Efekt motyla

Efekt motyla
Efekt motyla, fot. Adobe Stock
Zaledwie co dziesiąty z nas – tak mówią badania – na poważnie stara się zrealizować swoje noworoczne postanowienia, wykazując się dawką stosownej determinacji aż do 31 grudnia. Oczywiście nie wszystkim z tej małej grupki ostatecznie się to udaje. Możemy zatem przyjąć, że postanowienia noworoczne są jak zwiewne kolorowe motyle – prezentują się pięknie, ale zazwyczaj żyją tylko parę tygodni.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 1/2022 (76)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Wyjątkiem i rekordzistą wśród motyli jest niejaki latolistek cytrynek (Gonepteryx rhamni), który dzięki hibernacji w zimie egzystuje nawet do dziewięciu miesięcy. Jednak nawet trzepot delikatnych skrzydeł – przynajmniej teoretycznie – może wywołać kataklizm w oddalonym o tysiące kilometrów zakątku naszego świata. To właśnie słynny efekt motyla. Wszystko jest zatem możliwe.

Kierując się jednak generalną tezą, że nie przykładamy większej wagi do realizacji noworocznych postanowień, bo nie traktujemy ich całkiem poważnie, możemy puścić wodze fantazji. Zarysujmy więc sobie bardzo ambitne cele, których – co oczywiste – nawet nie będziemy nawet starali się zrealizować. Za to dzięki nim możemy stanąć ramię w ramię z obrzydliwie bogatymi i wpływowymi ikonami światowego biznesu.

Po pierwsze: być jak Lee Iacocca

Czyli zarobić w całym 2022 r. 1 dol.! To emblematyczny menedżer, który w 1978 r. został prezesem Chryslera i uratował upadający koncern. Lojalności wobec firmy i pracowników nakazała mu, aby wprowadzając restrykcyjny program naprawczy zredukować swoje wynagrodzenie właśnie do wysokości 1 dol. rocznie. Powtórzenie tej koncepcji ma wiele zalet. Przede wszystkim nie będziemy musieli się zagłębiać w tajniki podatkowe Polskiego Ładu, w którym niektóre daniny są nawet ustalane według wskaźników ze 1 stycznia 2023 r.! Odpada nam analizowanie progów podatkowych i denerwowanie się, czy przypadkiem nie przekroczymy ulgi dla klasy średniej! I najważniejsze – nie będziemy musieli potem spędzić kilkunastu godzin na sporządzaniu swojego PIT-a za 2022 r. Cała masa korzyści to więc jest. Naprawdę warto!

Natomiast dzięki szalejącej inflacji na koniec roku i tak nasze wynagrodzenie wydatnie wzrośnie, zapewne do równowartości jakieś 5 albo nawet 6 zł. Tyle pewnie będzie wówczas wart 1 dol. amerykański. To będzie całkiem spora, patrząc procentowo, podwyżka! Idea „jednodolarowego wynagrodzenia” jest stosowana przez prezesów wielu firm działających w Stanach Zjednoczonych. Mają oni nie tylko silną wolę, dają dowód swojego wielkiego poświęcenia oraz dbałości o dobry wizerunek, ale także ich roztropności, zapobiegliwości, no i znajomości przepisów. Otóż wypłaty wynagrodzenia w formie akcji, które są uzależnione od wyników finansowych, zgodnie z art. 162 (m) amerykańskiego Kodeksu podatkowego, są wolne od podatku aż do kwoty 1 mln dol. Zresztą wynagrodzenia mogą być wypłacane w bardzo różnych formach, także skomplikowanych opcji, derywatów czy nawet prozaicznych świadczeń rzeczowych. Przy rozchwianym jak dziecięca huśtawka rynku warto przypomnieć sobie świetny rysunek Andrzeja Mleczki, na którym ojciec wygłasza fundamentalną wskazówkę życiową: „Pamiętaj synu, że pieniądze w życiu to nie wszystko. Należy oprócz tego posiadać nieruchomości, biżuterię i dzieła sztuki!”. Na przykład obraz Andrzeja Wróblewskiego „Dwie mężatki”, który właśnie został sprzedany za kwotę 11,2 mln zł!

Po drugie: być jak Elon Musk

Czyli polecieć na Marsa! Lepiej przecież umrzeć na pobudzającej dziecięcą fantazję i marzenia Czerwonej Planecie niż na naszej smutnej Ziemi na Covid-19, a w zasadzie na jedną z kilkudziesięciu mutacji koronawirusa. Amerykański wizjoner cały czas kompletuje przecież załogę do lotu w jedną stronę, bo powrót – ze względu na koszty i czas jego trwania – będzie niemożliwy. W kabinie statku kosmicznego zmierzającego w kierunku Marsa przebojem będzie klasyczna piosenka „One Way Ticket to the Moon”. W tym tytule zmieni się tylko ostatnie słowo. Lecąc na Marsa i uciekając z naszej smutnej doczesności, pozbywamy się całej masy kłopotów, nie tylko przecież biznesowych. Nie będzie już żadnych lockdownów, recesji, stagnacji i zawirowań gospodarczych. Odpadnie nam prowadzenie sporów i długotrwała wymiana korespondencji z Zakładem Ubezpieczeń Społecznych, strach przed kolejną kompleksową kontrolą urzędu skarbowego, a nawet niespodziewanym nomen omen nalotem Państwowej Inspekcji Pracy.

W ramach przygotowań do tej wyprawy możemy już zarezerwować bilet na lot balonem na sam skraj kosmosu (30 km nad Ziemią). Firma Speace Perspective przyjmuje zapisy na 2024 r. Bilet kosztuje obecnie tylko 125 tys. dol. Warto się pospieszyć, bo już niedługo to może być 200 tys. dol. albo i znacznie więcej.

Zanim to nastąpi, możemy wizualizować sobie nasze trudne ziemskie doświadczenia i porównywać je z wyprawą kosmiczną szefa Amazona, Jeffa Bezosa – najbogatszego człowieka na świecie. Proszę bardzo. Zainstalowanie na naszym smartfonie aplikacji e-Toll umożliwiającej przejazd płatną autostradą trwa przeciętnie 10 razy dłużej niż zaledwie 4-minutowy pobyt w kosmosie miliardera. Organizując tę ekspedycję, Bezos mógł stracić swój prestiż i pół majątku, a my – gdy przejedziemy płatną autostradą bez poprawnie zainstalowanej aplikacji – narażamy się jedynie na ukaranie mandatem w kwocie 500  zł. Za to w zamian dostajemy zastrzyk adrenaliny, prawie jak wówczas, gdy czekamy na start rakiety na przylądku Canaveral.

Po trzecie: być jak Donald Trump

Czyli zagrać w kultowym filmie, zapewniając sobie nieśmiertelność. Nie bądźmy już tak bardzo ekscentryczni, aby próbować zostać prezydentem Stanów Zjednoczonych, tym bardziej że sama „zielona karta” do tego nie wystarczy. Konieczne jest obywatelstwo amerykańskie. Trudno, to się na pewno nie uda. Donald Trump miał autorski pomysł na kreowanie swojego wizerunku. Współpracując na wielu polach z show-biznesem, często otrzymywał propozycje, aby udostępnić filmowcom swoje liczne prestiżowe nieruchomości. Robił to za darmo, ale pod jednym warunkiem – miał się pojawić w jakiejś scenie. Zagrał więc w kilku filmach, ale na pewno w pamięci widzów zapisał się w kultowej komedii „Kevin sam w Nowym Jorku”. Tytułowy bohater pyta się o drogę do lobby w luksusowym, błyszczącym złotem hotelu Plaza. Tej sceny pierwotnie oczywiście nie było w scenariuszu, ale pojawiła się właśnie jako swoiste honorarium za wynajęcie filmowego planu, bo przecież prestiżowa nowojorska Plaza była wówczas własnością późniejszego prezydenta Stanów Zjednoczonych. Po kontrowersjach, które potem wzbudził Trump stylem sprawowania urzędu, pojawił się postulat, aby scena zniknęła (podobnie jak jego konto na Twitterze) z kontynuacji wigilijnych przygód pomysłowego Kevina. Z taką propozycją wystąpił zresztą dorosły już aktor Macaulay Culkin (notabene świetna jest jego rola w „Sukcesji”). Udało się. Projekcja perły kina familijnego, jaką jest „Kevin sam w Nowym Jorku”, w kanadyjskiej telewizji nastąpiła już bez Donalda Trumpa.

Wkręcenie się do jakiegoś filmu – który przecież w przyszłości będzie zapewne obrazem kultowym – może się udać. Trzeba tylko mocna w to wierzyć i znać kogoś z branży. Ostatni przykład to niezły rodzimy film „Pan T.” nawiązujący do biografii Leopolda Tyrmanda i pokazujący mroczny obraz Polski lat 50. W jednej ze scen wystąpił przecież Leszek Balcerowicz jako pracownik spółdzielni rzemiosł artystycznych, który siedzi sobie na stołeczku i maluje farbkami figurki żyraf (towarzystwo ma niezłe – to satyryk Jacek Fedorowicz i reżyser Kazimierz Kutz). Warto też przypomnieć, że w serialu „07 zgłoś się” o przygodach sympatycznego porucznika Sławka Borewicza pojawia się jeden z najbogatszych socjalistycznych przedsiębiorców i późniejszy minister przemysłu – Mieczysław Wilczek (odcinek 11 „Wagon pocztowy”). Zresztą nie tylko on, ale także jego wspaniała willa, basen, sauna oraz kort tenisowy. Serial o naszym milicyjnym Bondzie ciągle leci na jakimś kanale w telewizji, więc Wilczek z Borewiczem mogą dalej sobie grać w tenisa, chociaż nie ma już ich z nami na tej ziemi. Ba, nie lecą nawet z Bezosem na Księżyc ani z Muskiem na Marsa. Mając w pamięci kłopoty Donalda Trumpa z pozostaniem w ważnym dziele X Muzy, w którym zagrało się drobny epizod, pamiętajmy o jednym. Przecież zawsze możemy stworzyć korzystną dla nas narrację, że zagraliśmy w jakimś świetnym filmie, ale wskutek intryg, światowych spisków albo zwyczajnej ludzkiej podłości zostaliśmy z niego brutalnie wycięci! Może to być choćby „Wesele” Wojtka Smarzowskiego i nasza rólka pośredniego bohatera oznaczonego w umowie zgrabnym zwrotem „Gość numer XXVI”.

Po czwarte: być jak Mark Zuckerberg

Czyli spędzić w tygodniu 100 minut ze swoją żoną, mężem, przyjaciółką czy przyjacielem lub kochanką czy kochankiem. No tak, w minionym bezpowrotnie roku Facebook trochę się psuł, jego akcje poleciały na łeb, na szyję, ale także zyskał nową nazwę Meta (skojarzenia z miejscem, w którym kupuje się alkohol bez akcyzy, są jednak nieuzasadnione). To wszystko działo się w ubiegłym roku, ale 10 lat wcześniej twórca najpopularniejszego komunikatora społecznego przygotował się do ślubu ze swoją wybranką Priscillą Chan. Jeszcze przed zawiązaniem dozgonnego małżeńskiego węzła zobowiązał się na piśmie, że przynajmniej raz w tygodniu będą spędzali wspólnie 100 min poza biurem lub mieszkaniem (zasadniczo wystawną rezydencją). Pomijając skomplikowane aspekty prawne tego oficjalnego kontraktu, możemy wziąć przykład z tej pary. Godzina i 40 min to standardowy czas trwania kinowego filmu, kolacji „dla dwojga” w niezłej restauracji albo romantycznego spaceru po parku w promieniach zachodzącego słońca. Wyzwanie nie jest strasznie wymagające ani nadzwyczaj kosztowne. No więc dlaczego nie wziąć przykładu z minimalizmu Zuckerberga?

Jeśli się nam uda wytrwać w tym postanowieniu do końca 2022 r. znajdziemy się w ekskluzywnym gronie osób, które nie dość, że nie zrezygnowały ze swoich noworocznych postanowień, to nawet odniosły spektakularny sukces! A w dodatku postawimy się obok demonicznego demiurga cyberprzestrzeni, który – jak się okazuje – ma swoją sympatyczną, ludzką twarz, a nawet nieco czułości, o której tak ładnie pisała nasza noblistka Olga Tokarczuk. „Czułość jest tą najskromniejszą odmianą miłości. To ten jej rodzaj, który nie pojawia się w pismach ani w ewangeliach, nikt na nią nie przysięga, nikt się nie powołuje. Nie ma swoich emblematów ani symboli, nie prowadzi do zbrodni ani zazdrości. Pojawia się tam, gdzie z uwagą i skupieniem zaglądamy w drugi byt, w to, co nie jest ja”.

Cóż, czułość jest jak muślinowe smagnięcie kolorowym skrzydłem motyla po twarzy (może być to nawet dość pospolity latolistek cytrynek). Oby choć raz coś takiego przydarzyło nam się w obecnym 2022 r.

My Company Polska wydanie 1/2022 (76)

Więcej możesz przeczytać w 1/2022 (76) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY