Reklama

Sztuka wielokrotnego oryginału

Sztuka wielokrotnego oryginału
fot. Igor Karlicki
Polski plakat zyskuje swoje drugie, fascynujące życie. Jak z przedmiotu wieszanego niegdyś na płotach stał się obiektem pożądania, wokół którego kręci się prężny biznes?
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 3/2026 (126)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 3/2026 (126)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Reklama

Wyobraźmy sobie zadymioną, warszawską pracownię lat 50. XX w. Artysta pochyla się nad wielkim arkuszem papieru. Nie interesuje go realistyczne namalowanie uśmiechniętej twarzy głównego aktora. Jego zadanie jest znacznie trudniejsze – w jednym znaku graficznym musi oddać ciężar emocjonalny filmu, jego psychologiczną głębię. Polacy jako jedni z pierwszych na świecie zaczęli tworzyć plakaty niedosłowne, odrzucając zachodni dyktat komercyjnych afiszów. Stosowali skrót myślowy – jak na jednym z plakatów do „Pianisty”, gdzie klawiatura z jednej strony przybiera kształt profilu Hitlera, a z drugiej zamienia się w gwiazdę Dawida. Taka siła symbolu zszokowała świat.

Polska sztuka plakatu to nasza niezwykle silna, narodowa marka. Polacy zgarniali najważniejsze nagrody od Wiednia po Nowy Jork, a w 1968 r. to w Polsce – dokładnie w warszawskim Wilanowie – powstało pierwsze na świecie Muzeum Plakatu. Dziś, mimo konkurencji w postaci cyfrowych reprodukcji i sztucznej inteligencji, która generuje obrazy w kilka sekund, polski plakat zyskuje swoje drugie życie.

Od krakowskich zbiorów po warszawską galerię

Aby zrozumieć fenomen dzisiejszego rynku, trzeba odwiedzić miejsca, w których owe dziedzictwo jest pielęgnowane z największą czcią. Jednym z nich jest warszawska Grafiteria – galeria i antykwariat specjalizujący się w polskiej szkole plakatu. Za tym miejscem stoi Magdalena Sosenko, absolwentka historii sztuki i zarządzania w kulturze.

Wychowała się w krakowskiej rodzinie kolekcjonerów, gdzie każdy miał swoją wyspecjalizowaną dziedzinę zbiorów. Skończyła historię sztuki, a pracę magisterską napisała o pocztówkach projektowanych przez Warsztaty Krakowskie.

Po przeprowadzce do Warszawy postawiła na autorski biznes. Nazwę „Grafiteria” wymyślili jej mąż i grafiteryjny wspólnik Maciej Gutkowski. I tak w 2010 r. ruszyła galeria, początkowo funkcjonująca tylko w internecie. Szybko okazało się, że sztuka potrzebuje fizycznej przestrzeni.

– To nie jest drogeria, gdzie wiadomo, że kupuje się obiekt o tym samym standardzie. Plakaty czy generalnie obiekty kolekcjonerskie wymagają, żeby przyjrzeć się im na żywo, poczuć zapach starego papieru, dać się wciągnąć intensywnej kolorystyce, sprawdzić stan zachowania – wyjaśnia Magdalena Sosenko. Dziś jej galeria mieści się w artystycznym sercu Warszawy, przy ulicy Mazowieckiej zaraz obok Zachęty i naprzeciwko dawnej siedziby Filmu Polskiego. Odwiedzają ją nie tylko kupcy, ale też studenci Akademii Sztuk Pięknych poszukujący inspiracji.

Złota era polskiego plakatu

Czym dokładnie była Polska Szkoła Plakatu? Pojęcie to często rozszerza się na całą drugą połowę XX w. (aż do 1989 r.), jednak w ścisłym, historycznym ujęciu obejmuje fenomen kształtujący się w latach 50. i 60. Po wojnie, na gruzach stolicy, pionierka wzornictwa przemysłowego Wanda Telakowska dbała o to, by sztuka znów zaczęła pełnić estetyczną funkcję w życiu codziennym. Państwowa spółka Film Polski zaprosiła artystów takich jak Henryk Tomaszewski i Eryk Lipiński, dając im niespotykaną w innych krajach wolność – projektowali bez odgórnie narzuconej, komercyjnej wizji.

Eksplozja talentu nastąpiła w 1948 r. na wystawie plakatu filmowego w Wiedniu. Henryk Tomaszewski zdobył tam aż pięć głównych nagród, w tym za afisze do filmów „Baryłeczka”, „Ludzie bez skrzydeł” oraz „Obywatel Kane”. – Cały świat zwrócił uwagę na nasze plakaty i projektowanie, które było całkowicie odmienne od tego, co się do tej pory działo – relacjonuje Magdalena Sosenko.

Plakaty przestały opowiadać treść filmu wprost. Zaczęły intrygować, stawały się niezwykle malarskie, graficzne, nie stroniły od kolaży i fotomontaży. Wojciech Zamecznik oraz Wojciech Fangor na nowo zdefiniowali, jak można przetwarzać fotografię. Ważną rolę odegrał również Józef Mroszczak – genialny artysta i niebywale skuteczny lobbysta kultury. To głównie dzięki jego staraniom i umiejętności rozmowy z ówczesną władzą zorganizowano w Polsce Międzynarodowe Biennale Plakatu (1966), które do dziś jest jedną z najbardziej prestiżowych światowych wydarzeń wokół tej dziedziny sztuki. Także w Polsce otworzono pierwsze Muzeum Plakatu, w ramach kompleksu pałacowego w Wilanowie (tu ciekawostka – muzeum otworzyło się dla zwiedzających w marcu 2026 r. po ponad 5-letniej przerwie na dopracowanie ekspozycji). Artyści tak kochali formę plakatu, że nawet dla krótkiego, 19-minutowego dokumentu „Niedzielny poranek”, powstawał pełnoprawny, malarski afisz wybitnego twórcy.

Niewidzialne kobiety

Wertując podręczniki o polskim plakacie, widać niemal wyłącznie męskie nazwiska: Tomaszewski, Starowieyski, Cieślewicz, Lenica, Fangor, Górka czy Krajewski. Kobiety zepchnięto do drugiego, a nawet trzeciego rzędu, mimo że ich projekty wyznaczały artystyczne standardy epoki. Magdalena Sosenko przypomina ich wkład w ten rynek.

Wskazuje na Danutę Żukowską, która jako dyrektor artystyczna w mocno męskim środowisku Państwowego Wydawnictwa Rolniczego i Leśnego całkowicie zrewolucjonizowała wygląd podręczników czy magazynów zastępując „ściany tekstu” przejrzystym, nowoczesnym projektowaniem. Inną barwną postacią była Maria Ihnatowicz, posługująca się pseudonimem Mucha. Prywatnie żona słynnego twórcy znanego m.in. z popartowych afiszów, Andrzeja Krajewskiego, przejęła po nim m.in. projektowanie okładek dla prestiżowego Klubu Interesującej Książki. To jej prace, pełne życia, koloru i niebywałego temperamentu, zapisały się na zawsze w pamięci czytelników. Nie można zapomnieć o Ewie Frysztak czy Hannie Bodnar. Plakat Ewy Frysztak do filmu „Majowe gwiazdy” to absolutne arcydzieło – fuzja fuksji połączonej z czerwono-pomarańczowymi barwami, której intensywności nowoczesne przedruki często nie potrafią poprawnie uchwycić.

Krucha materia

Z biznesowego i kolekcjonerskiego punktu widzenia, papier to materiał wyjątkowo niewdzięczny i nietrwały. Sosenko lubi określać plakat mianem „sztuki wielokrotnego oryginału”. Choć w czasach PRL nakłady poszczególnych tytułów potrafiły wynosić od 5 do 14 tys. sztuk, do dzisiejszych czasów przetrwała ich znikoma liczba. – Plakaty wieszano na murach, a ich żywot kończył się wraz z pierwszymi deszczami. Egzemplarze, które przetrwały do dziś pochodzą najczęściej od pasjonatów, którzy prosili tzw. rozlepiaczy o plakat za „czapkę gruszek”. Dziś to prawdziwe skarby – relacjonuje Magdalena Sosenko.

Odrestaurowanie starego afiszu to proces wymagający chirurgicznej precyzji. Pofalowany, zawilgocony plakat prasuje się tygodniami. – Wyprasowanie nie oznacza, że bierzemy żelazko. Trzeba go zabezpieczyć specjalnymi bibułami i kartonami. Plakat leżakuje tak minimum miesiąc, a w międzyczasie wymienia się bibuły, które absorbują wodę. Konserwacja to też klejenie rozdarć, mozolny retusz, uzupełnianie ubytków, a także wiele chemicznych procesów które wydłużają życie plakatom – wyjaśnia Magdalena Sosenko.

Dopiero wtedy obiekt trafia do oprawy – najlepiej za specjalną szybę muzealną z filtrem UV, która chroni drogocenny atrament przed blaknięciem od słońca. Pozyskanie plakatów do galerii jest coraz trudniejsze, bo nie są to czasy, jak na początku działalności Grafiterii, kiedy cenne plakaty można było kupić za niewielką sumę na pchlim targu. – Dziś jeśli ktoś ma plakaty sprzed wielu dekad, dokładnie wie co ma. Odkupienie konkretnego plakatu, na specjalne zamówienie klienta to kolejny składnik ceny produktu – wyjaśnia Magdalena Sosenko.

Ile trzeba zapłacić za ten kawałek narodowego dziedzictwa? Ceny są zróżnicowane. Próg wejścia w inwestycję nie wymaga fortuny. Plakaty z lat 80., które według właścicielki Grafiterii dopiero czekają na swój renesans, można nabyć już za około kilkaset złotych.

– W plakacie ciekawe jest to, że nie potrzebujemy majątku, by wybrać dla siebie coś fascynującego. Dysponując budżetem 500 zł, będziemy mieli spory wybór - podkreśla właścicielka Grafiterii. Najrzadsze, kanoniczne prace mistrzów mogą natomiast kosztować kilka, a nawet kilkanaście tysięcy złotych.

Przez ostatnią dekadę zmienił się profil nabywcy plakatu. Zmęczeni sterylnymi, minimalistycznymi mieszkaniami i masowymi wydrukami z sieciówek jak IKEA, poszukujemy dziś sztuki z duszą. Adwokaci dekorują swoje kancelarie wspaniałymi grafikami, takimi jak intrygujący afisz do kryminalnego filmu „Sprawa Gorgonowej” z 1977 r. w reżyserii Janusza Majewskiego. Młodzi rodzice zawieszają oryginalne, kolorowe plakaty z lat 60. w pokojach swoich dzieci, rozumiejąc, że wczesny kontakt z nieoczywistą formą kształtuje zmysł empatii, gust i inteligencję najmłodszych.

Walka o przetrwanie formatu

Polski plakat to nie tylko historia i dbanie o vintage. To wciąż żywa dyscyplina, w której Polacy odnoszą oszałamiające międzynarodowe sukcesy. Współcześni twórcy tacy jak Dawid Ryski, Patryk Hardziej czy Bartosz Kosowski wynoszą tę sztukę na nowy, globalny poziom. Kosowski to absolutna gwiazda gatunku – zasłynął rewelacyjnym, wielokrotnie nagradzanym plakatem do „Lolity” Stanleya Kubricka czy ilustracjami dla Hollywood. Doskonale rozumie on magię medium, w którym operuje:

– Plakaty filmowe powstają dużo dłużej niż ilustracje prasowe, ponieważ te drugie mają inny żywot. Ludzie na nie spojrzą i gazeta najczęściej ląduje w śmietniku. Co innego dzieje się z plakatem, który ktoś decyduje się powiesić na ścianie. Może patrzeć sobie na niego rok, dwa lata czy dziesięć – podkreśla ekspertka.

Z kolei legenda polskiego plakatu, Andrzej Pągowski (autor niemal dwóch tysięcy afiszy), gorzko patrzy na zmiany zachodzące w podejściu dystrybutorów filmowych. Opowiada, że dziś rządzą twarze aktorów, a na metaforę i eksperyment obyczajowy nie ma już miejsca. W latach 80. przemycił na plakat „Konopielki” wpisaną w drzewo, nagą kobiecą sylwetkę. Dziś – przez mocną autocenzurę rynkową i obyczajową – uważa, że taki projekt nie miałby racji bytu w przestrzeni publicznej. Mimo to wciąż z pasją tworzy, m.in. na rzecz kampanii społecznych, kwitując to słowami: – Bez pracy jestem jak ryba w Odrze, tracę tlen – mówił artysta w jednym z wywiadów.

Nowi mistrzowie

Współczesny rynek stanął przed bezprecedensowym wyzwaniem. Internet zalała fala plakatów z generatorów sztucznej inteligencji, a chińskie platformy handlowe Temu czy AliExpress sprzedają płócienne wydruki czegokolwiek za ułamek ceny klasycznego afiszu. Dla laika, który poszukuje „jakiegoś obrazka” nad kanapę, to kusząca opcja. Czy zagraża ona unikalnemu biznesowi galerii i samych twórców?

Eksperci pozostają spokojni. Pągowski pytany o strach przed sztuczną inteligencją punktuje krótko: – Sądzę, że na Artificial Intelligence prawdziwi artyści nie ucierpią. Bo AI jest odtwórcza, ale nie kreatywna. Czerpie przecież z zasobów, jakie twórcy udostępnili do tej pory w sieci – mówi artysta. Algorytm wymiesza kolory i piksele, ale nie stworzy głębokiego żartu, trafnej metafory ukrytej w pociągnięciu pędzla, ani nie zawrze buntu przed cenzurą. Wydruk z AliExpress pozbawiony jest historii, duszy papieru z lat 60. i nie oferuje żadnej wartości inwestycyjnej. Odbiorcy z wypchanym portfelem doskonale o tym wiedzą.

Współczesny polski plakat to nie tylko kontynuacja dawnej malarskiej tradycji, ale przede wszystkim fascynujące zderzenie różnorodnych stylów. Z jednej strony rynek podbijają niezwykle bogate, precyzyjne i wręcz komiksowe ilustracje twórców takich jak Patryk Hardziej czy Dawid Ryski, z drugiej – obserwujemy potężny powrót do surowego, bezkompromisowego minimalizmu. Zmieniły się również motywy. Dziś afisze to już nie tylko oprawa graficzna dla festiwali muzycznych, spektakli czy alternatywnego kina. Plakat stał się na powrót megafonem w sprawach najważniejszych: krzyczy o ekologii, prawach kobiet, wykluczeniu społecznym i polityce.

W tej ostatniej dziedzinie – plakacie politycznym i zaangażowanym – absolutnym fenomenem i jednym z najbardziej rozpoznawalnych twórców młodego pokolenia jest Szymon Szymankiewicz. Ten adiunkt na poznańskim Uniwersytecie Artystycznym udowadnia, że sztuka projektowania wciąż ma potężną siłę rażenia i zdolność do błyskawicznego komentowania rzeczywistości społeczno-politycznej. Styl Szymankiewicza to wizualny nokaut. Artysta niemal całkowicie odrzuca słowa, stawiając na chłodną, oszczędną kolorystykę (często ograniczoną wyłącznie do bieli, czerni i czerwieni) oraz perfekcyjnie skonstruowane rebusy i metafory, które uderzają widza prosto w twarz.

Szymankiewicz nie boi się tematów trudnych i kontrowersyjnych: faszyzmu, rasizmu, homofobii czy nadużywania władzy. Doskonałym dowodem jego geniuszu jest głośny, nagradzany plakat „Loading”. Widzimy na nim swastykę umieszczoną w powszechnie znanym kole ładowania instalacji programu komputerowego, czy symbolu określającego procent pobrania pliku z sieci. U Szymankiewicza to genialne w swojej prostocie ostrzeżenie przed pełzającym, ładującym się w społeczeństwie faszyzmem.

Innym słynnym dziełem, które zyskało ogromny rozgłos (m.in. licytowanym na aukcjach nowej sztuki), jest plakat „Rzeczpospolita ≠ Rzecz Wspólna”. To uderzająca wizja polskiego godła, z którego... ucieka biały orzeł, zostawiając za sobą jedynie pustą, czerwoną tarczę. Grafika ta stawia bolesne pytanie o to, czym dziś jest nasza narodowa tożsamość i do kogo należą symbole państwowe w podzielonym kraju.

O tym, że plakat jest silny świadczy też szeroka obecność młodych plakacistów na Targach Rzeczy Ładnych organizowanych w polskich metropoliach. Możemy tam zobaczyć nowe formy wyrazu i ucieczkę od tradycji Szkoły Polskiego Plakatu. Wielkim powodzeniem cieszą się plakaty utrzymane w estetyce surrealistycznej.

Dlaczego warto inwestować w plakat

Plakat jest rynkowym złotem, wystarczy spojrzeć na zachodnie domy aukcyjne. O ile na polskim rynku plakaty rodzimych mistrzów dochodzą do kilkunastu tysięcy złotych, o tyle na świecie licytacje osiągają kwoty iście astronomiczne. Za najdroższy plakat w historii uznaje się oryginalny afisz do filmu science fiction „Metropolis” Fritza Langa z 1927 r. W 2005 r. w jednej z zagranicznych galerii zapłacono za niego 690 tys. dol. (dziś wartość w obiegu prywatnym spekuluje się na ponad milion dolarów). Tuż za nim plasuje się unikalny plakat do „Draculi” (1931) z Belą Lugosim, wylicytowany w 2017 r. w Dallas za gigantyczną kwotę blisko 526 tys. dol.

Patrząc na te cyfry, widać, że plakat, zwłaszcza ten vintage, przestał być ulotną reklamą, a stał się wysokojakościowym dobrem luksusowym oraz stabilną lokatą kapitału dla wprawnych inwestorów. Od brudnych płotów odbudowywanej po wojnie Warszawy, przez luksusowe nowojorskie galerie sztuki, aż do eleganckich kancelarii w dzisiejszej Polsce – ta artystyczna dyscyplina udowadnia, że kreatywność i doskonały pomysł nigdy się nie starzeje. „Sztuka wielokrotnego oryginału”, zyskuje coraz więcej zwolenników, którzy napędzają coraz potężniejszy, zyskowny biznes.

My Company Polska wydanie 3/2026 (126)

Więcej możesz przeczytać w 3/2026 (126) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

Reklama

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Reklama
Reklama