Hip-hop wchłonął pop

Fot.Filip Miller Fot.Filip Miller
66
Schemat na zarobek w polskim rapie jest bardzo prosty: przychody z twórczości danego artysty muszą być większe niż poniesione koszty. To oznacza, że możesz zarobić na płycie, której sprzedało się zaledwie 500 sztuk, a możesz stracić na albumie sprzedanym w nakładzie 15 tys. – mówi Marcin „Tytus” Grabski, prezes zarządu Asfalt Records.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 3/2020 (54)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Wcale nie tak dawno Asfalt Records obchodził 20. urodziny. Sto lat!

TYTUS: Dziękuję. Wytwórnia rozwinęła się z mojej aktywności dziennikarskiej – pierwotnie zajmowałem się hip-hopem czysto z zamiłowania, a powstanie wytwórni nie było działaniem planu biznesowego. Kiedy zaczynałem działalność, hip-hop nie był jeszcze tak popularną muzyką jak współcześnie.

Planowałeś tak duży sukces? 

Absolutnie się go nie spodziewałem! Tym bardziej że profil muzyczny Asfalt Records był od zawsze trochę z boku tego, co dzieje się w głównym nurcie. Artyści, których promowaliśmy i promujemy – tacy jak Fisz, Łona czy O.S.T.R. – to twórcy prezentujący muzykę dla wymagającego słuchacza. W rapie, jak w każdej muzycznej gałęzi w Polsce, do głosu dochodzą rozmaite projekty. O Asfalt Records mówiono swego czasu jako o „inteligentnym hip-hopie”. Termin trochę śmieszny, ale w dużym uproszczeniu oddaje to, czym od 20 lat się zajmujemy. Stawiamy na jakość, nie na ilość, w życiu kieruję się intuicją i spontanicznością, które pozwalają mi podążać w kierunku takich wartości.

Z jakimi trudnościami biznesowymi zmagałeś się na początku kariery wydawniczej?

Na działalność gospodarczą nigdy, na szczęście, nie musiałem brać kredytów. Miałem dość łatwy start, ponieważ – jeszcze jako student – prowadziłem wspierany przez rodziców punkt poligraficzny na wydziale prawa Uniwersytetu Warszawskiego, więc miałem jakiś tam budżet. Potem stosunkowo szybko zacząłem czerpać zyski z działalności wydawniczej samej wytwórni. Początków nie wspominam jako trudnych, zwłaszcza że w tamtych czasach prowadzenie wytwórni i promowanie artystów nie wymagało takich pieniędzy jak współcześnie.

Nie wymagało?

Praktycznie nie istniała scena teledyskowa, a informacje o artystach rozchodziły się samoistnie. Bardzo duże znaczenie miała sama muzyka, twórców było znacznie mniej. Łatwiej było się przebić, a hip-hop stanowił ciekawostkę, słuchacze ze zniecierpliwieniem czekali na kolejne płyty.

Internet zmienił sposób funkcjonowania wytwórni płytowych?

Tak, choć należy powiedzieć, że dużo zrobił wzrost zainteresowania samym hip-hopem. Liczba słuchaczy tego gatunku rośnie z roku na rok w postępie logarytmicznym, co spowodowało, że rap – z półhobbistycznego zajęcia – stał się czymś całkowicie zawodowym.

Z czego wynika ten wzrost popularności hip-hopu?

Jesteśmy chyba pionierem w Europie jeśli chodzi o popularność rapu. Wystarczy spojrzeć na listy sprzedażowe, gdzie – z wyjątkiem Dawida Podsiadło i składanek – króluje właśnie hip-hop. Na przykład w Niemczech, gdzie podobna fala miała miejsce mniej więcej na początku milenium, to zainteresowanie rapem już wygasło, nie jest aż tak intensywne. Hip-hop od zawsze był czymś nowym, nieznanym. Tak jak swego czasu młodzi ludzie zachwycali się punk rockiem czy muzyką elektroniczną, tak później pokochali hip-hop. Warto jednak wspomnieć, że w przypadku rapu mamy do czynienia z wyjątkowo liczną grupą twórców, bo – technicznie – stosunkowo łatwo tworzyć muzykę hiphopową. Nie potrzebujesz wykształcenia muzycznego, nie musisz grać na żadnym instrumencie. Doszło do tego, że hip-hop wchłonął pop, bo dziś w Polsce i na świecie artystów popowych, którzy stronią od hip-hopu praktycznie nie ma. Jeszcze w latach 90. było mnóstwo zespołów popowo-rockowych, chociażby U2. Teraz twórcy największych hitów wywodzą się ze środowiska R’n’B, nawet artyści typowo rockowi sięgają w swojej twórczości po elementy czysto hiphopowe. W Polsce świetnym przykładem mojej tezy jest Taco Hemingway, który trafił swoją twórczością również do słuchaczy, którzy za fanów hip-hopu się nie uważają.

Na przykład do odbiorców radiowej „Trójki”.

Tutaj bym się kłócił, bo „Trójka” jest jednak ostatnim bastionem mocno broniącym się przed hip-hopem. Niewiele utworów rapowych trafiło na dzienną playlistę tej stacji. Hip-hop jest tam grany jako ciekawostka, coś specjalnego.

A jednak „Sanatorium” Taco po raz pierwszy usłyszałem właśnie w „Trójce”.

W gestii wizerunku artysty jest udostępnianie swojej twórczości wszędzie tam, gdzie nie będzie to uznane za obciach. Pamiętajmy, że jakość i image muszą iść ze sobą w parze, bo możesz być bardzo zdolnym muzykiem, ale bez odpowiedniego wizerunku nic nie osiągniesz. Show biznes jest o tyle specyficzny, że możesz stosować się do wszelkich zasad i reguł, a i tak nie zdobyć chwały. To nie nauka ścisła, dużo zależy od różnych czynników, do końca nieprzewidywalnych. Wiesz, ludzie wiedzą, że coś lubią, stają się fanami danego artysty, dopiero gdy to coś się wydarzy, zadzieje. Wtedy wiedzą, że tego im brakowało, natomiast trudno przewidzieć ludzkie gusta.

Stąd tak częste nieoczekiwane kariery?

One mają związek z wizerunkiem i muzyką, choć nie zawsze, bo czasami nawet artysta z kiepską twórczością, kiepskim imagem osiągnie ogromny sukces. Z resztą uwielbiam pracować z ludźmi, którzy mają na siebie jakiś pomysł. Artysta o ukształtowanej wizji samego siebie jest łatwiejszy we współpracy.

Dlaczego?

Bo mówimy tym samym językiem. On wie, że na scenie za każdym razem nie możesz być kimś innym, ani nie możesz tego zostawić losowi. Możesz się nie podobać, ale musisz być jakiś.

Co się Asfalt Records przez ostatnie dwadzieścia kilka lat udało najlepiej?

Udało nam się przetrwać. Wypromowaliśmy i wprowadziliśmy do rodzimej fonografii kilka bardzo ważnych nazwisk, przede wszystkim O.S.T.R., a więc – w moim odczuciu – najlepszego polskiego rapera. To artysta, który spotkał się z uznaniem m.in. Czesława Niemena, Michała Urbaniaka czy Zbigniewa Hołdysa. Nie mniejsze uznanie przyniosły nam kariery Taco Hemingwaya, Łony czy braci Waglewskich (Fisz i Emade). Cieszę się, że ci wszyscy twórcy debiutowali w naszej wytwórni, to coś, czym wzbogaciliśmy polską kulturę, muzykę rozrywkową.

W dzisiejszych czasach samo przetrwanie wytwórni przez 20 lat jest sukcesem?

To na pewno świadczy o tym, że ona jest prowadzona dobrze. I miała dużo szczęścia, bo to branża raczej niepewna, szczególnie w momencie tzw. kryzysu internetowego, kiedy sprzedaż kompaktów znacznie spadła i wciąż spada. Wytwórnie musiały przestawić się na inne źródła monetyzacji, co było dosyć trudne. Wartość wielkich zagranicznych wytwórni znacznie spadła, a polskie przedsiębiorstwa często bankrutowały.

Nie wierzę, że wszystko wam się do tej pory udawało. Tak to brzmi.

Oczywiście, że mamy kilka projektów, które nie wypaliły, pomimo zainwestowanych pieniędzy i włożonego ogromu pracy. Nie chcę ich wymieniać, bo to w jakiś sposób deprecjonujące dla artystów, wciąż mniej lub bardziej aktywnych na rynku. Jeśli wytwórnia istnieje i zarabia to świadczy to o tym, że porażki nie miały większego wpływu.

Wojtek Sokół przyznał ostatnio w „Business Insiderze”, że na jednej transakcji, ze względu na zmianę kursu walut, stracił mnóstwo pieniędzy.

U nas też się zdarzają podobne momenty, ale w przeciwieństwie do Sokoła nie będę tak szczery i nie zamierzam zdradzać szczegółów. Rozumiem, że Wojtek o tym powiedział, bo wyciągnął z tego wnioski i później takie momenty się u niego nie pojawiły. W firmie raz jest pod górkę, a raz z górki. Na pewno dużą wartością Asfalt Records jest stała współpraca z O.S.T.R., który jest wobec nas śmiertelnie lojalny. Dzięki niemu aż takich problemów, jak miał Sokół z fakturami, mogliśmy sobie oszczędzić.

Tytus to dziś wydawca, przedsiębiorca czy specjalista od wizerunku?

Po trochu każda z tych postaci. W listopadzie zeszłego roku otworzyliśmy kawiarnię Asfalt Coffee & Vinyl, więc weszliśmy także do branży gastronomicznej. Często też doradzam artystom niezwiązanym kontraktami z Asfalt Records. 

Jak łączyć te wszystkie role?

One łączą się ze sobą w naturalny sposób, bo ich wspólnym mianownikiem jest muzyka. Schemat na zarobek w polskim rapie jest bardzo prosty: przychody z twórczości danego artysty muszą być większe niż poniesione koszty. To oznacza, że możesz zarobić na płycie, której sprzedało się zaledwie 500 sztuk, a możesz stracić na albumie sprzedanym w nakładzie 15 tys. egzemplarzy. Są na przykład wytwórnie, które utrzymują się ze sprzedaży odzieży, a muzyka krąży dookoła jako element wizerunkowy dla działalności tekstylnej. Są też wytwórnie zarabiające na sprzedaży muzyki, a poboczne działania stanowią jedynie dodatek.

Jak to wygląda w Asfalt Records?

Jestem bardzo zadowolony, bo każda z naszych działalności składa się na ogólny przychód Asfaltu. Dywersyfikacja jest bezpieczna dla firmy. Staramy się dobrze dbać o każdą płaszczyznę, choć różnie to wychodzi, bo jedne rozwiązania sprawdzają się lepiej niż innym. Przykładem są ubrania, których sprzedaż nie wychodzi nam tak dobrze jak innym inwestorom.

Dlaczego?

Bo nasz słuchacz jest z definicji nieco starszy, niekupujący ubrań typu „merch”. Inaczej to wygląda w przypadku wytwórni cieszących się zainteresowaniem młodszej grupy, 13– 18 lat, bo tam działka odzieżowa się dużo lepiej sprawdza. Wiele zależy od tego, jak długo się coś robi, jaką markę udało się wypracować. Asfalt Records ma dobrą markę jako wytwórnia płytowa, ale niewiele osób kojarzy nas z jakąkolwiek odzieżą czy merchandisingiem. To też przekłada się na ewentualne przychody.

Ile osób pracuje na sukces Asfalt Records?

To się zmienia, bo w styczniu dokonaliśmy restrukturyzacji zatrudnienia. Ciągle szukam odpowiednich osób, nie jesteśmy firmą znaną z ciepłych posad. Natomiast na stałe zatrudniamy ok. 10 osób, nie licząc baristów w kawiarni. Problem jest jeszcze taki, że w Polsce – generalnie – lepiej monetyzuje się muzyka prymitywna.

To wyłącznie polska specyfika?

Tak jest na całym świecie, choć w naszym kraju muzyka dla wymagającego słuchacza jednak w większym stopniu niż gdzie indziej jest niszą, co wynika z braku średniej klasy w Polsce. To rzutuje też na inne branże. Jesteśmy społeczeństwem w dużym stopniu oligarchicznym – jest duża grupa osób o bardzo dużych zarobkach i duża grupa ludzi o zarobkach przeciętnych, nawet na granicy ubóstwa, jeśli spojrzymy na Polskę poza wielkimi miastami. Natomiast w społeczeństwach rozwiniętych ta średnia klasa – a więc ludzie zarabiający trochę lepiej niż przeciętnie – buduje kulturę, wydając pieniądze na muzykę, kino, książki, teatr. Zdarza się, że ktoś przyjdzie do nas i wyda tysiąc złotych na płyty, ale z punktu widzenia biznesowego nie jest to tak dobre jak kilkadziesiąt osób kupujących albumy za sto złotych.

Ale to się chyba zmienia i Polaków chcących płacić za kulturę jest coraz więcej.

Jasne, ale zmienia się stosunkowo wolno. Mam wrażenie, że ostatnich 30 lat zostało jednak zmarnowanych i ten rozwój nie jest taki, jakiego można byłoby oczekiwać, zwłaszcza biorąc pod uwagę pracowitość i zdolności Polaków. Bo mimo tego, co się dzieje w naszym kraju, mam dobre zdanie o Polakach. Szkoda, że ci najzdolniejsi wciąż wyjeżdżają.

Jak oceniasz współpracę raperów z firmami komercyjnymi?

Bardzo się cieszę, że ona się rozwija, w czym swój udział ma również Asfalt Records. To moim zdaniem jedna z kilku odnóg, na jakich powinna stać kariera artysty, ponieważ przychody ze sprzedaży płyt nie zawsze są wystarczające.

Rahim przyznał w wywiadzie z „My Company Polska”, że jeszcze kilka lat temu taka współpraca z raperami nie byłaby możliwa.

Wtedy jeszcze hip-hop był postrzegany jako muzyka undergroundowa i w Polsce – niestety – antysystemowa.

Niestety?

Na Zachodzie hip-hop nigdy nie był muzyką antysystemową, był muzyką zabawy. Tymczasem u nas, ze względu na typowe dla Polaków zamiłowanie do rebelii, był postrzegany na początku wręcz jako nowy punk rock. Zawsze z tym walczyłem i nigdy się tej narracji nie poddawałem. Na szczęście takie czasy minęły, bo zmieniła się przede wszystkim młodzież słuchająca tej muzyki. Tzw. boomersi czy milenialsi mają kompletnie inne podejście do pieniędzy, niż miały poprzednie generacje.

Czego życzyć Asfalt Records na te spóźnione 20. urodziny?

Naszym biznesowym planem jest przede wszystkim dalszy rozwój dystrybucji, bo oferujemy usługi dystrybucyjne również innym wytwórniom i artystom. Poza tym doglądam mojego oczka w głowie, a więc winylowej kawiarni, w której sprzedajemy płyty winylowe oraz kawę. Chciałbym też odkryć kolejny talent i zasilić Asfalt Records genialnym, popularnym artystą.

My Company Polska wydanie 3/2020 (54)

Więcej możesz przeczytać w 3/2020 (54) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY