Reklama

Żyję w przyszłości, jakiś rok do przodu

Filip Kozera, współzałożyciel Wordware
Filip Kozera, współzałożyciel Wordware / Fot. materiały prasowe
Startup z branży AI to duże wyceny, ale i ciągła presja, stres i wielkie oczekiwania. I w tej branży musisz lubić twardą grę. Ale to co pokażemy za kilka miesięcy, może zmienić reguły gry i zrobimy rundę przy ewaluacji miliard dolarów – zapowiada Filip Kozera, współzałożyciel Wordware.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 9/2025 (120)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Reklama

Skąd wziął się pomysł na Wordware?

Narodził się w saunie! A tak poważnie, wziął się z tego, że zorientowaliśmy się, że inżynierowie budują agentów za pomocą kodu, tymczasem osoby mające zajmować się ich iteracją – czyli wykorzystujący agentów w codziennej pracy – to ludzie z wiedzą specjalistyczną, lecz nie programistyczną. Zależało nam więc na tym, żeby szybko mogli je tworzyć oraz dopasowywać do własnych potrzeb właśnie ci, którzy programistami nie są.

Idea nowego języka programowania opartego na tym naturalnym?

Zdecydowanie! Wystartowaliśmy niedługo przed tym, kiedy zaczął się trend vibe codingu.

Czym jest vibe coding?

Dzięki niemu możesz dokonywać zmian w kodzie, np. komunikując się wyłącznie z modelem AI, czyli nie musisz być programistą, jednak wciąż musisz potrafić promptować. Ten trend z jednej strony trochę popsuł nam życie, z drugiej pokazał, że cel mamy słuszny.

Jak wspominasz początki Wordware?

Prawie cztery lata temu, w 2021 r., założyliśmy tę spółkę w dosyć specyficznym momencie, kiedy ja i Robert byliśmy nieco wypaleni deep techem – poprzedni startup Roberta został wchłonięty przez giganta, ja przeżywałem cięższy czas, o którym może później opowiem. Wspólnie założyliśmy spółkę, którą po roku spivotowaliśmy w kierunku obecnego Wordware,

Skąd decyzja o pivocie?

Potrzebowaliśmy misji, pracy nad rzeczami, które zmienią świat, mimo że to czasem trudniejsze, w końcu nie można sobie żyć na Bali i bootstrapować. Zwolniliśmy cały zespół, a następnie daliśmy sobie osiem miesięcy na eksperymentowanie. Gdyby nie nasza przyjaźń, nie wiem, w jakim miejscu bylibyśmy teraz.

I jak wyglądało te osiem miesięcy?

To był okres czasem niesamowitych, a czasem przedziwnych sytuacji. Kiedy pierwszy raz ogłosiliśmy, że pivotujemy, zadzwoniło do mnie dwóch naszych aniołów – ludzi, którzy zainwestowali w nas wcześnie, niskie kwoty ok. 15 tys. dol.! – z poleceniem oddania im pieniędzy. Że co my sobie w ogóle wyobrażamy, że zmieniamy strategię bez ich zgody?! Ile mieli, 0,1 proc. udziałów w firmie? Powiedziałem, że jeśli tylko będę miał taką możliwość, oddam im ten hajs z własnej kieszeni. Jeden z nich został na pokładzie, ale zapowiedziałem mu, że już nigdy nie będę go o niczym informował, nie będzie na żadnym spotkaniu z inwestorami. Ja miałem depresję, a on dzwonił i żądał zwrotu kasy... Co ciekawe, teraz chętnie chwali się naszą znajomością. Polski angel investing bywa koszmarny.

A venture capital?

Tu też nie jest świetnie. Od jednego z polskich vc usłyszałem: „Filip, wierzę w ciebie, czegokolwiek byś nie robił w AI, masz nas na pokładzie”. Poszedłem na spotkanie z gotowym demo, po czym fundusz stwierdził, że jednak nie jest zainteresowany inwestycją. Wygląda na to, że popełnił błąd, bo przy obecnej rundzie jego udziały warte byłyby kilkanaście razy więcej. Od tamtego czasu jestem raczej zawiedziony polskimi inwestorami, choć oczywiście wsparło nas kilku fajnych np. Innovation Nest, bracia Karwatka czy Bartek Pucek. Nie wiem, czy to zauważyliście, ale Karwatkowie i Bartek robią zdecydowanie lepsze deale niż rodzime VC-ki. Mają amerykańskie podejście, nie proszą o zestawienie finansów na etapie pre-seed, co jest absurdalne.

Mamy rozumieć, że nasze fundusze venture capital są słabe i w Polsce nie ma kultury angel investingu?

Kurde, patrzcie – dwie gorące polskie spółki AI: my oraz Eleven Labs. W Eleven nie ma żadnego funduszu z Polski, u nas jest jeden – Innovation Nest. Czyli w zasadzie obie przegapione. Z Matim dobrze się znamy, w przeszłości zakładaliśmy razem startup, więc pitchowałem Eleven Labs pewnemu polskiego funduszowi. Totalnie nie byli zainteresowani.

Jeszcze jeden przykład. Mój znajomy został kiedyś poproszony na imprezie przez przedstawiciela polskiego VC o podpisanie „safe’a” (SAFE to skrót od „Simple Agreement for Future Equity”, czyli Proste Porozumienie dotyczące Przyszłego Udziału w Kapitale – red.), uwaga! – na serwetce, przy wycenie spółki na parę milionów dolarów, co obecnie jest żartem, a nie wyceną. Przecież gdyby zrobił coś takiego w San Francisco, to zostałby wyśmiany.

Jak zmienić ten stan rzeczy?

Mam nadzieję, że on się zmieni, kiedy do Polski wrócą dobrzy przedsiębiorcy, rozwijający obecnie swoje projekty za granicą i otworzą niewielkie fundusze na 20-30 mln dol. To już się zresztą trochę dzieje – sam inwestuję w rodzime startupy, wiem, że Mati również. Obecnie większość VC-ków tworzą eksbankierzy, którzy mieli na tyle rozbudowaną sieć kontaktów, żeby zebrać pieniądze, mam jednak nadzieję, że jesteśmy na dobrej drodze.

To trochę zabawimy się w potencjalnych aniołów biznesu i podzielimy się wątpliwościami. Własnego agenta AI można już samemu, relatywnie łatwo, zbudować używając cursor czy nawet w loveable. To dla ciebie zagrożenie biznesowe czy źle rozumiemy wydarzenia?

Rozumiecie bardzo dobrze, ale nie czuję zagrożenia, ponieważ pracujemy obecnie nad bardzo dużym launchem produktowym – jego premiera w listopadzie – który ma szybciej wprowadzać ludzi do Wordware. Od dawna mówimy o demokratyzacji AI i to będzie właśnie jej urzeczywistnienie.

W jaki sposób?

Wordware jest obecnie miejscem, w którym ludzie mogą tworzyć bardziej deterministyczne algorytmy AI niż gdziekolwiek indziej.

Czyli jakie?

Jakby to porównać… Obecnie komunikowanie się z Wordware przypomina trochę bardzo dokładne polecenia w stylu: „Idź 24 kroki do przodu, później skręć w lewo. Po chwili zobaczysz drzwi – naciśnij klamkę, przejdź przez nie. Wejdziesz do gabinetu lekarza, powiedz mu, jak się czujesz”. My chcemy zrzucić całe myślenie o działaniu na agenta AI, żeby polecenie ograniczyło się do wpisania: „Idź do lekarza”. Z Wordware obecnie wiesz na pewno, do którego lekarza dojdzie ten AI, ale człowiek musiał tam dużo się napracować. Naszym celem jest sprawienie, żeby potrafił to robić każdy.Pojawił się niedawno trend – który staramy się mocno popychać do przodu – a więc background agents. Tacy agenci polegają na tym, że praca dzieje się w tle, a ty nie komunikujesz się wyłącznie z jednym „agentem”, tak jak teraz ma to miejsce chociażby w przypadku ChatGPT. Najlepsi współcześni programiści żyją trochę w przyszłości – chcemy wziąć ich idee i przenieść do codziennej pracy wszystkich użytkowników.

Jak pracują najlepsi programiści?

Ich praca polega na zatwierdzaniu zadań oraz braniu odpowiedzialności za pracę algorytmów. Każdy wybitny programista zarządza kilkoma agentami AI, którzy nieustannie wykonują za niego pracę. Największe koty IT to nie ci, którzy używają AI do pisania większości kodu, lecz ci zajmujący się zarządzaniem i najbardziej skomplikowanym kodem, z którym AI sobie jeszcze nie radzi. Moim zdaniem kolejny kamień milowy dla przedstawicieli osób pracujących w oparciu o wiedzę – czyli w zasadzie każdego z nas – będzie polegał właśnie na zarządzaniu agentami AI, bo to sprawi, że będziemy mieć więcej czasu na pracę kreatywną. Zobaczcie, jak wygląda obecnie nasza praca. Przychodzimy do biura, odpalamy maila i stajemy się czymś w rodzaju „human API”, łączącymi dane z kilkunastu różnych systemów. Niedawno przeczytałem, że typowy pracownik specjalistyczny dziennie przeskakuje ponad 1100 razy między poszczególnymi okienkami. Przerażające.Wiecie, jacy agenci AI są najpotężniejsi?

Jacy?

Najpotężniejszymi agentami nie są ci, którzy są najbardziej autonomiczni. Kiedy proszę sztuczną inteligencję, żeby odpisała na wszystkie moje maile, to nie chcę, żeby odpisała także na te, gdzie nie jest pewna odpowiedzi. Chcę, żeby przyszła do mnie i powiedziała: „zarchiwizowałam 15 e-maili – nimi się nie przejmuj, do tych czterech odbiorców napisałam drafty, ale musisz na nie spojrzeć i potwierdzić, a w przypadku tej wiadomości nie mam zielonego pojęcia, co się dzieje, więc odpisz sam”. Tak działają realni pracownicy, tak będziemy działać z AI. Nasz koncept opiera się na tym, żebyście mogli wykonać mnóstwo tej knowledge work w ciągu 10 minut, kiedy siedzicie na toalecie. Nazywamy to POOP Index: productivity optimisation on potty (śmiech).

Jak wygląda otoczenie biznesowe, w jakim się znajdujecie?

Najlepsze spółki AI osiągają miliardowe wyceny pokazując produkt, a następnie w ciągu 90-120 dni muszą dojść do 20-30 mln dol. ARR (ARR to Annual Recuring Return, czyli roczny przychód powtarzalny – red.). Oczekiwania wobec ARR niesamowicie wystrzeliły w górę.

Wobec was również?

Z aktualnym produktem – czyli infrastrukturą wordware – bardzo szybko osiągnęliśmy ponad milion dolarów ARR, a później on stale rósł. Teraz jesteśmy na etapie, że olaliśmy przychody, gdyż, jak wspomniałem, wprowadzimy zupełnie nowy produkt. Mam nadzieję, że po nim spełnimy oczekiwania inwestorów i na silnym ARR zrobimy rundę przy ewaluacji ponad miliard dolarów. No a później trzeba będzie utrzymać ten hype, wiele startupów pokazało, że da się to zrobić, co wcześniej nie było regułą, wręcz przeciwnie. W świecie sztucznej inteligencji wszystko dzieje się niezwykle dynamicznie, a człowiek chciałby czasem po prostu w spokoju budować firmę.

Rozumiemy, że to niemożliwe?

Founderzy zmagają się z ogromnym stresem, zmienia się paradygmat. Standardem stało się, że startupy robią pivoty dosyć późno – to rynkowa nowość, że pivotujesz działalność na pułapie 10 mln ARR, przykładem tutaj był Windsurf albo Manus. Doświadczasz ciągłych bodźców – a to oczekiwania inwestorów, a to potrzeby konsumentów.

Czujesz, że mnóstwo oczu jest zwróconych na Wordware?

W startupach standardem jest zjawisko „syndromu oszusta”. Wszyscy mówią, jak jest super, a mało kto, jak jest naprawdę.

Jak jest naprawdę?

Weźmy przykład Windsurfa, to coś, co mega utkwiło mi w głowie. Do foundera spółki w pewnym momencie przyszedł Sam Altman, twórca OpenAI i powiedział: „Jak się nam nie sprzedaż, to zjemy cię. Wszystko, co próbujesz robić, wkrótce wejdzie w nasz model”. Tak go wystraszyli, że OpenAI w końcu to przejęcie nie wyszło, najlepszych pracowników – wraz z CEO – zgarnął Google Deep Mind, a reszta startupu za psie pieniądze została sprzedana Cognition AI, twórcy modelu Devin, którego właściciele niedawno pozwalniali wszystkich ludzi z Windsurfa. Trzęsienie ziemi, które wydarzyło się w dwa tygodnie.

Nie boisz się, że z Wordware może być podobnie? Że w dwa tygodnie może się wszystko zmienić?

Mocno pracuję nad własnym podejściem, ale wydaje mi się, że to bardziej ekscytacja niż strach. W naszej branży musisz lubić twardą grę. Jeśli zapytalibyście mnie teraz o przyszłość sektora agentowej AI, to przewiduję, że najpierw nastąpi rozdrobnienie rynku, jednak ostatecznie on się mocno skonsoliduje. W pewnym momencie pewnie będziemy konkurować z OpenAI, na razie nie jestem na to gotowy, mimo, że pod pewnymi względami nasze technologie są podobne.

I naprawdę nie boisz się, że w pewnym momencie zadzwoni do ciebie Sam Altman i powie: „Zjem cię, zrobię taniej to samo co wy”? Trudno nam w to uwierzyć.

Tu chodzi o filozofię budowania firmy. Ja stawiam na mały zespół, rozwijanie startupu z przyjaciółmi, a więc z ludźmi, z którymi lubię spędzać czas. Niedawno otworzyliśmy nowe biuro – 100 metrów od plaży – z wielką sauną, setem do kitesurfingu, budując lifestyle pracowników na wiele lat, a nie tylko biznes. Jeśli codziennie myślałbym, że

OpenAI chce mnie pożreć, to chyba bym zwariował. Ktoś i tak na pewno będzie próbował mnie zjeść – zamiast o tym rozmyślać, wolę rozwijać fajną organizację, z ważną misją. Tworzyć produkt, który mnie jara.

Jakieś scenariusze jednak musisz zakładać, w końcu, jeśli okaże się, że Wordware osiągnął miliardową ewaluację, to od razu zrobi się jeszcze głośniej.

Pytanie, czy będziemy ją oficjalnie ogłaszać – ewaluacji przy okazji poprzedniej rundy nie komunikowaliśmy szeroko i była to w pełni świadoma decyzja.

Zdradzisz, ile wyniosła?

Mogę powiedzieć jedynie, że była naprawdę wysoka, a cała runda wydarzyła się dosyć szybko – przez miesiąc byliśmy najgorętszą spółką w Dolinie Krzemowej i nie ma w tym ani grama pustych przechwałek.

Jednak gdy rozmawialiśmy kilka miesięcy temu, przyznałeś, że chciałbyś możliwie dużo struktur Wordware przenieść do Polski.

Trochę te plany musieliśmy skorygować, gdyż – pomimo że Polacy są świetni – największy talent pracujący nad AI wciąż pozostaje w San Francisco. Mówiąc wprost: każdy, kto na serio chce rozwijać sztuczną inteligencję, przeprowadza się do Kalifornii. Gdybym poznał polski startup mówiący: „działamy z AI, ale nie chcemy się przeprowadzić”, w życiu bym w niego nie zainwestował. Choćby nie wiem, jak byli perspektywiczni. W San Francisco żyje się 12 miesięcy do przodu.

Decyzja o wstrzymaniu przenosin do Polski trochę przybiła mnie osobiście – mam tu rodzinę, wielu przyjaciół, łączenie tych dwóch światów jest trudne. Wiecie, nagle dla dzieciaków mojej siostry stałem się „wujkiem z Ameryki”, który przywozi zabawki, ale nie ma go na co dzień. Kocham ojczyznę, wiem, że ożenię się z Polką. Nigdy nie chodziłem na randki w Stanach, bo tu zupełnie inna kultura, nie do końca mi odpowiadająca.

Jesiennej premiery produktu, o której już wspomniałeś, nie udałoby się dowieźć spoza San Francisco?

Zdecydowanie nie.

Opowiesz o niej coś więcej?

Ludzki mózg pod pewnymi względami jest piękny, lecz pod innymi – mocno ograniczony. Tym, co najbardziej mi się w nim podoba, jest kreatywność oraz intuicja, z kolei od zawsze wkurzało mnie, że sporo jego mocy obliczeniowej zużywają obowiązki, które mogłaby wykonywać sztuczna inteligencja. Nasza sauna.ai będzie miejscem, gdzie przechowacie wszystkie swoje dane – ze Slacka, e-maila, Facebooka, zewsząd. Według naszego podejścia, każda z tych informacji będzie dokumentem, dzięki czemu agenci AI zyskają do nich ułatwiony, stały dostęp. Mówiąc wprost: tworzymy coś, co żyje.

W jaki sposób będziemy mogli użyć tych danych?

W jaki tylko będziecie chcieli. Na przykład możecie napisać polecenie: „w oparciu o książki o zarządzaniu napisane przez osoby, które podziwiam, powiedz mi, jak powinienem inaczej rozwiązać sytuację, z którą zetknąłem się na poprzednim spotkaniu i naucz mnie, jak być lepszym szefem”.

Przykład zastosowania z własnej codziennej pracy. Agent AI monitoruje wszystkie wiadomości na Slacku moich pracowników i codziennie dostaję raport o tym, co się istotnego wydarzyło wśród zespołu, o czym powinienem wiedzieć. Sztuczna inteligencja przekazuje: „Przygotowałam dla ciebie sześciominutowy podcast, a tutaj masz potencjalne problemy, ponieważ pracownik X użył biernej agresji wobec współpracowników”. Dla mnie, jako lidera, to kluczowa wiedza.

Już teraz zdarza się, że rozmawiam z agentem o ewentualnym zwolnieniu danego pracownika, ale nie na zasadzie, że pytam o to, czy pozbyć się osoby X. On sam nieustannie działa w tle i w pewnym momencie sam przychodzi do mnie z informacją: „słuchaj, jest taka sprawa, X nie performuje, może być problem”. I właśnie trochę o tym będzie sauna.ai. Mam wręcz plik automatycznie aktualizowany o wszystko, co dzieje się w moim życiu. Myślę, że gdybym poprosił teraz agenta o przygotowanie mojego profilu psychologicznego, to wyszłyby ciekawe rzeczy. Zresztą niedawno poprosiłem o to, by powiedział mi o mnie coś, czego sam nie wiem i z lekką dozą przerażenia przestałem czytać po kilku zdaniach...

Naprawdę, ta technologia ma tyle możliwych use case’ów, że to jest niesamowite. Tak właśnie wygląda magia horyzontalnych produktów AI. Niedługo będę mógł w zasadzie wszystko zdelegować na sztuczną inteligencję. Załóżmy, że ktoś chce mnie zaprosić na konferencję, na którą zupełnie mi nie po drodze – bo na jeden dzień, bo na drugim końcu świata. Mój asystent AI odpowie: „biorąc pod uwagę napięty grafik Filipa oraz inne zobowiązania, jego udział w wydarzeniu nie będzie możliwy”. Ja będę od dobrych wiadomości, sztuczna inteligencja od tych złych.

Ile będzie kosztować sauna.ai?

Na początku najprostszy plan to 40 dol. miesięcznie. Z czasem jednak, kiedy firmy powszechnie zaczną patrzeć na agentów AI jak na normalnych pracowników, zapewne będą rosnąć również koszty tego typu narzędzi.

Co z bezpieczeństwem danych?

Dobre pytanie. Macie włączony timeline na Google Maps?

Tak.

Dlaczego?

Lubimy czasem popatrzyć, gdzie byliśmy w danym miesiącu.

No właśnie. Ludzie nie przejmują się prywatnością, kiedy dostają jakieś benefity. Niemniej bardzo dużo myślimy o tym zagadnieniu, chcemy jak najlepiej ochraniać naszych klientów. To jednak nie jest łatwe.

Nim ruszyłeś z Wordware, rozwijałeś kilka projektów, trochę szukałeś własnej ścieżki. Jesteś zdania, że każda porażka jest lekcją czy czasem się po prostu nie udaje?

Odpowiem tak: jest jeden błąd, którego gdybym nie popełnił, byłbym z całą pewnością lepszym człowiekiem. Kończąc studia na Cambridge, pracowałem nad modelami LSTM będącymi prekursorem architektury, na których zbudowany jest każdy obecny duży model językowy. Wyspecjalizowałem się w tym, a moja pierwsza firma opierała się na GPT-2 oraz BERT. Bardzo szybko wszedłem w ekosystem – z perspektywy czasu uważam, że za szybko – ponadto tkwiłem kilka lat w toksycznej relacji z poprzednim co-founderem.

W jakim sensie?

Zebraliśmy najpierw dwa, a później jeszcze 5 mln dol. rundy, udziałami podzieliliśmy się po połowie, a jednak bez przerwy wyrażał wątpliwości wobec większości moich działań i decyzji, co wpłynęło na fakt, że przestałem być najlepszą wersją siebie. Miałem 22 lata, nigdy nie pracowałem dla kogokolwiek i nagle pojawił się ktoś nieco starszy, kto nieustannie mnie krytykował. Sporo czasu zajęło mi ponowne uwierzenie w siebie. Naprawdę, dobranie idealnego co-foundera to jest kluczowe wyzwanie. Kiedy słyszę, że ktoś się poznał ze swoim co-founderem dwa miesiące przed założeniem spółki, to autentycznie włącza mi się coś na kształt PTSD. Takie inicjatywy od początku będą miały pod górkę.

Teraz dobrałeś idealnie?

Tak, z Robertem znamy się od 11 lat. Oczywiście nie jest wyłącznie różowo – to trochę jak w małżeństwie, że czasem jest wielka miłość, a czasem konieczność pójścia na terapię – jednak zawsze możemy na siebie liczyć. Na przykład teraz jestem dłuższy okres w Polsce, bo tego potrzebowałem i Robert wziął na siebie naprawdę mnóstwo obowiązków. Mamy absolutnie wyjątkowy co-founder market fit.

W startupach popularne jest hasło bus test - jeśli jednego z co-founderów potrąci autobus, czy spółka przetrwa. Jak jest u was?

Na wczesnym etapie rozwoju trudno mówić o zdaniu bus testu. Teraz nie wyobrażam sobie wordware bez Roberta i myślę, że on to samo powiedziałby o mnie.

Twoi rodzice mają własną firmę, siostra z powodzeniem rozwija startup. Czy dorastając w takiej rodzinie, dało się w ogóle skończyć inaczej niż w biznesie?

Gdybym miał zdrowszy umysł, to pewnie nie rozwijałbym startupów, ale potrzeba adrenaliny i rywalizacji jest zbyt uzależniająca. Druga część mnie chciałaby wskoczyć na jacht i po prostu ruszyć w świat, mam jeszcze jednak zbyt dużo do udowodnienia.

Co więc jest twoim końcowym celem?

Nie mam takiego. W Wordware nie nakreśliliśmy nawet strategii exitu. Naszym celem jest pracowanie nad fajnymi rzeczami i zmienianie świata w taki sposób, jak my go widzimy. Jednocześnie chciałbym zbudować takie środowisko pracy, które w niedalekiej przyszłości pozwoliłoby mi również na założenie rodziny – daję sobie na to cztery, pięć lat.

Elementem takiego podejścia jest wiara w secondaries, co nie jest jeszcze zbyt popularne (tzw. secondaries to przypadek w którym dotychczasowi udziałowcy sprzedają swoje akcje, a nie emitują nowe – red.). Przy okazji kolejnej rundy, planuję zaoferować secondaries wszystkim pracownikom. Nie chcę, żeby ludzie myśleli wyłącznie o IPO, ale żeby w spokoju robili swoje. Poza tym dla topowych talentów pieniądze mają coraz mniejsze znaczenie, bo jeśli jesteś specjalistą od AI, to na razie nie zabraknie ci kasy.

Coraz głośniej o transferach między największymi graczami, którzy wykupują fachowców za kwoty godne gwiazd piłki nożnej.

A ja nie wiem, czy bym się zgodził – przy założeniu, że byłbym topowym researcherem z OpenAI - gdyby np. Meta chciała mnie wykupić za 100 mln dol. Przenosisz się do zupełnie innego środowiska, są wobec ciebie ogromne oczekiwania i jest powód, dla którego to jest 100 mln dol. – bo Meta jest grubo do tyłu.

Kiedyś firmy chwaliły się tym, ilu pracowników zatrudniały, tymczasem obecnie możesz robić imponujący ARR kilkunastoosobowym zespołem. To jeszcze nie jest ten czas, jednak nie wykluczam w przyszłości przenosin części struktur Wordware do Europy. Może nie od razu do Polski – pewnie wcześniej np. Londyn – ale jednak. Życie w Europie jest super, w USA jest dużo udawania.

Zastanawiałeś się czasem, co by było, gdyby Wordware nie okazał się strzałem w dziesiątkę?

Szukałbym dla siebie innego projektu. Siedzę w świecie startupowym od wielu lat i trochę mam przekonanie, że każdemu się w końcu udaje, pod warunkiem, że masz odpowiednią dozę determinacji. Co istotne, konieczne jest dbanie o siebie, gdyż stres niebywale odbija się na zdrowiu. Albo bym uciekł na rok, dwa lata i zająłbym się innymi pasjami: żeglarstwem, freedivingiem, wspinaczką wysokogórską. Nie jestem jednak przekonany, czy bym tyle wytrzymał, bo pewnie szybko wróciłbym do wyzwań związanych z AI. Jest to cholernie ekscytujący czas - świat oraz przyszłość ludzkości zmieniają się naprawdę szybko.

Wróciłeś niedawno z kilkudniowego festiwalu. Sprawdzałeś w tym czasie e-maila?

Nie, mam od tego agenta AI. Gdyby wydarzyło się coś superistotnego, wymagającego nagłej reakcji, z pewnością znalazłby sposób, żeby mnie o tym powiadomić.

Też chcemy takiego agenta.

Zapiszcie się na listę na sauna.ai. Zaczynamy onboardować ludzi już teraz, tylko główny launch jest w listopadzie. Obecnie pracujemy z użytkownikami, ucząc się do czego jest zdolne AI. 

My Company Polska wydanie 9/2025 (120)

Więcej możesz przeczytać w 9/2025 (120) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

Reklama

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Reklama
Reklama