Dostęp do unikalnych zeszytów stał się trudniejszy

Wojciech Jama
Wojciech Jama, fot. Agencja Wyborcza
Oryginalne plansze osiągają na aukcjach coraz zawrotniejsze ceny, przez co nie każdego kolekcjonera stać na taki wydatek. Choć to dobra informacja dla samych twórców, którzy na swojej twórczości mogą zarobić większe pieniądze, paradoksalnie dostęp do unikalnych zeszytów stał się utrudniony – mówi Wojciech Jama, kolekcjoner, popularyzator sztuki komiksu w Polsce.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 12/2021 (75)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Jak się u pana narodziła miłość do komiksów?

Z klasykami rodzimej ilustracji dla dzieci – chociażby Bohdanem Butenką – zapoznawałem się już w dzieciństwie. Z czasem sięgałem po coraz poważniejsze czasopisma, szukałem kolejnych autorów. Do dzisiaj pamiętam opublikowaną na łamach „Świerszczyka” adaptację powieści Juliusza Verne’a „W 80 dni dookoła świata” narysowaną przez Józefa Wilkonia. Później pojawił się oczywiście „Świat Młodych”. Wiele ze zbieranych wówczas wydań wciąż mam w swojej kolekcji.

Jak zmieniło się w Polsce postrzeganie sztuki komiksu?

W PRL komiks był odsądzany od czci, poniewierany z każdej strony. Traktowano go jako rozrywkę dla niezbyt rozgarniętych odbiorców, niegodną miana sztuki. Na szczęście doszliśmy już do momentu, w którym komiksy prezentuje się w muzeach i nikogo to nie oburza. Na świecie od dawna komiksy rozwijają się według rynkowych warunków – powstawały dzieła, z którymi Polacy dopiero się zapoznają.

Możemy mówić o czymś takim jak „polska szkoła komiksu”?

Na pewno jest wiele dzieł mocno osadzonych w polskich realiach, są odbiciem naszej rzeczywistości, a jednocześnie nie są w pełni zrozumiałe dla zachodniego czytelnika. Przykładem takiej twórczości są komiksy mistrza Tadeusza Baranowskiego. One są pełne absurdalnego humoru, odnoszące się do siermiężnego świata PRL. Ponadto myślę, że rodzimą „specjalnością” są komiksy, nazwijmy to, historyczne, co zresztą było zauważalne już wiele lat temu. Przecież popularny Kapitan Żbik to nic innego jak ocieplanie parszywego wizerunku Milicji Obywatelskiej. Obecnie również – na zlecenie decydentów trzymających władzę – powstaje wiele wątpliwej jakości tworów.

Ale jednocześnie trudno zaprzeczyć, że komiks w naszym kraju powoli wdziera się do mainstreamu.

Rzeczywiście, to widać chociażby po tym, że w tygodnikach opiniotwórczych pojawia się coraz więcej recenzji komiksów i tekstów poświęconych tej dziedzinie sztuki. Coś się zmienia, ale życzyłbym sobie, żeby ta zmiana była dynamiczniejsza, gdyż mamy jeszcze sporo do nadrobienia. W Polsce odbywa się wiele imprez skupiających fanów komiksów, w których uczestniczy mnóstwo ludzi! Dla pokoleń młodszych od mojego, komiks jest czymś absolutnie normalnym, informacje o premierach można bez problemu znaleźć w internecie. Inną kwestią jest, że to hobby nie należy do najtańszych. Fantastycznych pozycji ukazuje się tak dużo, że nie każdego stać na ich kupno.

Ponadto rodzimym dziełom bardzo pomagają inne gałęzie kultury – netfliksowy „Kajko i Kokosz” został całkiem ciepło przyjęty przez widzów, niektórzy już teraz przebąkują, że warto byłoby również zekranizować chociażby Thorgala.

No dobrze, ale Thorgal nie jest polskim komiksem!

Autorem jest przecież polski rysownik.

I właśnie ten przykład najlepiej obrazuje PRL-owską atmosferę wokół komiksów. Po wielu perypetiach z ówczesnymi władzami Grzegorz Rosiński zdecydował się na emigrację. Gdyby Rosiński nie wyjechał z Polski, Thorgal zapewne nigdy by nie powstał. Ten utalentowany twórca nie miałby zbyt dużego pola do popisu w ówczesnej siermiężnej rzeczywistości nad Wisłą. Byłby pewnie znany jako autor Kapitana Żbika, ale nie Thorgala, który jest przecież światowym fenomenem. Polacy chętnie podpisują się pod takimi historiami sukcesu, ale często one nie mają wiele wspólnego z rzeczywistością. Co oczywiście nie zmienia faktu, że dobrze, że tego typu filmowe inicjatywy mają miejsce, bo to kolejny sposób na popularyzację komiksu, nie tylko w Polsce.

Czy kolekcjonowanie komiksów można traktować jako inwestycję?

Oczywiście, że tak, choć sam nie jestem tego typu kolekcjonerem, mimo że mam w bibliotece mnóstwo unikatów. Wiele lat temu otrzymałem oryginalną planszę od Papcia Chmiela – znaliśmy się, bywałem u niego wielokrotnie. Posiadam chociażby oryginalną planszę z przygodami Tytusa, która ukazała się w „Świecie Młodych” w 1968 r. Dostałem również mały kadr z końca lat 40. autorstwa Jana Marcina Szancera, z którym Papcio Chmiel miał okazję pracować w redakcji „Świata przygód”. Do dzisiaj pamiętam emocje, jakie towarzyszyły mi przy pierwszym wzięciu do ręki tych plansz. Tak się zaczęło moje zamiłowanie do zbieractwa – zacząłem m.in. sam szukać oryginałów od innych twórców.

Ile jest warta pańska kolekcja?

Ona oczywiście ma wymierną wartość materialną – w dodatku podejrzewam, że raczej wysoką – ale nie postrzegam tego w ten sposób. Dla mnie to cofnięcie się do dzieciństwa, do lektur z pięknych, smarkatych czasów. Nigdy nie byłem kolekcjonerem inwestycyjnym, choć zdaję sobie sprawę z faktu, że w momencie, kiedy rynek sztuki dostrzegł komiksy i ich wartość, coraz więcej osób kupuje zeszyty z myślą o przyszłym zarobku. Dyskutowałem kiedyś na ten temat pod jednym z postów na Facebooku. Naprawdę cieszę się, że zaczęto doceniać oryginalne plansze, bo po tych wielu latach, kiedy nikt nie przywiązywał większej uwagi do oryginałów – i one chociażby ginęły w drukarniach albo redakcjach – wreszcie sami twórcy mają okazję do zarobienia większych pieniędzy. Jest też jednak druga strona medalu.

To znaczy?

Jestem emerytem, a więc niezbyt majętny ze mnie kolekcjoner. Po prostu nie stać mnie na kupowanie plansz na aukcjach, gdzie osiągają naprawdę zawrotne ceny. Paradoksalnie dostęp do unikalnych zeszytów stał się trudniejszy.

Są jakieś żelazne zasady, o których powinna pamiętać osoba zaczynająca kolekcjonować komiksy w celach inwestycyjnych?

To tak jak z każdą dziedziną sztuki – trudno cokolwiek przewidzieć, jest w tym element wróżenia z fusów. Mamy oczywiście znawców sztuki, historyków, ekspertów, ale każda inwestycja ma to do siebie, że nigdy nie jest w stu procentach pewna. Na pewno trzeba interesować się branżą, żyć komiksem – bez odpowiedniej wiedzy i stosunku emocjonalnego trudno o rzetelne ocenienie, czy na danej serii będzie można zarobić.

Co jakiś czas słyszy się o zawrotnych kwotach, za jakie zostały sprzedane komiksy zza oceanu, chociażby pierwsze wydania z serii o konkretnym superbohaterze. Czy w naszym kraju również zdarzają się tego typu „złote strzały”? Warte, dosłownie, miliony?

Aż tak złote to nie – tak jak wspomniałem, komiks ma u nas zdecydowanie krótszą tradycję, ale oczywiście są wyjątkowo cenne egzemplarze. Wysokie ceny osiągają zwłaszcza zeszyty z Kapitanem Żbikiem. Choć trzeba też pamiętać, że to wszystko zależy oczywiście od stanu danego komiksu – znam wielu kolekcjonerów, dla których zeszyt musi być w absolutnie idealnym stanie, w innym wypadku nie pozyskają go do swoich zbiorów. Warto zaznaczyć, że są również komiksy, które stają się rarytasem już w momencie wydania.

Jakie to komiksy?

Tadeusz Baranowski narysował i wydał na własną rękę „Do bani z takim komiksem”. Pierwotny nakład wynosił tylko 550 numerowanych egzemplarzy z jednym oryginalnym kadrem. W swoich zbiorach mam egzemplarz nr 1. To są absolutne białe kruki! Są również takie komiksy, które wydawca udostępnia w wersjach z różnymi okładkami. No i nie zapominajmy, że podczas różnych imprez komiksowych są obecni sami twórcy, których można poprosić o rysunkowe dedykacje w albumach. Tego typu rzeczy też mogą znacząco podnieść wartość konkretnego egzemplarza. Mówimy o kolekcjonerskim światku, gdzie wszelkie, nawet na pozór nieistotne, smaczki są w cenie.

My Company Polska wydanie 12/2021 (75)

Więcej możesz przeczytać w 12/2021 (75) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY