Kopernik kontra inflacja

Wojciech Orliński
Wojciech Orliński, fot. Albert Zawada
Mikołaj Kopernik z całym przekonaniem twierdził, że inflacja jest szkodliwa. Niestety, całkowicie go zlekceważono – mówi Wojciech Orliński, dziennikarz, publicysta i pisarz, autor biograficznej książki „Kopernik. Rewolucje”.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 1/2023 (88)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Gdyby Mikołaj Kopernik został dziś powołany do Rady Polityki Pieniężnej, bliżej by mu było do prezesa Glapińskiego czy prof. Joanny Tyrowicz?

Przyznam, że niezbyt się orientuję w tych współczesnych podziałach na gołębi i jastrzębi. Nie mam jednak wątpliwości, że Kopernik byłby zdecydowanym przeciwnikiem inflacji. 

Czyli liberał?

Pod tym względem tak. Ale pod innym socjalista. Opowiadał się przecież za gospodarką nakazowo-rozdzielczą, w której mądra władza ustala sztywne ceny i z góry ocenia, jakie będzie zapotrzebowanie poddanych na dany towar.  

To chyba na dzisiejszej scenie politycznej by się nie odnalazł.

Rzeczywiście, jego sposób patrzenia na gospodarkę wymyka się współczesnym kategoriom ideowym, choć wówczas był pełnokrwistym politykiem.

Ekonomistą też?

Paradoks polega na tym, że w dziedzinie astronomii był genialnym dzieckiem swoich czasów. Pomysły, że Ziemia nie jest centrum wszechświata, tu i ówdzie się już wtedy pojawiały. Tymczasem jako ekonomista zbyt mocno wyprzedził swoją epokę. Przez to kompletnie nie został zrozumiany.

Co było tak rewolucyjnego w jego myśleniu ekonomicznym?

Z całym przekonaniem twierdził, że na dłuższą metę inflacja jest szkodliwa. I że w związku z tym należy dbać o jakość pieniądza. Oczywiście, nie używał przy tym słowa „inflacja”, które powstało dużo później.

I to było dla współczesnych tak szokujące?

Owszem. Zlekceważono go całkowicie, co było o tyle łatwe, że Polska przeżywała wtedy boom gospodarczy. A w warunkach prosperity niechętnie słucha się reformatorów, którzy marudzą, że coś w gospodarce jest nie tak. W efekcie owoce ówczesnego rozwoju gospodarczego zostały zmarnowane.

Ta zasada akurat przetrwała do dzisiejszych czasów.

Niestety. W związku z tą zasadą trwało radosne psucie pieniądza, bo kto bogatemu zabroni. W efekcie 100 lat później kasa państwa zaczęła świecić pustkami i nie było nas stać na prowadzenie kolejnych wojen. Zaczął się powolny upadek państwa.

A gdyby posłuchano Kopernika?

Być może historia Rzeczypospolitej potoczyłaby się inaczej. Pamiętajmy jednak, że to są czasy początków ekonomii. Refleksja, dlaczego jedne narody rozkwitają bogactwem, a inne przymierają głodem, dopiero się rodzi. 

Kopernik rozumiał z tego więcej niż współcześni?

Był pionierem matematycznego podejścia do ekonomii, analogicznie, jak przykładał narzędzia matematyczne do astronomii. Tyle że w przypadku astronomii odniósł sukces, a ekonomii nie. W zasadzie sztuka ta udała się dopiero żyjącemu w XVIII w. Adamowi Smithowi. 

Na czym to matematyczne podejście polegało?

Kopernik marzył o ekonomii, w której pieniądz byłby wartością absolutną tak jak jednostki miar czy wag. Uważał, że denar albo szeling powinien mieć status taki jak dziś kilogram czy metr. A więc mieć trwałą i niezmienną wartość, którą należy ustalić i kropka. Zadawał też sobie pytanie, z czego się bierze recesja. 

Jak na nie odpowiadał?

Zasadniczo, zgodnie z duchem czasów, twierdził, że spowolnienie gospodarcze bierze się z lenistwa ludzi. Jednocześnie stać go było na nowatorską refleksję, że przyczyną tego lenistwa jest inflacja. Kiedy człowiek się zorientuje, że za dwa dukaty może dziś kupić mniej towaru niż przed rokiem, to odechciewa mu się za te dwa dukaty pracować. 

I to było takie rewolucyjne?

Proszę sobie wyobrazić, że tak. Z Kopernikiem mocno wtedy polemizował Justus Decjusz, minister finansów Zygmunta Starego. Mówiąc współczesnymi kategoriami, Decjusz uważał, że w inflacji nie ma niczego złego. Gdy państwo naprodukuje pieniądze bez pokrycia, to się na tym wzbogaci, a obywatele na tym nie stracą. 

Jeszcze niedawno wielu polskich polityków i ekonomistów mówiło podobnie.

Nie muszę dodawać, że zwyciężyła opcja Decjusza. Niestety, zarówno wtedy, jak i dziś decydentami najczęściej bywają ludzie oderwani od codzienności.

Decjusz był oderwany?

To był bogacz, wystarczy popatrzeć na istniejącą do dziś Willę Decjusza, renesansowy pałac na krakowskiej Woli Justowskiej. Spadająca siła nabywcza pieniądza z całą pewnością nie spędzała mu snu z powiek. Myślę, że prof. Glapińskiemu dzisiaj też raczej nie spędza. No bo kiedy ostatni raz prezes NBP robił zakupy w hipermarkecie? Czy odczuwa na własnej skórze podwyżki cen żywności? Tymczasem Kopernik znał życie zwykłych ludzi. W młodości pomagał przecież w interesach ojcu i na własne oczy widział, jak kupcy segregują pieniądze, dzieląc je na lepsze i gorsze. Później, już jako administrator i wizytator dóbr kapituły warmińskiej, bezpośrednio nadzorował pracę piekarzy, piwowarów czy rzeźników. Pobierając od nich pieniądze, nieraz słuchał ich narzekań, dzięki czemu znał bolączki zwykłych ludzi. 

Użył pan określenia „psucie pieniądza”. Co to oznaczało?

To były czasy pieniądza kruszcowego. Teoretycznie moneta była warta tyle, ile kruszec, z którego została wykonana. Ta wartość była wybita na awersie i poświadczona wizerunkiem miejscowego króla, cesarza czy księcia. 

Dlaczego „teoretycznie”.

Politycy do dziś mają tendencję do tego, żeby „drukować puste pieniądze”. Wtedy nazywało się to psuciem monety. Po prostu wykonywało się ją z mniejszej ilości srebra, niż wynikało to z wybitego na niej nominału.  

To było legalne?

W zasadzie tak. Po pierwsze, nie było wtedy znormalizowanych jednostek miar i wag, każde miasto miało swój wzorzec łokcia, stopy czy funta. Po drugie, prawo do bicia monety nie było zarezerwowane dla jednej, centralnej instytucji. Obok króla, taki przywilej miały np. większe miasta. W należących do Polski Prusach Królewskich, na terenie których działał Kopernik, były to Gdańsk, Toruń i Elbląg. Oprócz tego przywilej bicia monety miał rezydujący w Królewcu wielki mistrz krzyżacki. Był on władcą Prus Zakonnych, odrębnego państwa, które jednak było lennem króla Polski.

Mamy więc cztery miasta, które mogą bić monetę.

I z punktu widzenia władców tych miast bicie gorszej monety wydawało się złotym interesem. Łatwym sposobem na wzbogacenie się, napełnienie miejskiego skarbca. Rozumowano w prosty, choć trochę prostacki sposób: jak wybijemy więcej monet, wszyscy będziemy bogatsi.

A Kopernik mówił, że to droga donikąd.

Tłumaczył, że gorszy pieniądz wypiera z obiegu pieniądz lepszy, co dziś w Polsce nazywane jest „Prawem Kopernika”, a na Zachodzie – niestety – „Prawem Greshama”. 

Skąd ta różnica w nomenklaturze?

Ach, proszę pana, gdy o tym myślę, to skacze mi ciśnienie. Przecież to jest skandal! Kopernik opublikował swoje twierdzenie w 1517 r., czyli wtedy, gdy Thomas Gresham miał pięć lat! Później wielokrotnie wygłaszał swoje tezy publicznie, bronił jej na forach polskiego i pruskiego parlamentu. A Gresham? Tę samą tezę zawarł wiele lat później w prywatnym liście do angielskiej królowej Elżbiety I. Pierwszeństwo Kopernika jest więc oczywiste, co jako patriota, podkreślam zarówno w książce, jak i tutaj. 

Wróćmy do samej treści prawa. Kopernik nie przekonał do swojej tezy współczesnych?

Niestety nie. Justus Decjusz, minister finansów króla Zygmunta Starego, uważał, że na jakiś czas monetę można zepsuć, trochę na tym zarobić, a potem wrócić do dobrej. Wierzył, że ostatecznie lepszy pieniądz wygra, trochę tak jak dziś nowszy model smartfona wypiera starszy. Oczywiście życie przyznało rację Kopernikowi. Miasta ochoczo biły gorsze monety, bo na tym zarabiały. W przypadku Królewca dochodziły względy polityczne – było to miasto krzyżackie, wrogo nastawione do polskiego Gdańska, Elbląga i Torunia. Wielki mistrz celowo psuł szelinga, przez co w Polsce szalała inflacja. Jakieś 100 lat po Koperniku powstanie zresztą znane do dziś określenie „znać, jak zły szeląg”. 

Mamy więc sytuację, w której na tym samym terenie funkcjonują różne szelingi – jedne bardziej wartościowe, inne mniej. Co to powoduje?

Gospodarczy koszmar. Szeling królewiecki był gorszy niż np. gdański, w dodatku nie było wiadomo, ile będzie wart za rok. To rodziło ekonomiczną niepewność, odstraszało od robienia biznesów, zwłaszcza długookresowych. Niejeden piwowar myślał sobie: „nastawię dziś piwo, ale sprzedam je dopiero za pół roku. Nie mam pojęcia, ile na nim zarobię, więc chrzanię taki interes”. I przestawiał się na pasywny dochód, np. wynajem nieruchomości.

Co proponował Kopernik?

Chciał, by na sztywno, w proporcji 3:1, związać kurs bitych w Prusach szelągów z polskim groszem, uniemożliwiając w ten sposób miastom manipulacje kursowe. Z punktu widzenia finansów Rzeczypospolitej było to racjonalne. Z perspektywy miast była to wizja oznaczająca utratę znacznych dochodów. Nic dziwnego, że przedstawiciele miast zwalczali Kopernika.

Jak?

Czasami dość brutalnie. W 1531 r. elblążanie, którzy go za ekonomiczne pomysły szczególnie nienawidzili, wystawili np. bachanalium, czyli rodzaj satyrycznego przedstawienia karnawałowego. Mieszczanie sparodiowali w nim wiele postaci życia publicznego, m.in. warmińskiego biskupa Maurycego Ferbera i kilku kanoników. Kopernik został tam przedstawiony jako śmieszny, trochę zdziwaczały i oderwany od ziemskich spraw astrolog. Tak bardzo zapatrzony w gwiazdy, że niemający pojęcia o życiu.

Skąd wiemy o tym przedstawieniu?

Z listów bp. Ferbera, który ostro protestował przeciwko treści inscenizacji. Domagał się zdecydowanej reakcji miejskich władz. 

Coś wskórał?

Zupełnie nic. Miasta hanzeatyckie cieszyły się wtedy dużą autonomią, rządziły się prawie tak, jakby były niezależnymi republikami. Burmistrz Elbląga ściemniał więc biskupowi, że „wszelkie podobieństwo do zdarzeń i osób jest przypadkowe”. Gdy biskup się upierał, tłumaczono, że aktorzy byli w przebraniach i nie sposób ustalić ich personaliów. Wszystko, rzecz jasna, stanowiło grę pozorów. Oczywiście, nie wszyscy się z Kopernika-ekonomisty śmiali tak prymitywnie, jak elblążanie. Uczciwie trzeba przyznać, że oryginał jego rozważań dotyczących pieniądza odnaleziono już w XX w. w archiwum gdańskiego ratusza. A więc miejscy włodarze zaprosili go do siebie i go wysłuchali. Finał był jednak taki, że ekonomicznych teorii Kopernika w życie nigdy nie wprowadzono. 

My Company Polska wydanie 1/2023 (88)

Więcej możesz przeczytać w 1/2023 (88) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY