Umiem wsadzać kij w mrowisko. Wywiad z Krzysztofem Stanowskim

Krzysztof Stanowski
Krzysztof Stanowski, twórca Weszło i Kanału Sportowego, fot. Michał Mutor
Telewizja powoli umiera, co roku traci widzów i nic w tym nie pomogą zaklęcia starych biznesowych misiów. Przyszłość to streaming. Ten rok zamkniemy z przychodami 3–4 razy większymi niż poprzedni – mówi Krzysztof Stanowski, szef Grupy Weszło i współzałożyciel Kanału Sportowego.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 12/2021 (75)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Niełatwo się z tobą skontaktować.

Faktycznie, bywa to utrudnione. Mam bardzo nienormowany czas i rodzaj pracy, gdyż prowadzę kilka niewiążących się ze sobą działalności. 

Czujesz się bardziej dziennikarzem czy przedsiębiorcą?

Zajęć dziennikarskich jest coraz mniej, ale to nie znaczy, że nie są czasochłonne. Muszę mieć cykliczne, cotygodniowe aktywności medialne, bo to pomaga mi w pracy nad samodyscypliną. Jestem już bardziej przedsiębiorcą niż dziennikarzem. Lubię i umiem pisać, nauczyłem się występować przed kamerą, ale od wielu lat raczej zatrudniam, aniżeli bywam zatrudniany. Ktoś inny może za mnie nagrać program lub napisać tekst, ale spotkań biznesowych nikt za mnie nie odbędzie.

Może i ktoś inny nagra, ale zapewne nie zbuduje takiej oglądalności.

Nie będę udawał, że moje programy nie przyciągają widzów. Nie mogę odpuścić żadnej odnogi własnej działalności, bo gdybym skupił się tylko na celach stricte przedsiębiorczych, to zacząłbym sam sobie szkodzić. Jakkolwiek to zabrzmi, sam dla siebie jestem najtańszym i najlepszym pracownikiem. 

W jakim sensie najtańszym?

Pewnie musiałbym się mocno na rynku naszukać, żeby w pełni siebie zastąpić. Wyrosłem z dziennikarstwa, jestem za nie ceniony. 

Które odnogi biznesowe są obecnie dla ciebie najważniejsze?

Kanał Sportowy i Weszlo.com. Do tego mam działalność wydawniczą – prywatną i jako Kanał Sportowy. No i oczywiście klub piłkarski KTS Weszło, któremu chcę w najbliższym czasie poświęcić mnóstwo czasu.

Brakuje ci takiej typowo dziennikarskiej pracy? Bez tych wszystkich spotkań biznesowych, ustaleń z klientami?

Nie, wszystkiego już chyba spróbowałem. Każde dziennikarstwo, nie tylko sportowe, to tak naprawdę opowiadanie tej samej historii, zmienia się tylko główny bohater. Dzięki temu, że realizuję się na tak wielu różnych obszarach, stale coś się dzieje. Nie ma czegoś takiego jak typowy dzień Krzysztofa Stanowskiego.

Zdaniem twoich przeciwników, typowy dzień Krzysztofa Stanowskiego składa się głównie z rozkręcania kolejnych gównoburz.

Rozkręcam je tylko wtedy, jak mi się nudzi. Ludzie myślą, że skoro wrzuciłem coś na Twittera o 12, 15, 18 i 21 to znaczy, że spędziłem na nim cały dzień, a to przecież nieprawda. Twitter to fajna zabawka do zabijania wolnego czasu, kiedy siedzisz sam w knajpie i czekasz na posiłek. Lubię wsadzać kij w mrowisko, umiem to robić.

Zaskakują cię jeszcze opinie na swój temat? Na przykład Marek Wawrzynowski na łamach Wirtualnych Mediów porównał cię do Jarosława Kaczyńskiego, gdyż tak samo dobrze czytacie nastroje społeczne i przekuwacie je w sukces.

Stanąłem już po drugiej stronie barykady i zaczynam czuć się jak te wszystkie osoby, o których ja czasem pisałem teksty na podstawie opinii innych. Doszedłem do momentu, kiedy na mój temat wypowiadają się ludzie, którzy w ogóle mnie nie znają albo poznały mnie przelotnie, ale już im się wydaje, że mogą mnie w jakiś sposób recenzować. Na pewno rzadko gryzę się w język, tworzę treści, na jakie jest zapotrzebowanie rynku, ale nie dlatego, że się zastanawiam, na jakie treści jest zapotrzebowanie – po prostu coś tworzę i się okazuje, że to zapotrzebowanie jest.

Kreujesz rynek.

Nie tworzę treści pod czyjeś gusta, nagrywam również materiały, które już na etapie planowania wiem, że się nie spodobają. Po prostu nagrywam to, na co mam ochotę, dochodziłem do takiego komfortu przez wiele lat. Rynek mediów mocno się zmienił, dziennikarze raczej starają się dopasować do potrzeb odbiorców, którzy chcą czytać to, co jest zgodne z ich światopoglądem. Mam jednak wiarę, że wciąż jest wielu Polaków potrzebujących innych treści, niekoniecznie zgodnych z przekonaniami. 

Podasz jakiś przykład odcinka, który od początku wiedziałeś, że się nie spodoba?

Nagrałem kiedyś materiał, w którym nazwałem ludzi używających adblocka złodziejami. Wiedziałem, że pejoratywnie wypowiadam się o połowie swoich widzów, zrobiłem to jednak z pełną świadomością.

Ta gruba skóra, o której mówisz to – zdaniem wielu przedsiębiorców – jedna z najważniejszych cech, niezbędnych do osiągnięcia sukcesu w biznesie.

Rzeczywiście znam wielu młodych, zdolnych ludzi, którzy szybko się zniechęcają i spalają – i to nie tylko w branży dziennikarskiej, gdzie ekspozycja na ocenianie przez innych jest ogromna. Mam grubą skórę, bo wcześnie zaczynałem, dorastałem wraz z internetem. To wszystko sprawiło, że nie sprawia mi wielkiej różnicy, co kto o mnie pisze. 

Kiedy pojawiła się potrzeba, żeby przestać być czyimś pracownikiem i samemu zacząć robić biznes na mediach?

Wtedy, kiedy przestałem być pracownikiem jakiegokolwiek medium, a ciągle czułem chęć pisania. Sam stworzyłem sobie medium, bez żadnego głębszego biznesplanu, wielkiej wizji na kolejne lata. Decyzja była spontaniczna, jak zresztą większość rzeczy, które robię. Działalność dosyć szybko przerodziła się w dobrze prosperujący biznes – Weszło zaczęło rosnąć, zatrudniać nowe osoby, zarabiać pieniądze. Dalszy rozwój był w pewien sposób połączony z rozwojem technologii. Obecnie jesteśmy w sytuacji, kiedy co roku – brutalnie mówiąc – umiera w Polsce kilkaset tysięcy odbiorców klasycznej telewizji. Ten trend będzie się nasilał, telewizje całkowicie odejdą do lamusa. YouTube nie jest wyłącznie platformą do oglądania krótkich filmików, jak wydaje się niektórym biznesowym starym misiom. To serwis, na którym można streamować jakościowe treści wideo.

Telewizja będzie się bronić, to nie jest tak, że czeka nas jej szybka śmierć.

Mam wrażenie, że dziś znaczek jakiejkolwiek telewizji jest obciążeniem, a nie dodatkowym atutem. Klasyczne telewizje nie mają żadnego sensownego pomysłu na wejście do internetu, przerzucanie contentu 1:1 na swoje platformy online nie jest tym, czego widzowie oczekują. My – jako Kanał Sportowy – nie chcemy uzależniać się od żadnej platformy, dlatego tworzymy własną. Kiedy uda ci się zbudować rozpoznawalność i szanowany brand, to łatwo przekierować odbiorców do konkretnego miejsca. W ogóle wydaje mi się, że jesteśmy w takim okresie, kiedy dziennikarze są więksi od redakcji, w których pracują, co kiedyś było nie do pomyślenia. 

Bardzo butnie mówisz o tej rywalizacji z telewizją.

Chciałbym zastrzec, że obecnie jesteśmy przede wszystkim partnerem dla telewizji. Mamy dobre relacje z TVP, Canal+ czy Viaplay. Każda współpraca jest inna, na każdej współpracy zarabiamy. Dziś możemy niejako przekierować widza do obejrzenia transmisji sportowej w danej stacji, odpowiednio ten mecz opakowując jeszcze przed samym wydarzeniem. 

Powiesz coś więcej o waszej planowanej platformie?

1 stycznia uruchamiamy własnego playera. Będziemy mogli w nim umieszczać chociażby materiały, które są nieakceptowalne przez platformy zewnętrzne. Da nam to większą swobodę produkcji, ale nie oznacza oczywiście, że znikamy z YouTube’a. 

I będziecie mogli bardziej panować nad przychodami.

Na YouTubie da się dzisiaj zarabiać naprawdę dobre pieniądze, jeśli ktoś wie jak to robić. Czy na własnym playerze będziemy zarabiać więcej? Nie mam pojęcia. W teorii stawki są atrakcyjniejsze, ale zasięgi nie będą aż tak duże. Na pewno przez jakiś czas jeszcze to YouTube będzie naszym głównym źródłem dochodu. 

Jakie treści masz na myśli, mówiąc „nieakceptowalne przez platformy zewnętrzne”?

Na przykład rozgrywki pokerowe. Na YouTubie nie moglibyśmy streamować takiego turnieju, u siebie jak najbardziej. Oczywiście dostęp nadal będzie darmowy, nie planujemy żadnych płatnych transmisji.

A więc będzie nowa platforma, niedawno przekroczyliście 600 tys. subskrypcji na YouTubie. Jak to ma się do celów, które na początku sobie założyliście?

Śledząc YouTube’a oraz statystyki wyświetleń, jakie robiły materiały poszczególnych osób tworzących Kanał Sportowy, wiedzieliśmy, że jeśli spotkamy się we czterech i zrobimy to na poważnie, to będziemy w stanie przeskalować sportowy biznes youtube’owy w Polsce. Na Kanale zarabialiśmy już od pierwszego miesiąca działalności. Nie w sensie, że w pierwszy miesiąc spłaciła się inwestycja, ale że w pierwszym miesiącu przychody przekroczyły koszty, a potem było już tylko lepiej. Jesteśmy w takim miejscu, że nie musimy martwić się o to, jak przetrwać – raczej towarzyszy nam ból głowy, jak wykorzystać wszystkie szanse i okazje stojące przed nami. 

Podobno to ty nadałeś – pod względem organizacyjnym – realnego rozpędu całej inicjatywie.

Po prostu pewnego razu spotkaliśmy się we czterech na jakiejś kolacji, powiedzieliśmy sobie, co chcemy zrobić i ile to będzie kosztować, a następnie zaczęliśmy działać. To nie jest tak, że wskoczyłem do projektu i poukładałem coś, co beze mnie by nie powstało. 

Stworzyliście trochę coś na kształt amerykańskiego dream teamu koszykarskiego z lat 90. Kanał Sportowy przyciąga odbiorców, bo proponujecie atrakcyjne treści czy po prostu fani są tak przyzwyczajeni do waszych dziennikarskich portfolio?

Dzisiaj samą treścią nie da się zrobić wyświetleń, najpierw trzeba zadbać o własny marketing i rozpoznawalność. Najtrudniejsze jest przyciągnąć kogoś, by obejrzał cię po raz pierwszy, a z tym akurat nie mieliśmy problemu. Mam świadomość, że zrobiliśmy coś, co rzadko się zdarza. Wyznaczyliśmy nową ścieżkę i przestraszyliśmy korporacje, gdyż wydaje mi się, że nasz model biznesowy może być przekładalny również na inne gatunki dziennikarstwa.

Jaką masz wizję na dalszy rozwój Kanału Sportowego?

Chcielibyśmy stać się graczem, który nie tylko opowiada o sporcie, ale również go pokazuje. Wtedy przestaniemy być kamyczkiem w bucie telewizji, a staniemy się pinezką, czyli czymś, co jeszcze bardziej będzie im doskwierać. 

Z drugiej strony, zmieniacie tematykę. Coraz częściej poruszasz w swoich programach kwestie społeczne, a nie sportowe.

To wynika z totalnej wolności – każdy nagrywa to, na co ma ochotę. Gdybym miał dyskutować tylko o piłce nożnej, to czułbym się znużony. Na pewno chcemy zbudować coraz większą redakcję i ściągać do siebie coraz bardziej prestiżowe nazwiska. Udowodnimy, że istnieje świat poza klasyczną telewizją. 

To już akurat wiadomo od dawna.

Oczywiście nie możemy przegrzać i być kojarzeni jako ci, którzy zajmują się wszystkim i niczym. Łatwo przesadzić i sprawić, że widzowie po prostu poczują się znużeni. Sport zawsze będzie u nas kluczowy, ale musimy się zastanowić, jak reinwestować wszystko to, co dziś zarabiamy. Wiadomo, zaczęliśmy w roku pandemicznym, gdzie wiele kontraktów sponsorskich było zamrożonych i mało kto chciał wydawać pieniądze. Myślę, że ten rok zamkniemy z przychodami 3–4 razy większymi niż w zeszłym roku. Pewnie dobijemy przychodowo do 10 mln zł, coś takiego, a w przyszłym roku nie zatrzymamy się na 10. 

Jak wyglądają wasze relacje ze sponsorami? Twoje programy często są na kontrze do rzeczywistości, firmy nie boją się, że zostaną postawione w złym lub dwuznacznym świetle?

Potrafimy wyczuć, która tematyka może być kontrowersyjna i wtedy uprzedzamy sponsora, czy chce być obecny w danym odcinku. Zdarza się, że na wszelki wypadek firma X rezygnuje z udziału, jednak są to sytuacje zdecydowanie pojedyncze. 

Nie masz czasem poczucia, że przesadzasz z kontrowersjami? Wracasz do domu, patrzysz na Twittera i myślisz: „cholera, za bardzo mu dowaliłem, niepotrzebnie”.

Nawet jeśli przesadzam, to z tego zazwyczaj robi się jakaś dobra zabawa. Co będę miał z rozpamiętywania konkretnych sytuacji?

To pewność siebie czy nieumiejętność przyznania się do błędu?

Napisałem milion głupich rzeczy i niepotrzebnych tweetów. Nawet jeśli wydarzy się wokół jakaś gównoburza, to ona tak naprawdę niewiele zmienia. Nie odwaliłem jeszcze takiego numeru, żeby wszyscy sponsorzy uciekli. Czasami z kimś się pokłócę, ale tak bywa. Życie.

Jak ważne miejsce w tym życiu zajmuje obecnie klub KTS Weszło? „Football Manager” na żywo świetnie brzmi na papierze, ale czy rzeczywiście jest szansa, żeby to działało?

Jeśli stworzymy docelową platformę do zarządzania klubem – na co zebraliśmy pieniądze z rynku – to zabawa będzie przednia. To projekt, który niezwykle obciąża mnie czasowo i wizerunkowo, nie mogę pozwolić sobie na wtopę, bo złożyłem liczne publiczne deklaracje, mam za sobą kilka tysięcy akcjonariuszy mających udziały w klubie. To w zasadzie pierwszy projekt, kiedy czuję na sobie presję innych ludzi. W KTS Weszło nie jestem sam sobie szefem. 

Próbujesz udowodnić innym, że da się skutecznie zarządzać klubem i jeszcze dobrze na tym zarabiać? 

Przede wszystkim chcę się dobrze bawić. Jestem pewien, że tu się będę bawił świetnie, a że przy okazji – mam nadzieję – uda się trochę odkłamać rodzimą piłkę nożną i pokazać, że da się wiele rzeczy zorganizować lepiej, to super.

Czemu innym się to nie udawało?

Nikt jeszcze nie zabierał się do tego w ten sposób. Piłka nożna niestety działa w ten sposób, że trochę odcina ludziom mózgi. Uderzenie adrenaliny jest tak duże, że często podejmowane decyzje przestają być racjonalne. Ponadto bogaci ludzie mają przeświadczenie, że skoro osiągnęli sukces w innej dziedzinie, to ze sportem uda im się tym bardziej. Przykładem bardzo dobrego zarządzania klubem jest Raków Częstochowa – właściciel Michał Świerczewski podchodzi do tego ultraspokojnie, nakreśla sobie realne plany, no i widać efekty.

Michał Brański też jest poukładanym człowiekiem.

Ale on nigdy nie wszedł na poważnie w piłkę nożną. Owszem, zainwestował w Stomil Olsztyn, ale bardzo małe pieniądze. Poza tym Michał Świerczewski od zawsze był kibicem Rakowa, wziął klub w mniejszej lidze niż Michał Brański Stomil Olsztyn, więc miał trochę więcej czasu, żeby wszystko odpowiednio przygotować. 

Zarządzanie klubem piłkarskim jest o tyle trudne, że to bardzo emocjonalny biznes. Wszyscy wiedzą lepiej, co należy zrobić: wymienić trenera po kilku porażkach, kupić nowych piłkarzy, obciąć pensje. 

Zarządzanie w sporcie nie ma tak naprawdę wiele wspólnego z klasycznym zarządzaniem. To zarządzanie emocjami, sprzedawanie emocji na co dzień, zarządzanie ego na wielu poziomach. Trzeba mieć intuicję oraz zmysł. Michał Świerczewski jest na razie kimś, kto w garażu próbuje sklecić malucha, żeby kiedyś wystartować w formule 1. Jednak trochę wody musi upłynąć.

KTS Weszło będzie kiedyś w formule 1?

W formule 1 na pewno nie. Ale będzie fajnym miejscem do budowania piłkarskiej społeczności. Niedawno odbył się mecz, na którym zacząłem poznawać akcjonariuszy. To naprawdę sympatyczni ludzie, bez takiego kibolskiego zadęcia. Oni są na ogół zmęczeni polską piłką nożną w klasycznym wydaniu – nie chcą darcia ryja, agresji słownej kipiącej w powietrzu. 

Kim jest statystyczny udziałowiec KTS Weszło?

Osobą między 25.–35. rokiem życia, dla której poświęcenie 1 tys. zł na potencjalnie fajną przygodę nie jest sporym wydatkiem. Lubi piłkę nożną i zapewne lubi mnie. 

A to chyba nie jest takie proste. Kiedy rozmawiamy o twojej działalności, to w zasadzie widzimy wyłącznie sukcesy. Ludzie nie lubią, kiedy innym się udaje.

W kontekście moich błędów biznesowych często mówi się o portalu Wyszło, a więc o serwisie sprzed dziesięciu lat, o którym w zasadzie nikt już nie pamięta. Nie uznałbym go za złą decyzję, ponieważ postawiliśmy go za pieniądze sponsora, zarobiliśmy na nim pieniądze. Porażką okazał się za to portal Weszło Esport. Wiele mediów próbowało wejść w e-sport, ale nikomu się to na dobrą sprawę nie udało. 

Przecież Polsat ma kanał e-sportowy, który radzi sobie całkiem nieźle.

Czymś innym jest pokazywanie jak ktoś gra, a czymś innym jest dawanie treści w stylu wywiady z graczami czy reportaże. Nagle okazuje się, że odbiorcy rzeczywiście lubią sobie popatrzyć na kogoś, kto gra lepiej niż oni, ale niekoniecznie chętnie czytają pogłębione wywiady z ulubionymi streamerami. Sposób konsumpcji treści przez fanów e-gamingu jest zupełnie nieklasyczny. Jeśli ktoś ma takie medium zrobić dobrze, to chyba musi być to ktoś nie z mojego pokolenia, ale już młodszego.

Jak w ogóle oceniasz polski biznes? 

Poznałem może kilkunastu dużych polskich biznesmenów, więc nie poczuwam się do odpowiedzi. Miałem historie, kiedy bardzo bogaci ludzie nie wywiązywali się z ustaleń, ale to na pewno nie jest rynkowa reguła. 

Jakie masz poglądy gospodarcze?

Jestem zwolennikiem niskich podatków i tego, żeby na przedzie myślenia o gospodarce postawić jednak małych i średnich przedsiębiorców, którzy trzymają ten kraj w ryzach. Z niepokojem patrzę na zmiany, jakie może przynieść Polski  Ład, ale jestem przecież dużym chłopcem, więc z pewnością sobie poradzę.

Co ten duży chłopiec ma pod grubą skórą, o której rozmawialiśmy na początku?

Ostatnio wkręciłem się w pielęgnowanie ogrodu, ale oczywiście nie jestem jakimś superzdolnym ogrodnikiem – mam kolegę, który mi w tym regularnie pomaga. Lubię czasem kupić roślinkę, coś dosadzić. Wcześniej nie pomyślałbym, że będę w stanie wydać 10 tys. zł w skali roku na jakieś drzewka. Pod grubą skórą jest naprawdę normalne życie.

My Company Polska wydanie 12/2021 (75)

Więcej możesz przeczytać w 12/2021 (75) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY