli ktoś by chciał się dowiedzieć, co miejscowa ludność myśli o dawnych kolonistach, ówczesnej portugalskiej metropolii i dzisiejszej Portugalii, nie musi czytać żadnych socjologicznych czy politologicznych opracowań. Wystarczy wstąpić do baru, od którego zacząłem tę opowieść. Tam nie ma żadnego postkolonialnego resentymentu. Tam nikt nie chce, by Benfica przegrała. Tam wszyscy są jej kibicami.

Mówi się na wyspie po portugalsku, z lokalnymi naleciałościami. Język nadal stanowi w wielu miejscach Afryki świadectwo historii, która czasem oznacza funkcjonującą więź ze współczesnością, to znaczy z krajami będącymi matecznikami danych języków, a czasem jest już tylko lingwistycznym znakiem przeszłości. Na Wyspie Świętego Tomasza język portugalski jest nadal częścią relacji, jaką to małe państwo utrzymuje ze światem zewnętrznym. I to nie tylko z Portugalią, ale też gospodarczo ważną dla niego Angolą, przecież też należącą do świata kultury luzytańskiej.

Językowo, dla turysty spoza tego kręgu kulturowego, przyzwyczajonego do tego, że dysponuje on uniwersalnym komunikatorem, może być tu nieco trudno, bo angielski jest słabo rozumiany i mówiony z rzadka. W tej sytuacji zastosowałem metodę wypróbowaną w ubiegłym roku w Angoli: mówię po hiszpańsku, mieszkańcy rozumieją i odpowiadają po portugalsku, co z kolei ja, dzięki kontekstowi, jako tako pojmuję.

Tych, którzy mogliby poczuć się wyobcowani, trafiwszy do kraju, w którym angielski wcale nie jest królem, nie ma zbyt wielu. Turystów przybywa rocznie na wyspę kilkanaście tysięcy, a i w tej liczbie większość, jak mi się wydaje, albo przynajmniej znaczną część stanowią Portugalczycy. Taki to powab odległego zakątka świata – inwazyjny turyzm tu jeszcze nie zawitał. Chociaż w zagrożeniu nawałą przybyszy wszystko zależy od proporcji, a nie od liczb bezwzględnych.

Co zatem wyznacza te proporcje? Wyspa Świętego Tomasza jest mniej więcej wielkości dobrze znanej Polakom Madery. Niespełna 900 km kw.. Czyli trochę mniej niż dwukrotność powierzchni Warszawy. W bardziej praktycznym sensie São Tomé jest jeszcze mniejsza, bo prawie całą wyspę porasta dżungla, czy inaczej mówiąc tropikalny las. Łatwo przemieszczać się można tylko po drodze, która opasuje wyspę, biegnąc wzdłuż wybrzeża. I to nie całkowicie, bo kawał wybrzeża zachodniego, tego zsuwającego się ku otwartemu Atlantykowi, jest jej pozbawiony. I jeszcze kilka krótkich dróg prowadzących ku wnętrzu lądu. Druga wyspa, Książęca, ma kilkukrotnie mniejszą powierzchnię, zajmując zaledwie 150 km kw..

Leżą te drobiazgi prawie 5 tys. km w linii prostej od Lizbony. To mniej więcej tyle samo co do najbardziej na wschód wysuniętej części Brazylii. Do najbliższych wyspie wybrzeży stałego lądu – nad Zatoką Gwinejską – raptem 200–300 km.

Geografia, w tym także klimat, zawsze była i nadal jest ważna. Także geografia kulturowa. São Tomé to kiedyś jedna z największych, jak by to powiedzieć, baz do dalszego transportu niewolników do Nowego Świata. Stąd wyekspediowano najwięcej ludzi do Brazylii. Zresztą to właśnie Brazylia, a nie Stany Zjednoczone Ameryki Północnej, choć często tak kojarzone, stały się nową ojczyzną dla największej liczby zniewolonych ludzi pochodzących z Czarnego Lądu.

Klimat i gleba stworzyły idealne warunki do uprawy krzewów kakaowca, kawy i trzciny cukrowej. Dzisiaj niewiele lub prawie nic nie zachowało się z dawnych plantacji – założycielskich dla wielkich powstałych wówczas fortun. Ale wyspa nadal produkuje i kawę, i kakao. Kakao jest głównym towarem eksportowym, przynosząc, zależnie od roku, od 60 proc. do 95 proc. wpływów z eksportu. Zważywszy na ceny kakao na rynkach, łatwo zrozumieć te liczby.

Wyjechać poza stereotyp

Reminiscencją dawnej władzy Portugalczyków są niektóre hotele, najczęściej składające się z kilku bungalowów, a będące własnością Portugalczyków, zwykle mieszkających w Europie. Chociaż ludzkie historie są bardzo różne. A to będzie pewien Portugalczyk, który dorobił się, pracując w Szwajcarii, zbudował dwa domki na palach przy plaży w przepięknym miejscu. Czysty, lecz żywy stereotyp: przystrzyżona zieleń trawy, palmy, piaszczysta plaża, skałki, fale, słońce. A to będzie pewien Francuz, właściciel czegoś bardzo podobnego, tyle że w innej części wybrzeża i na klifie, a nie kilka metrów od płaskiej plaży, a przy okazji prowadzący tam destylarnię wyrabiającą gin i inne atrakcje dla podniebienia. W destylarni można też zobaczyć tajemnicze wykresy i ręcznie sporządzone mapy nieba, bo astronomia – a może raczej astrologia – jest pasją właściciela. Dojazd, tak jak powinno być w tego rodzaju scenerii – drogą gruntową, z wybojami i kamolami, przez dżunglę. Z jednej strony las, z drugiej strony też las, ale mniej go tam, bo zaraz za cienką zasłoną z pni, gałęzi i liści huczy atakujący brzegi wyspy Atlantyk.

Dżungla, o której co rusz tu wspominam, to nie, jak to bywa, określenie umowne, oznaczające zwykle na obszarach intensywnej turystyki coś w rodzaju parku dla odwiedzających. Na São Tomé to słowo ma rzeczywiste, pierwotne znaczenie. I, w odróżnieniu od innych tego typu enklaw natury, nie trzeba donikąd się wybierać, aby posmakować przynajmniej jej widoku. Tu dżungla sąsiaduje bezpośrednio z główną drogą, tą biegnącą wokół wyspy. Nie brakuje też miejsc, gdzie nieomal wkracza na drogę lub nad nią zwisa.

Bronię się przed zaśmiecaniem umysłu stereotypami. Można powiedzieć, że São Tomé to idylliczny krajobraz. Rajski ląd, zagubiony w oceanie. Ileż takich obrazków widujemy codziennie skrolując internet. Byłaby to jednak tylko część prawdy, granicząca z nieprawdą. Bo Wyspa Świętego Tomasza to także śmieci, wychudzone z braku jedzenia psy oraz ludzie, żyjący w warunkach nazywanych przez nas, Europejczyków, biedą. Aczkolwiek nawet analizując tę drugą warstwę rzeczywistości, pojawia się chęć uniknięcia zbyt prostych sądów. Czy to dostrzeganie na każdym kroku tak zwanej biedy, ubóstwa, nierzadko nędzy, i jej intepretowanie jako pożałowania godnych warunków życia, nie jest aby determinowane naszą perspektywą? Porównywaniem tego, co widzimy, do tego, co uważamy za normalny standard życia? Tymczasem standardy są różne. Pytanie, czy w ramach standardu życia przeciętnej rodziny na São Tomé można osiągnąć szczęście. A jeśli tak, to czy te rodziny wolałyby żyć lepiej – wygodniej, higieniczniej, zamożniej? Zapewne tak. I, co więcej, te dwa stwierdzenia, o zadowoleniu z życia takiego jakim jest i o tęsknocie za lepszym, nie są ze sobą sprzeczne.

Spotkania w terenie

Dotarcie na São Tomé e Principe, jak prawie wszędzie w naszych czasach, jest dość łatwe, choć na pewno jakieś wyzwania tu są. Najlepiej lecieć z Lizbony lub z Porto, z przesiadką w Luandzie, stolicy Angoli. Z lotnisk portugalskich do Luandy to około siedmiu godzin lotu, z Luandy na lotnisko w stolicy wyspy kolejne dwie i pół godziny. Czekanie na samolot na lotnisku w Luandzie to kilka godzin. Można wtedy wyskoczyć do miasta. Co prawda nowe lotnisko w stolicy Angoli jest położone znacznie dalej od centrum miasta-molocha niż stare, ale czasu na szybkie zwiedzenie centrum miasta i promenady przy Atlantyku powinno wystarczyć. Zwłaszcza że wyjście z terminala jest nieuciążliwe, bo Polacy nie potrzebują wiz do Angoli. Unia Europejska to doprawdy najczęściej same plusy. Nie pamiętajmy chwilowo o minusach, zwłaszcza tych widocznych w gospodarce. Poczułem to, gdy na São Tomé rozmawialiśmy przy śniadaniu z Aną (Portugalką) i Samem (Brytyjczykiem). Ana: „My też wracamy przez Luandę, ale nie możemy pojechać do miasta w ciągu tych siedmiu godzin między samolotami. Wszystko przez niego, bo musi mieć wizę, a nie ma”. Pozostało mi tylko mrugnąć do Sama: „Podziękuj Davidowi Cameronowi”. Bo gdyby nie ta fatalna zagrywka Camerona, Wielka Brytania nadal byłaby członkiem Unii. Co akurat w dzisiejszych czasach bardzo by się przydało. To tak na marginesie podróży do Zatoki Gwinejskiej.

Na wyspie sprawdzi się Suzuki Jimny. Ta niewielka terenówka, idealna dla dwóch osób, z tym że cztery też się jakoś zmieszczą, to bardzo dzielny samochodzik, ze stałym napędem na dwie osie i z reduktorem. Paliwo zużywa w wolnym tempie, silnik prawie jak u pralki, a całość lekka i żwawa. Mówiąc inaczej, wszędzie wjedzie i zewsząd wyjedzie. I jeszcze wygląda przygodowo.

Tanio na São Tomé nie jest. To zresztą przypadłość wszystkich tych wysp, które są stosunkowo izolowane i na tyle małe, że prawie wszystko muszą importować, bo produkcja lokalna jest mocno ograniczona.

Warto tam spędzić przynajmniej kilka dni. Bo oprócz tych różnych mniej różowych obserwacji, doświadcza się także sentymentalnych archetypów. Na przykład archetypu bezludnej, robinsonowskiej wyspy. Trzeba tylko znaleźć się, najlepiej rano i w czasie odpływu, na plaży Siedmiu Fal. Z przyjaznym, zapraszającym łukiem piasku, ale i z wystającymi na krańcach rogala plaży i rozrzuconymi w morzu skałami, o które mógł się rozbić w dawnych czasach niejeden statek. Czy też archetypu otwartego oceanu. Niepokojącego bezkresu z zachodzącym słońcem. Granica między lądem a wodą jak z olejnego obrazu, wręcz stworzona do tego, by odkrył ją jakiś nieustraszony żeglarz. To na plaży Jalé, na wybrzeżu zachodnim.

Niby nie jest to jakiś szczególnie inny świat, to São Tomé. Co prawda, zdarzają się znajomi, którzy, gdy opowiadam im po powrocie o wyspie, przyznają, że nie wiedzieli wcześniej, że w ogóle takie państwo istnieje. Notabene, w odróżnieniu od Chińczyków, którzy już dawno odkryli, że nawet na tak małym skrawku Afryki można robić interesy. Zatem to jest egzotyka, ale taka w wersji XXI w., bez wątpienia.

Inna codzienność

A mimo to, zostaje w pamięci bujna roślinność. I zanurzone w niej wzgórza, a nawet góry, spowite mgłami. Do iluzji bycia w parku jurajskim brakowało tylko przelatujących pterodaktyli. I ludzie, np. ci w Porto Alegre na południowym skraju wyspy, zarabiający na przewożeniu łodziami turystów na wysepkę Ilheu das Rolas, leżącą dokładnie na równiku. Zmagający się z kurzem, błotem i upałem. Albo ludzie z północnego wybrzeża, z restauracji na pięterku, gdzie na talerzu można przeprowadzić operację zjedzenia potężnego kraba, pomagając sobie drewnianym młotkiem.

Obrazy te przypominają, że podróż ma wiele oblicz, a jednym z nich może być coś, co określamy jako eskapizm. Brzmi niezbyt zachęcająco czy pozytywnie w świecie, w którym jesteśmy ze wszystkich stron atakowani wezwaniami do tego, by przeć do przodu, być aktywnymi i nie dać zmarnować się żadnej szansie na cokolwiek. Eskapizm jest podejrzany, jeszcze bardziej niż nostalgia.

Eskapizm to ucieczka, schronienie, obrona przed czymś, co stało się nieznośne lub przeszkadzające. Może być czymś dobrym, bo po prostu czymś potrzebnym. Czy São Tomé nadaje się do tego, by eskapistycznie przeżyć tam kilka czy kilkanaście dni, a może i kilka miesięcy? Tak, i z jednego powodu: to świat inny niż nasza codzienność, ale zarazem poczujemy się jak w otoczeniu, które coś nam przypomina, które budzi wspomnienia, niekoniecznie naszych osobistych przeżyć. Które nie odpycha obcością. Zupełnie tak, jakbyśmy przenieśli się do świata wykreowanego przez film, o czasach które były, nigdy nie powrócą, ale nie odeszły, nie pozostawiając śladów. Takiego, w którym możemy się poczuć dobrze i zakosztować psychicznej równowagi.

My Company Polska wydanie 3/2026 (126)

Więcej możesz przeczytać w 3/2026 (126) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

Reklama

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Reklama
Reklama