AI produkuje jedynie wytwory pozbawione oryginalnego przeżycia. Wywiad z Miłoszem Bembinowem
O nowej muzyce coraz częściej dowiadujemy się dzięki technologii: rekomendacjom AI, automatycznym playlistom w serwisach streamingowych tworzonym na podstawie naszych wcześniejszych odtworzeń, podpowiedziom w social mediach. Czy żyjemy w czasach muzyki tworzonej „pod algorytmy”?
Żyjemy w czasach, w których algorytmy w dużej mierze decydują o tym, co dociera do słuchacza – to fakt. Serwisy streamingowe, media społecznościowe, playlisty generowane automatycznie – to wszystko tworzy filtr, przez który przechodzi muzyka, zanim trafi do odbiorcy. I oczywiście część twórców dostosowuje się do tej logiki, bo od niej zależy ich widoczność i w konsekwencji dochody.
Ale chcę podkreślić coś ważnego: algorytm nie tworzy muzyki – on ją sortuje i dystrybuuje. To wciąż człowiek pisze piosenkę, komponuje melodię, wkłada w nią emocje i doświadczenia. Zagrożenie pojawia się wtedy, gdy twórca zaczyna tworzyć wyłącznie pod dyktando algorytmu, rezygnując z tego, co w muzyce najcenniejsze, czyli z autentyczności oraz indywidualnego wyrazu.
Jestem przekonany, że odbiorcy – zwłaszcza młodsze pokolenia, doskonale wyczulone na sztuczność – będą nadal szukać prawdziwych emocji, prawdziwych historii i doświadczeń innych ludzi. Tego żaden algorytm nie zastąpi. Muzyka towarzyszy ludzkości od zawsze i wierzę, że potrzeba autentycznego kontaktu z twórczością jest silniejsza niż logika playlisty. Natomiast rolą instytucji takich jak ZAiKS jest zapewnienie twórcom materialnego fundamentu, dzięki któremu mogą tworzyć rzeczy wartościowe kulturowo, a nie tylko te, które „grają pod algorytm”.
Na czym więc polega dziś – w dobie sztucznej inteligencji – odwaga tworzenia? Czy to nadal chodzenie pod prąd, wbrew jakimkolwiek trendom czy jednak trzeba ją rozumieć nieco inaczej?
Odwaga tworzenia dziś polega przede wszystkim na tym, żeby pozostać sobą w świecie, który coraz silniej premiuje powtarzalność i przewidywalność. Generatywna sztuczna inteligencja potrafi w kilka sekund wyprodukować coś, co brzmi jak piosenka, wygląda jak obraz, czyta się jak artykuł – ale to nie są utwory. To wytwory, stworzone na podstawie istniejących dzieł, pozbawione oryginalnego przeżycia i indywidualnej perspektywy.
W tym kontekście prawdziwa odwaga to decyzja, żeby nie iść na skróty. Żeby nie zastępować własnej pracy promptem. Żeby podjąć ryzyko, że coś, co tworzymy, nie trafi od razu w gusta algorytmu – ale będzie autentyczne.
Chodzenie pod prąd oczywiście pozostaje ważnym elementem odwagi artystycznej – to się nie zmieniło od wieków. Natomiast nowym wymiarem odwagi jest świadome określenie granicy między narzędziem a zastępstwem. AI w rękach świadomego twórcy to fantastyczne narzędzie – można generować warianty tekstów, eksperymentować ze ścieżkami dźwiękowymi, testować aranżacje. Ale kluczowe jest to, ile wyborów twórczych dokonuje człowiek. Ostatecznie ktoś musi podjąć decyzję: to jest ten utwór. I to zawsze musi być człowiek. Odwaga polega na tym, żeby tę decyzję podejmować samodzielnie i brać za nią odpowiedzialność.
Nim piosenka stanie się radiowym przebojem, coraz częściej musi przejść proces badań, na ile wpisze się w gusta masowego słuchacza. To proces, który doskonale można zoptymalizować dzięki sztucznej inteligencji. Czy dalszy rozwój AI spowoduje, że takie funkcje jak dyrektor muzyczny w radiu czy szef wytwórni staną się zbędne, bo najlepsze decyzje będzie po prostu podejmował algorytm?
Nie wierzę w taki scenariusz – choć rozumiem, skąd bierze się to pytanie. Rzeczywiście, AI potrafi analizować dane, przewidywać trendy, optymalizować playlisty pod kątem retencji słuchacza. Scenarzyści w Stanach Zjednoczonych protestowali właśnie dlatego, że AI potrafi przygotować skrypt skrojony pod algorytmy platform streamingowych i w ten sposób przykuwać uwagę widza.
Ale jest zasadnicza różnica między optymalizacją a twórczym osądem. Dyrektor muzyczny w radiu czy szef wytwórni nie tylko analizują dane – oni podejmują decyzje oparte na intuicji, doświadczeniu, znajomości kontekstu kulturowego i społecznego. Potrafią rozpoznać coś, czego algorytm nie zmierzy: iskrę, autentyczność, potencjał artysty do budowania długofalowej relacji z publicznością. Algorytm zoptymalizuje to, co już istnieje – ale nie odkryje czegoś naprawdę nowego, bo operuje na danych z przeszłości.
Zresztą spójrzmy na to z innej strony. Gdyby algorytm był w stanie podejmować najlepsze decyzje, to cała muzyka brzmiałaby tak samo – bo byłaby zoptymalizowana pod te same parametry. A wiemy, że słuchacze tego nie chcą. Ludzie nie lubią ciszy, ale nie przepadają też za powtarzaniem w kółko tej samej, anonimowej playlisty. Szukają zaskoczenia, odkrycia, emocji.
Myślę więc, że AI zmieni sposób pracy dyrektorów muzycznych i szefów wytwórni – da im nowe narzędzia analityczne – ale ich nie zastąpi. Tak długo, jak sztuczna inteligencja pozostaje narzędziem w rękach człowieka, wzbogaca proces decyzyjny. Problem zaczyna się wtedy, gdy zaczynamy oddawać decyzje maszynom. A w kulturze to byłoby szczególnie niebezpieczne, bo kultura buduje tożsamość, wpływa na innowacje i biznes – jej wyjałowienie przełożyłoby się na wiele obszarów wykraczających daleko poza sam rynek muzyczny.