Nówka sztuka. Felieton Igora Zalewskiego

fot. materiały prasowe fot. materiały prasowe
Ostatnio, w wyniku niezbyt szczęśliwego zbiegu okoliczności, zwiedziłem lotnisko Tegel w Berlinie. Byliście? Jeśli nie, to koniecznie powinniście je odwiedzić.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 2/2020 (53)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Jest to główne lotnisko stolicy Niemiec.  I dziwne, że Angela Merkel nie zapada się pod ziemię ze wstydu, że coś takiego jest wizytówką jej miasta. Tegel jest anachroniczne i zapuszczone. Toalety – dziwne, ale prawdziwe – bywają zasikane. Jest ciasno ze względu na staromodny układ, którego się już nie stosuje. Nie jest to miejsce lśniące czystością, nie jest też przesadnie funkcjonalne. Szczerze mówiąc, znacznie nowocześniejsze, a przede wszystkim, czystsze lotniska, widziałem w Kazachstanie czy Kambodży.

No właśnie. Tegel jest stare. W 2012 r. miało być zastąpione przez nowiuteńki port lotniczy. Mamy jednak 2020 r., a nowego lotniska wciąż nie otwarto i nie bardzo wiadomo, kiedy to nastąpi. Zupełnie jak w Polsce lat 90., a nie Niemczech XXI w.

Zostawmy jednak Niemcy w spokoju. Tegel uświadomiło mi jednak jedną całkiem sympatyczną rzecz. Że Polska lśni nowością. 

Za sprawa wejścia do Unii Europejskiej w 2004 r. oraz boomu gospodarczego w naszym kraju wybudowano lub zmodernizowano wiele obiektów, które w efekcie są troszkę jak nowiuteńki smartfon wyjęty z fabrycznego opakowania. Nie mają zadrapań, śladów zużycia, odprysków i pęknięć. Są nowe. Wszystko jest świeże. Dopiero oddane. Przed chwilą sprowadzone. Dopiero co kupione. Dla milenialsa to pewnie oczywista oczywistość, ale ja pamiętam infrastrukturę PRL-u i zgrzebnych lat 90. Kiedy wszystko się rozlatywało i zalatywało prastarym moczem z czasów późnego Gomułki.

Jako student dojeżdżałem np. pociągami podmiejskimi z Otwocka do Warszawy. To była pierwsza w Polsce linia elektryczna i niektóre pociągi wyglądały tak, jakby pamiętały 1938 r. Jedynym elementem nowoczesności były brzydkie graffiti, którymi zasprejowane były całe pociągi. Na zapyziałych stacjach łatwiej było dostać w mordę niż kupić bilet. Niedawno jechałem znowu tą trasą i miałem poczucie jakbym przesiadł się z filmu Krzysztofa Kieślowskiego do kolorowej reklamy banku. Zniknęło graffiti, pocięte siedzenia i chłoporobotnicy grzmocący wódę w drodze do domu. Wszystko działało i było nowe.

Europa panie. Ale właśnie… nie do końca. Bo ta Europa była świeża i nowiutka parę dekad temu, a teraz to różnie bywa. Dwa lata temu jechałem podmiejską kolejką z Neapolu do Pompejów i skład zdecydowanie próbował się dopasować do antycznego klimatu Italii. Wagony ledwo zipały i grasowali w nich kieszonkowcy. Jakiś Brytol nawet szarpał się z jednym, twierdząc, że próbowano go okraść. To było dość ponure.

Ale południe Włoch jest specyficzne, ktoś powie. No dobra, dopiero co jechałem pociągiem InterCity relacji Amsterdam–Bruksela. Kieszonkowców nie było, ale nie było też miejscówek (spora grupa pasażerów stała), a pociąg najlepsze lata miał już za sobą. Choć bilet był drogi jak cholera. Jak wszystko w Beneluksie.

Pragnę być dobrze zrozumiany. Nie twierdzę, że przegoniliśmy Zachód, bo to byłoby śmieszne. Jesteśmy i jeszcze długo będziemy ubożsi. Chodzi mi o to, że mamy wyjątkowe szczęście żyć w momencie, kiedy na ogromną, niewyobrażalną wręcz skalę w Polsce stara infrastruktura zostaje zastępowana przez nową. Za 20  lat ona też się rozklekocze, a może nawet będzie zalatywała brzydkim zapaszkiem. Ale teraz lśni i pachnie nowością. Jak ten smartfon dopiero co wyjęty z opakowania. Cieszmy się tym.

My Company Polska wydanie 2/2020 (53)

Więcej możesz przeczytać w 2/2020 (53) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY