Wolni niewolnicy prawa [FELIETON]

fot. materiały prasowe fot. materiały prasowe
Panie uprawiające przy polskich drogach najstarszy zawód świata funkcjonują w szarej, a zarazem „czerwonej strefie”. Pracują dalej, ale z zachowaniem powszechnych obostrzeń sanitarnych – przynajmniej nos i usta mają zasłonięte maseczkami. Dokładnie jak nakazuje prawo. Wielu działających legalnie polskich przedsiębiorców chciałoby się znaleźć na ich miejscu.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 1/2021 (64)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Wcale nie oczekują pomocy państwa, nieprzejrzystych dotacji oraz fałszywych słów wsparcia. Zależy im tylko na jednym – aby mieć możliwość dalszego prowadzenia swojego biznesu! Ograniczenia i zmiana formuły działania są w czasach pandemii zupełnie zrozumiałe. Nie mogą się jednak pogodzić z arbitralnymi decyzjami podejmowanymi bez jakichkolwiek konsultacji. Cóż, protesty i żale nie pomagają. Lepszym rozwiązaniem okazuje się prawnicza kreatywność i szukanie braków, dziur i furtek we wprowadzanych przepisach ograniczających działalność gospodarczą. Cyceron powiedział: „Bądźmy niewolnikami prawa, abyśmy mogli być wolni”!

Oto w kolejnym rozporządzeniu Rady Ministrów w sprawie ograniczeń, zakazów i nakazów w związku ze stanem epidemii zakazano prowadzenia działalności „związanej z poprawą kondycji fizycznej”. Brzmi to dość groteskowo, ale jest prawdą. Wskazano w nim konkretną podklasę w Polskiej Klasyfikacji Działalności, a więc branż, w których to ograniczenie miało obowiązywać – to m.in. łaźnie tureckie i salony masażu. Jednak zupełnie inne oznaczenie, według tej klasyfikacji, jest stosowane do opisania działalności polegającej na „masażu twarzy”. Tak więc, nie był on objęty covidowym zakazem. Masaż pleców, lewej nogi oraz prawej ręki został surowo zakazany, ale twarzy już nie. Pandemiczni legislatorzy rozpędzili się w sprawie globalnych zakazów, obejmując nimi nawet konferencje organizowane online za pomocą środków komunikacji elektronicznej. Możliwość ich przeprowadzania istniała wyłącznie w tzw. strefach żółtych (mniej zarażeń) i została całkowicie wyłączona w czerwonych. Było to wielkie naukowe odkrycie – bowiem Covid-19 można się zarazić także przez internet! Absurd i celny cios wymierzony w cały ten rynek (branża spotkań i wydarzeń), którego roczny obrót jest szacowany do 65 mld zł.

Odpowiedzią wielu przedsiębiorców na mechanicznie generowane obostrzenia są ciekawe pomysły, jak sobie radzić w tych trudnych czasach. I to zgodnie z prawem. Zamiast cwaniactwa, chytrości i bezczelności w drenowaniu państwowej kasy – mądrość, kreatywność i prawnicza wiedza wykorzystywane tylko w jednym celu, aby samemu móc uczciwie zarobić. Siłownie i centra fitness zostały zamknięte na mocy rozporządzenia premiera. Jednak mogły z nich korzystać: „osoby uprawiające sport w ramach współzawodnictwa sportowego, zajęć sportowych lub wydarzeń sportowych”. Zaczęli więc do nich przychodzić goście, ale nie tacy zwyczajni, lecz wylewający swoje siódme poty „w ramach współzawodnictwa sportowego, zajęć sportowych lub wydarzeń sportowych”. Wyłącznym celem treningów było nie zrzucenie paru kilogramów i poprawa zakazanej sprawności fizycznej, ale przygotowanie się do zawodów. Po wejściu do klubu podpisujemy listę obecności i wskazujemy, do jakiego rodzaju zawodów się przygotowujemy. Potem już swobodnie korzystamy z atrakcji oferowanych przez klub „w ramach współzawodnictwa sportowego”, oczywiście bez udziału widzów. Bardziej radykalny był pomysł organizowania w klubach fitness spotkań wyznawców „Kościoła Zdrowego Ciała” – naturalnie z zachowaniem pandemicznych obostrzeń. Kolejne rozwiązanie to dopisanie do swojej działalności gospodarczej sprzedaży wszelkiego rodzaju orbitreków i innych przyrządów do ćwiczeń. Wtedy już nie trenujemy, ale wyłącznie „testujemy sprzęt”. A to wolno.

Bardzo podobny myk zastosowano w branży gastronomicznej. Zakaz jedzenia posiłków w restauracji dotyczy przecież gości, ale już nie osób związanych stosunkiem pracy lub umową cywilnoprawną z właścicielem lokalu. Dlatego pojawił się pomysł zawierania kontraktów, których przedmiotem będzie testowanie posiłków, za co będzie przysługiwało stosowne wynagrodzenie. Walcząc z głodem, a zarazem z lockdownem, przychodzimy więc na golonkę po bawarsku. Restauracja jest zamknięta, ale nie dla osób, które w niej pracują. Podpisujemy umowę, której przedmiotem jest spożycie obiadu oraz jego wszechstronna ocena, w szczególności stopnia chrupkości skórki. Po wypełnieniu formularza kontrakt automatycznie wygasa. Z rachunku znika zaś złotówka będąca naszym wynagrodzeniem za trudną pracę zawodowego testera. Smacznego!

My Company Polska wydanie 1/2021 (64)

Więcej możesz przeczytać w 1/2021 (64) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY