Cała ta szarpanina

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 4/2025 (115)
Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!
Telewizja „puściła” serial „Dyrektorzy”, w którym rzeczywiście pokazano sporo autentycznych konfliktów, choć całość jest apologetyką okresu pogrudniowego. Dyskutowano o nim w milionach rodzin. Zamieściliśmy pochwalną recenzję, przeciwstawiając ów serial codziennym programom, w których pełno jest lukru – to wpis w dzienniku z 11 stycznia 1976 r. Mieczysława F. Rakowskiego, redaktora naczelnego tygodnika „Polityka”, ówczesnego posła na Sejm PRL i bardzo wpływowej postaci w elitach władzy. Serial otrzymał Nagrodę Krakowskiego Stowarzyszenia Twórców i Działaczy Kultury „Kuźnica” - „Kowadło”, a potem „Złoty Ekran” tygodnika „Ekran” oraz wyróżnienie przewodniczącego Komitetu ds. Radia i Telewizji. Rzeczywiście był gorąco dyskutowany. Jego reżyserem był Zbigniew Chmielewski, którego zupełnie inne dzieło „Daleko od szosy” bardzo dobrze zapisało się w pamięci widzów – do dziś. Jest wielokrotnie powtarzane przez TVP.
Absurdy w kolorze
Serial „Dyrektorzy” opowiada historię dwutysięcznych zakładów metalowych Fabel, która jest przedstawiana z perspektywy kolejnych szefów. To jednak przede wszystkim metafora Polski, a konkretnie gospodarczych meandrów z lat 1958–1972. Serial trochę więc przypomina socjalistyczny tzw. produkcyjniak. W pierwszym odcinku „Swój chłop” z ust dyrektora patrzącego na swoją załogę pada zdanie: „Partia to także oni!”. Jednak taka nieciekawa i drewniana konwencja jest dość zgrabnie przełamana społeczno-obyczajowymi obrazkami, a przede wszystkim realistycznym ukazaniem PRL-owskich absurdów gospodarczych, fikcyjnych planów produkcyjnych i braków rynkowych. Pokazane są także relacje międzyludzkie w zakładzie pracy – momentami przypominające sceny drapieżnego XIX-wiecznego kapitalizmu. Takie przedstawienie stosunków panujących w państwowym socjalistycznym zakładzie pracy było szokiem.
Ale tutaj znacząca uwaga. Ostatni odcinek serialu („Ryzykant”) z 1972 r., przedstawiający już okres rządów I sekretarza KC PZPR Edwarda Gierka, jest propagandowym spotem. Widzimy w nim nowe konsumpcyjne „zabawki” – wszechobecne butelki z coca-colą, szpulowy magnetofon, a nawet zdalnie sterowany samochodzik-zabawkę. To nowy wspaniały świat. W Fabelu nadal nie jest łatwo, ale kolejny dyrektor Piotr Gajda (Stanisław Niwiński) stara się jak może. I tu pojawia się kluczowa opowieść. Oto wdrażana jest zupełnie unikatowa nowa technologia. To automatyczna frezarka do metalu. Przed dyrektorem pojawia się dylemat: Czy samodzielnie wdrażać to rozwiązanie, czy też wspomóc się licencją szwedzkiej firmy „Olaffson”? Gospodarska próba kończy się fiaskiem. Chociaż bohaterskiej załodze udaje się zidentyfikować przyczynę awarii robota (zwarcie instalacji), ale potem okazuje się, że skomplikowany produkt, nie spełnił normy technicznej. No tak, Polak potrafi, ale nie tak do końca powinien. Mamy zatem morał – trzeba się wspomóc zachodnią technologią.
Jak się podlizywać
Serial pojawił się na ekranach telewizorów w 1975 r., kiedy to ekipa Gierka kupowała zagraniczne licencje, jakby chodziła z wielkim koszykiem po supermarkecie (Fiat, Berliet, Massey-Ferguson itd.). Wszystkie nerwy, dylematy i trudne wybory podejmowane przez kolejnych dyrektorów, sekretarz partii podsumowuje jednym zgrabnym zdaniem: – Cóż by znaczyło nasze życie bez całej tej szarpaniny!
Jednak niewątpliwą zaletą serialu jest natomiast jego tło obyczajowe. Sceny podlizywania się nowemu szefowi, rozgrywki personalne, układy, przekręty, oszustwa toksyczne relacje międzyludzkie i prawdziwe dramaty – to wszystko, po pół wieku, ogląda się jak opis współczesnej rzeczywistości. Może to wina tego, że polskie kino takimi tematami w zasadzie się nie zajmuje. Wyjątkiem jest pewnie – całkiem niezły film „Dzień kobiet” z 2012 r. w reżyserii Marii Sadowskiej i ze świetną rolą Katarzyny Kwiatkowskiej.

Więcej możesz przeczytać w 4/2025 (115) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.