Reklama

Bogactwo bierze się z pracy

Andrzej Sadowski, założyciel i prezydent Centrum im. Adama Smitha.
Andrzej Sadowski, założyciel i prezydent Centrum im. Adama Smitha. / fot. mat. pras.
Sukces polskiej gospodarki jest wyłączną zasługą przedsiębiorców – mówi Andrzej Sadowski, założyciel i prezydent Centrum im. Adama Smitha.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 3/2026 (126)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 3/2026 (126)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Reklama

Obchodzimy właśnie 250. rocznicę opublikowania przełomowej pracy „Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów” szkockiego filozofa i ekonomisty Adama Smitha. Uchodzi ona za fundament klasycznej ekonomii i liberalizmu gospodarczego. Kieruje pan instytucją, która nosi imię Smitha. Czy jego przesłanie w dzisiejszej Polsce jest aktualne?

Polska jest miejscem doskonałej materializacji myśli Adama Smitha, że źródłem bogactwa jest praca. Po 1988 r. doświadczyła największego cudu gospodarczego końca XX w. na świecie. Nie było wówczas u nas znaczącego kapitału, rozwiniętego systemu bankowego, nawet dostępu do stacjonarnych telefonów, dróg, a także nie było formalnie wykształconych pokoleń na potrzeby gospodarki. Była tylko nieskrępowana przedsiębiorczość i praca. Dziś wszystko to mamy, ale nie mamy wolności gospodarczej, dlatego sprawy idą w coraz gorszym kierunku.

A kiedy się zaczęła pana przygoda z Adamem Smithem?

Oficjalnie w 1984 r., gdy założyłem na Uniwersytecie Warszawskim Zespół Badań nad Myślą Konserwatywną i Liberalną, a w 1986 r. Zespół Studiów Ekonomicznych im. Adama Smitha. Jeszcze przed stanem wojennym zakładałem struktury Związku Młodzieży Demokratycznej, a po jego wprowadzeniu zaangażowałem się w działalność i współtworzyłem antykomunistyczną opozycję wolnorynkową.

Smith był wtedy „antysystemowy”?

Dla mnie i mojego środowiska był twórcą „biblii” wolnorynkowego i moralnego kapitalizmu jako autor wcześniejszego dzieła „Teoria uczuć moralnych”. Niektórzy ekonomiści uważają, że „Bogactwo narodów” jest tylko przypisem do „Teorii”. Nawet w opozycji demokratycznej powszechnie wyznawano hasło „socjalizm tak, wypaczenia nie”. Przywołanie przez nas Adama Smitha było w tamtym czasie czymś takim, jak odwoływanie się do teorii Ericha von Dänikena.

Wydawaliście poza cenzurą i, a także z jej przyzwoleniem, też innych myślicieli i ekonomistów, o których wtedy raczej w Polsce raczej nie mówiono.

To prawda. W ramach małej poligrafii UW udawało nam się uzyskać zgodę urzędu cenzury na wydanie klasyków ekonomicznej i politycznej myśli konserwatywnej i liberalnej, m.in. Jana Bobrzyńskiego i to w nakładzie tysiąca egzemplarzy czy Adama Heydla ze wstępem Rafała Krawczyka, Ferdynanda Zweiga, a także Marcina Króla i Janusza Korwin-Mikkego. W ramach już podziemnego Instytutu Konserwatywnego w Polsce wydałem m.in. Irvinga Kristola „Wyznania jedynego prawdziwego neokonserwatysty” we współpracy w „Wektorami”. Niezwykła była współpraca z Mirosławem Dzielskim, który w II połowie lat 80. współtworzył Krakowskie Towarzystwo Przemysłowe, a także był redaktorem naczelnym podziemnego chrześcijańsko-liberalnego pisma „13”, w którym publikowali m.in. Stefan Kisielewski, Janusz Korwin-Mikke, Miłowit Kuniński, Ryszard Legutko, Kazimierz Sowa, Tadeusz Syryjczyk, Paweł Kłoczowski czy Piotr Wierzbicki. Dzięki tej współpracy w 1986 r. powołaliśmy Towarzystwo Gospodarcze w Warszawie, któremu władza prawie do końca systemu odmawiała rejestracji. Równocześnie nawiązałem współpracę z Januszem Korwinem-Mikke i jego Officyną Liberałów oraz z Tomaszem Wołkiem i Aleksandrem Hallem z Ruchu Młodej Polski, w którego piśmie „Polityka Polska” ukazał się w 1988 r. mój tekst „Przed punktem bez odwrotu”.

Brak rejestracji Towarzystwa Gospodarczego to był wówczas duży kłopot?

Nie mając osobowości prawnej, nie mogliśmy nawet wynająć sali na spotkanie, dlatego ogólnopolski zjazd Towarzystwa Gospodarczego odbył się w styczniu 1987 r. w auli SGGW, dzięki odważnej decyzji rektor prof. Marii Radomskiej. W końcu zdecydowaliśmy się na innowację. Jawnie opozycyjną Akcję Gospodarczą skupiającą reprezentację towarzystw przemysłowych i gospodarczych zawiązaliśmy jako spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością. Zrobiliśmy to aktem notarialnym 3 grudnia 1988 r. u państwowego notariusza.

Zamiast członkostwa, mieliście udziały i kapitał zakładowy?

Owszem, jedna akcja była warta 5 tys. zł. Udziałowców było 19, przy czym Mirosław Dzielski jako pierwszy prezes zarządu i Andrzej Machalski mieli ich więcej dla przyszłych „udziałowców”, czyli Jana Krzysztofa Bieleckiego i Donalda Tuska z Towarzystwa Społeczno-Gospodarczego „Kongres Liberałów”, którzy nie mogli przyjechać do Warszawy na podpisanie aktu notarialnego. Kilka miesięcy później Andrzej Machalski, drugi prezes Akcji, został szefem kampanii wyborczej „Solidarności”, a prawie połowa z jej założycieli dostała się z jej list do Sejmu i Senatu. Niektórzy zasiedli w rządzie Tadeusza Mazowieckiego. Wśród nich był m.in. Tadeusz Syryjczyk, który został ministrem przemysłu; Aleksander Paszyński, minister budownictwa, oraz Michał Wojtczak, wiceminister rolnictwa. Pozostali objęli stanowiska m.in. szefów komisji w kontraktowym parlamencie.

Próbowaliście stworzyć silną grupę nacisku?

Parlamentarzyści Akcji Gospodarczej w ramach OKP zaczęli zakładać klub liberalny, w którego posiedzeniach brałem udział, ale wobec narastających podziałów w samym OKP ostatecznie do jego powstania nie doszło. Dla kontynuowania merytorycznej misji Akcji założyłem Centrum im. Adama Smitha jako Fundację Akcji Gospodarczej, bowiem pierwotnie taka była druga część pełnej nazwy. Zaprosiłem na współfundatorów senatora Andrzeja Machalskiego i Jana Winieckiego. Cztery dni po ukonstytuowaniu rządu Mazowieckiego powstało Centrum im. Adam Smitha, a kilka tygodni później zorganizowaliśmy konferencję polskich ekonomistów orientacji liberalnej z USA, Niemiec i Szwajcarii. Akcja Gospodarcza przechodziła do historii. Ostatnią polityczną inicjatywą Akcji było założenie partii politycznej. Jesienią 1989 r. Andrzej Machalski w imieniu Akcji oraz Janusz Lewandowski w imieniu Towarzystwa „Kongres Liberałów” wspólnie zorganizowali w Gdańsku zjazd towarzystw przemysłowych i gospodarczych. W jego trakcie kilkunastu założycieli, do których należałem, podpisało deklarację o powołaniu partii liberalnej w Polsce, znanej później jako Kongres Liberalno-Demokratyczny. Na początku transformacji zaprosiliśmy też do Polski laureata ekonomicznej nagrody Nobla Miltona Friedmana. Na moją prośbę prof. Friedman napisał nawet specjalny wstęp do pierwszego oficjalnego polskiego wydania „Kapitalizmu i wolność”, w którym nawiązywał do swojej wizyty w Polsce i zaskakującym spotkaniu z rodzimymi „monetarystami”. Po latach udało nam się przekonać TVP do emisji serialu „Free to choose” z udziałem Miltona Fiedmana.

A Adam Smith? Okazał się u progu transformacji aktualny?

Był aktualny nieustająco, także w PRL. Gdy zastąpiono Adama Smitha „naukami” Marksa i Lenina, odbierając społeczeństwu możliwość nieskrępowanej pracy i zamieniając ją w dużej mierze w przymusową i centralnie planowaną, to różnica w dobrostanie naszego społeczeństwa oraz niemieckiego w zachodnich Niemczech, gdzie tzw. społeczna gospodarka rynkowa wyrastała z „Bogactwa narodów” była dramatyczna. Źródłem bogactwa narodów jest praca, co po wprowadzeniu ustawy Wilczka w grudniu 1988 r. przywracającej wolność gospodarczą znalazło potwierdzenie w polskim cudzie gospodarczym. Dzięki wspomnianej ustawie stworzyliśmy podstawy społecznego dobrostanu. Politycy i znacząca część ekonomistów modliła się wówczas o zagraniczny kapitał, uważając, że tylko on może nas uratować. Pamiętam, jak podczas wspomnianej już wizyty w Polsce Miltona Friedmana ktoś go zapytał: „Co powinien zrobić nasz rząd, żeby sprowadzić do Polski obcy kapitał?”. Profesor odpowiedział krótko: „nic”. Widząc zdziwienie rozmówców, wyjaśnił, że jeśli w Polsce nasi przedsiębiorcy osiągną sukces, bo będą sprzyjające ku temu warunki, to kapitał zagraniczny sam tutaj przyjdzie bez jakichkolwiek zachęt.

Jak to się stało, że na początku lat 90. ujawniły się w Polsce tak wielkie zasoby przedsiębiorczości?

W ogromnej mierze była to zasługa Mieczysława Wilczka, ministra przemysłu w ostatnim peerelowskim rządzie premiera Mieczysława Rakowskiego. Przyjęta w grudniu 1988 r. tzw. „ustawa Wilczka” do dziś jest niedoścignioną konstytucją polskiej wolnej przedsiębiorczości, do której nieudolnie próbował nawiązywać poprzedni rząd z tzw. konstytucją dla biznesu, która okazała się fikcją.

To ciekawe, że ustawa była dziełem jeszcze rządu komunistycznego. Jak to możliwe?

System zbankrutował. Mieczysław Wilczek przekonywał ówczesnych włodarzy, że nic pozostaje im już nic innego jak uwolnić gospodarkę. Wierzyli w upublicznioną w „Polityce” przez Daniela Passenta koncepcję, która może uratować ich rządy, czyli „silnej policji i silnej gospodarki”.

A sam Wilczek?

Przede wszystkim zawsze był przedsiębiorcą zmagającym się mimo legitymacji PZPR z aberracyjnym gospodarczo systemem. W latach 60. był zastępcą dyrektora w socjalistycznym koncernie, czyli Zjednoczeniu Przemysłu Chemii Gospodarczej „Pollena”. Opatentował wówczas słynny w tamtych czasach proszek ixi 65, za który dostał
1 mln zł. Ze względu na kontakty zagraniczne służba bezpieczeństwa zablokowała mu awans na wiceministra, w wyniku czego porzucił państwową posadę i został prywatnym przedsiębiorcą. Niedaleko Warszawy miał rezydencję z kortem tenisowym, krytym basenem i prywatnym dystrybutorem paliwa. Wystąpił nawet w jednym z odcinków popularnego serialu „07 zgłoś się”. Jego goście nazywali go „szejk”, bo mogli grzecznościowo tankować u niego za darmo paliwo, które normalnie było na kartki. Gdy po stanie wojennym Mieczysław Rakowski znalazł się na bocznym torze kariery politycznej, zaczął u niego bywać. Zaowocowało to później propozycją wejścia Wilczka do Rady Społeczno-Gospodarczej przy Sejmie, a później objęcia teki ministra przemysłu w jego rządzie.

A jaki stosunek do ustawy Wilczka miała ówczesna opozycja demokratyczna?

Jeszcze przy Okrągłym Stole część przedstawicieli opozycji demokratycznej próbowała doprowadzić do likwidacji ustawy Wilczka i powrotu do limitu zatrudnienia w prywatnych firmach do 50 osób na jedną zmianę, co wprowadził komunistyczny dekret PKWN w 1944 r. Większość ówczesnej opozycji była daleka od wolnorynkowego kapitalizmu, a wręcz wyznawała ideologię tzw. socjalizmu z ludzką twarzą. W wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” w 10. rocznicę Okrągłego Stołu Jarosław Kaczyński przyznał, że wizje ustrojowej zmiany gospodarczej strony solidarnościowej kończyły się na wprowadzenia samorządu robotniczego w przedsiębiorstwach państwowych.

To jak się udało obronić te świeżo upieczone wolnorynkowe rozwiązania?

Przy Okrągłym Stole doszło do sojuszu przedstawicieli naszej Akcji Gospodarczej, którzy wchodzili w skład reprezentacji strony opozycyjnej, z otoczeniem ministra Wilczka. Duża części kierowniczego aparatu władzy doskonale wiedziała, że system ekonomicznie zbankrutował. Dzięki temu wolnorynkowy program miał niepowtarzalną przewagę nad mrzonkami o „trzeciej drodze” i socjalizmie z tzw. ludzką twarzą. Nas, czyli twórców wolnorynkowej opozycji, skupionych w Akcji Gospodarczej i towarzystwach przemysłowych i gospodarczych czy też w Ruchu Polityki Realnej, któremu patronował Stefan Kisielewski, oraz Mieczysława Wilczka łączyło przekonanie, że dla przedsiębiorczości i wolności nie ma innej alternatywy. Niestety, kolejne rządy w coraz mniejszym stopniu rozumiały, że to nie dzięki nim, tylko dzięki pracy i uwolnionej ustawą Wilczka przedsiębiorczości polskiego społeczeństwa tak szybko stworzyliśmy swój dobrostan i potencjał gospodarczy.

Skoro wówczas już nawet po stronie rządowej niespecjalnie chciano bronić socjalistycznej gospodarki, to czy można powiedzieć, że komunizm nie tyle upadł, co zbankrutował?

Prof. Cecil Parkinson zauważył, że „ustroje padają nie dlatego, że są złe, okrutne czy niesprawiedliwe, padają – ponieważ bankrutują”. Mam na to swój prywatny dowód. W 1985 r. do mojego ówczesnego miejsca zamieszkania przyszła Służba Bezpieczeństwa w celu przeszukania. Tego dnia wyszedłem na tyle wcześnie, że mnie nie zastali. Zamiast zastawić tzw. kocioł i czekać aż się pojawię, oficer SB spojrzał na zegarek i powiedział „jest szesnasta” i wydał komendę: „fajrant!”. Pomyślałem wtedy, że jeśli policja polityczna broniąca systemu pracuje tylko do czwartej po południu, to ten system już upadł. Wiele lat później prof. Antoni Dudek znalazł w archiwach rezygnację z pracy rozczarowanego funkcjonariusza SB z lat 80, który motywował to mniej więcej tak: „gdy wstępowałem do służby miałem obiecane trzypokojowe mieszkanie na Mokotowie i dużego Fiata, a dostałem mieszkanie na Ursynowie i małego Fiata”. Opowiem jeszcze jedną znamienną anegdotę. Pod koniec lat 80. opozycja i władza miały już regularne nieformalne kontakty. Jako Akcja Gospodarcza dostaliśmy wtedy zaproszenie na spotkanie z sekretarzem ekonomicznym Komitetu Centralnego PZPR. Jako członkowie zarządu Akcji poszliśmy na nie we dwóch z Andrzejem Machalskim. Po przejściu przez biuro przepustek w windzie trafiliśmy na pracownicę KC trzymającą talerz z podrobami, która jechała nią z samego dołu budynku, gdzie znajdowała się stołówka. Uznała nas za swoich i powiedziała do nas: „Towarzysze, garmaż dziś rzucili do bufetu!”. Pomyślałem wtedy, że skoro w samym centrum rządzenia państwem, jakim był Komitet Centralny, „rzucają” podroby, to nie ma już wątpliwości, że ten system jest bankrutem.

Jakie praktyczne skutki miało wejście w życie „ustawy Wilczka”?

Przywrócenie wolności gospodarczej doprowadziło do słynnej „kontrrewolucji straganów”, gdy na ulicach polskich miast pojawiły się tzw. szczęki i sprzedawano wszystko, łącznie z mięsem, które wcześniej było na kartki. Prof. Paweł Glikman zbadał, że w ciągu kilku pierwszych lat od roku 1989 mikro i mali przedsiębiorcy stworzyli ok. 6 mln nowych miejsc pracy. Wspólnie z prof. Janem Winieckim ukuliśmy dla tego procesu termin „prywatyzacji oddolnej”, w wyniku której powstawały nowe miejsca pracy, w przeciwieństwie do „prywatyzacji odgórnej”, prowadzonej przez rządy, w której likwidowano miejsca pracy. Kontrrewolucja straganów uratowała de facto pączkującą demokrację w Polsce, bowiem masowo zwalniani pracownicy nie wyszli gremialnie na ulicę protestować, gdyż mogli znaleźć pracę w blisko 2 mln nowo powstałych wówczas przedsiębiorstw.

Co zrobiliśmy z „dziedzictwem Wilczka”?

Bez przywrócenia wolności gospodarczej w jego ustawie i nawet tak krótkiego jej żywota nie bylibyśmy dziś dwudziestą gospodarką świata. Niestety, przez kolejne dekady politycy niezależnie od ideowej proweniencji konsekwentnie odbierali nam wolność gospodarczą. Poprzedni rząd nawet odwołał się do fundamentalnej zasady ustawy Wilczka, że „co nie jest zakazane, jest dozwolone”, w sytuacji, gdzie prawie wszystko już było zakazane i nie zmienił tego stanu rzeczy. Deregulacja prowadzona przez obecny rząd skupia się nie na przywróceniu zasad, tylko usuwaniu poszczególnych przepisów. Stąd brak zmiany jakościowej dla funkcjonowania przedsiębiorczości w Polsce na miarę Wilczka. Gdy politycy chwalą się tym, że wchodzimy do klubu G20, przypomina mi się stary dowcip. Woźnica jedzie przez wioskę i krzyczy: „Węgiel przywiozłem!”. Na co odwraca się do niego koń i z wyrzutem pyta: „Ty!?”.

Politycy są jak woźnica?

Gdyby jeszcze podążali we właściwym kierunku, ale co rusz próbują nas wprowadzić na „The Road to Serfdom”, przed którą przestrzegał w 1944 r. laureat Nagrody Nobla z ekonomii prof. Friedrich August von Hayek. Nie mam wątpliwości, że sukces polskiej gospodarki jest przede wszystkim zasługą polskich przedsiębiorców i obywateli. Miarą zaś dokonań polityków jest to, że w 2025 r. Polska zajęła dopiero 76. w Raporcie Wolności Gospodarczej Świata opracowanym przez Fraser Institute i również Centrum im. Adama Smitha. Przedsiębiorcom zawdzięczamy 20. pozycję gospodarczą, a politykom odległe 76. miejsce w wolności gospodarczej. Równocześnie umacniamy swą pozycję w rankingach korupcji, co jest konsekwencją zastępowania wolności gospodarczej biurokracją. Im mniej wolności gospodarczej, tym więcej korupcji.

Jest na to jakaś rada?

Niezmiennie ta sama, a jednocześnie bardzo prosta. Potrzebna jest „aktualizacja ustawy Wilczka”, a nie niekończąca się deregulacja. Bez przywrócenia wolności gospodarczej nie da się utrzymać nawet obecnego dobrostanu społecznego. Skoro możliwe było namówienie Irlandzkiej Armii Republikańskiej do porzucenia terroryzmu, to tym bardziej możliwe jest skłonienie parających się polityką w Polsce do przywrócenia wolności gospodarczej. Skoro udało się z Polski wyprowadzić okupacyjną armię Związku Sowieckiego, to dlaczego ma się nie udać zmiana ustaw?

My Company Polska wydanie 3/2026 (126)

Więcej możesz przeczytać w 3/2026 (126) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

Reklama

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Reklama
Reklama