Reklama

Erytrejskie tworzenie wspomnień

Erytrejskie tworzenie wspomnień
Erytrejskie tworzenie wspomnień / Fot. materiały prasowe
„Życie wspomnieniami to nie jest życie, synu. Musisz tworzyć wspomnienia” – powiedział stary ojciec do niemłodego syna w „Landmanie”, amerykańskim serialu. W podróżowaniu można zaznać wrażeń momentalnie stających się wspomnieniami. Nie trzeba na to czekać miesiącami czy latami. To dzieje się tego samego wieczoru, tego samego dnia, następnej nocy, gdy zdajemy sobie sprawę z przeżytych w podróży chwil, zdarzeń, sytuacji i gdy przeżywamy je jeszcze raz. I jeszcze raz.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 2/2026 (125)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Reklama

Do pewnego stopnia można to sobie wszystko wymyślić i zaprogramować wcześniej, nim podróż w ogóle się zacznie. A raczej, gdy ona już właściwie trwa, ale jest „zaledwie” przygotowaniem, planowaniem lub marzeniem. Jeżeli ktoś miałby ochotę na to, by posmakować podróży w dawniejszym stylu, jest to nadal możliwe. A zatem takiej podróży, kiedy to jej nieodłącznym elementem, pochłaniającym mnóstwo czasu, nie był internet. Kiedy nie było się drobną cząstką wielkiej rzeki turystów, a także gdy miejsce wakacyjne nie obfitowało w placówki, w których chciano nam koniecznie coś sprzedać. Jeżeli zatem, Drogi Czytelniku, chciałbyś odpocząć od kupowania i od bycia namawianym do kupowania na każdym kroku, jeśli zupełnie nie tęsknisz za tłumami turystów i czujesz się bezpiecznie, podróżując głównie z samym sobą, a w dodatku chciałbyś odpocząć od internetu, to jedź do Erytrei.

Skoki temperatury

To kraj położony w Rogu Afryki nad Morzem Czerwonym – którego historyczna, łacińska nazwa to Mare Erythraeum - mający za sąsiadów Etiopię, Sudan i Dżibuti. Stolica, Asmara, leży na wysokości ok. 2400 m n.p.m., dlatego też gdy mieszkałem tam kilka dni w hoteliku Africa Pension, nocami było zimno. Sama Africa Pension to dawna włoska willa imponujących rozmiarów i z ogrodem. A to zimno w nocy przypominało mi lata przemieszkane w paryskim akademiku Concordia, parę kroków od rue Mouffetard, w którym zimą notorycznie psuło się ogrzewanie. Co było nieistotne, ponieważ miało się dwadzieścia parę lat i to był Paryż.

W dzień w Asmarze, w końcu listopada, było także rześko mimo słońca. Ale to w stolicy. Jeśli ktoś z kolei chciałby poczuć gorąco odpowiadające afrykańskiemu stereotypowi, po trzech godzinach jazdy samochodem, drogą wybudowaną kilkadziesiąt lat temu przez Włochów dotrze do Massawy nad Morzem Czerwonym. Tam temperatura może sięgać 40 stopni.

Włoskie wpływy

Erytrea była włoską kolonią przez ostatnią dekadę XIX w. i aż do 1941 r. Świadectwa tej włoskiej obecności są widoczne, także w społecznych zwyczajach. Mówiąc inaczej Erytrea to osobliwość, w której po pierwsze czuje się bliskość Półwyspu Arabskiego, po drugie geografia narzuca szereg skojarzeń z Afryką, a po trzecie nad wszystkim unosi się zapach espresso lub macchiato. Kawa parzona jest w ekspresach mających w niektórych kawiarniach wygląd znany z dawnych filmów i fotografii. Kawę można też wypić w kinach zabudowanych kiedyś przez Włochów i nadal noszących nazwy przywołujące dawne czasy: Odeon, Roma, Capitol czy Impero.

Świat offline

Na ulicach Asmary zdumiewało mnie, że ludzie funkcjonują kompletnie bez internetu. Dlatego też, jeśli widzi się tam człowieka z telefonem przy uchu lub w dłoni to znaczy, że albo prowadzi, albo zaraz będzie prowadził przez niego rozmowę. Na pewno nie skroluje. Co prawda w mieście są internet cafés. Ta nazwa przywołuje wspomnienia z podróżowania kilkanaście, omalże kilkadziesiąt lat temu. W takich erytrejskich kafejkach – akurat tu kawa w nazwie jest tylko zwodniczą sugestią, w środku jej nie uświadczysz - niemiłosiernie długo ładuje się poczta Gmail i Instagram, inne serwisy są zablokowane. Wrażeń dostarczają tu normalne kawiarnie. Ludzie nie spędzają w nich czasu nad komórkami. Nikt w trakcie spotkania nie zagląda do telefonu, by mniej czy bardziej kompulsywnie sprawdzać, co się w nim wydarzyło.

Jest tu zatem inaczej niż w moim kraju, gdzie w przestrzeni online porównujemy się z innymi, gdzie wykluwają się inspiracje, motywacje, pomysły i plany, a zarazem zawiść, zazdrość, frustracja, wyolbrzymianie sukcesów innych i tego, jak im się wiedzie oraz umniejszanie tego, co jest moje. Tego wszystkiego Erytrejczycy nie znają, a w każdym razie nie w takiej intensywności i nie poprzez medium, które dla nas, Europejczyków, przekroczyło już definicję narzędzia, stając się częścią realnego życia.

Ja też, rzecz jasna, należę do tej zdigitalizowanej subkultury i erytrejskie doświadczenie było krótkim przerywnikiem. A i tak nie pozbawionym niepokoju. Tak było na samym początku, gdy w Jeddah w Arabii Saudyjskiej czekałem na samolot do Asmary („jak to, teraz pięć dni w odcięciu od świata??”) i na samym końcu, w trakcie powrotnego lotu do Jeddah („co tam na mnie czeka, nieotwarte, przecież minęła prawie wieczność, odkąd byłem online”).

Powiew nowoczesności

Błędne byłoby jednak przeświadczenie, że Erytrea to skansen na tle otaczających ją państw, bliższych i dalszych czy w ogóle na tle współczesności.

Owszem, ciągle można z łatwością rozpoznawać artefakty odległej przeszłości. Te nieliczne, ale ciągle jeszcze używane tu i ówdzie włoskie ekspresy do kawy kojarzące się z jakąś piękną, dawno minioną epoką (np. sportretowaną w „Rzymskich wakacjach” z 1953 r. z Gregory Peck i Audrey Hepburn). Ta architektura art déco czy wreszcie osobliwości wynikające z ograniczeń w korzystaniu z cyfrowego uniwersum. Włoskie lody, smakujące jak te w Italii, a także pizza (ta smakowała mi tak sobie). I kina, niektóre jeszcze jako tako funkcjonujące, inne zamienione w kawiarenki i sale do spotkań, a szereg innych w postaci zmurszałych, opuszczonych i popadających w zniszczenie, ale ciągle imponujących kształtami budynków. Albo tory kolejowe i stacje kolejowe: tak samo jak kawiarnie, czasem działające, czasem zamienione w dworce autobusowe, a czasem istniejące już tylko jako romantyczne, starzejące się w samotności budowle z torami prowadzącymi nie wiadomo dokąd i nie wiadomo skąd, po których może coś przejeżdża od wielkiego dzwonu. Ta mieszanina obrazów przypominających amerykański Wild West z XIX w., złoty okres kina europejskiego i amerykańskiego oraz scenografię filmów włoskiego neorealizmu jest znakiem tego, że Erytrea pozostaje miejscem szczególnym na mapie całego świata. Ale właśnie dzięki tym świadectwom historii zmiana jest tym bardziej widoczna.

I ta zmiana zachodzi. Erytrea nie jest od świata odizolowana. Czasem używane w stosunku do tego kraju określenie, że w Rogu Afryki znajduje się afrykańska Korea Północna, jest klikbajtową bzdurą. Do Erytrei przybywają turyści, choć nieliczni, a Erytrejczycy latają do Kairu, Jeddah, Dubaju, Port Sudan czy do Stambułu, zaś w okresach zmniejszonego napięcia między Erytreą a Etiopią, gdy loty nie są zawieszone, także do Addis Abeby. Ludność Erytrei to ok. 6 mln ludzi, a poza krajem diaspora liczy zapewne ok. 2 mln. Pieniądze przysyłane przez Erytrejczyków mieszkających poza swym krajem, na kilku kontynentach (najwięcej w Afryce, Europie i Ameryce Północnej) to poważny zastrzyk finansowy dla rodzin w kraju.

Niestabilność w cenie

O sielance nie ma mowy. Erytrea jest stale przedmiotem presji militarnej i politycznej ze strony Etiopii, a przemysł ogranicza się w zasadzie do górnictwa. Napięcie między sąsiadami w Rogu Afryki wynika z tego, że wraz z ustanowieniem niepodległości Erytrei w 1991 r., Etiopia straciła dostęp do Morza Czerwonego, a zatem do szlaków morskich w ogóle, stają się nagle państwem „śródlądowym”. Odtąd towary przewożone są koleją między portem w Dżibuti a Etiopią, za co Dżibuti każe sobie słono płacić. Kolej oczywiście została wybudowana przez Chińczyków i oni również korzystają na tym, że Etiopia nie ma dostępu do morza. Dlatego też politycy etiopscy od czasu do czasu głoszą, że uzyskanie korytarza do morza poprzez terytorium Erytrei jest dla Etiopii kwestią strategiczną, a nawet egzystencjalną. Populistyczna propaganda, ale niebezpieczna, bo może przerodzić się w kolejny konflikt zbrojny. I jako żywo przypomina trumpizm, w jego działaniach i deklaracjach wobec Wenezueli oraz Grenlandii. Wyobrażam więc sobie, że w tej globalnej aurze przywódcy etiopscy czują się jeszcze bardziej ośmieleni, by wygłaszać swe żądania wobec Erytrei.

Śladem Kerouca

Erytrea, z krajoznawczego punktu widzenia, to nie tylko Asmara. Warto wybrać się do Keren. Tam dość niepozorne targowisko - może byłoby inaczej, gdyby odbywał się targ z wielbłądami, ale to tylko w poniedziałki. Stary budynek dworca kolejowego z czasów włoskich - nie pozostał choćby ślad torów, zwyczajnie nie pozostało nic, a sam dworzec przemienił się w autobusowy. W jego arkadach chowają się sklepiki i stragany. Po powrocie z Keren przeczytałem w „On the Road” Jacka Kerouaca, że dworce autobusowe są tak smutne, jak tylko one mogą być.

Następnego dnia zabrałem Kerouaca i poszedłem poczytać go przy śniadaniu, w kawiarni oddalonej od Africa Pension o 10 min spaceru (w Asmarze prawie wszędzie jest blisko). Kawiarnię wybrałem z powodu panującego w niej koloru pomarańczowego. Na chwilę oderwałem się od „On the Road”, a konkretnie w chwili, gdy bohater dojeżdżał do Kalifornii. Patrzę przed siebie i widzę wielkie malowidło, przedstawiające nowojorską Statuę Wolności. Na filarach amerykańskie gwiazdy. Rzucam okiem na menu: „American Bar”. Akurat czegoś takiego w Erytrei nie miało być. To też znak zmieniającego się kraju i jego obyczajów.

Warto również pojechać do wspomnianej już przeze mnie Massawy. I przejść się uliczkami portowego miasta-widma wpisanego na listę UNESCO, powoli restaurowanego, oczywiście pochodzącego z czasów włoskiej kolonizacji.

Waga zezwolenia

Piszę o wycieczkowaniu w Erytrei, ale należy pamiętać, że to państwo nie jest w pełni, że tak powiem, zrelaksowane. Aby wyjechać do innego miasta poza stolicą, potrzebne jest administracyjne zezwolenie. Z tego powodu w praktyce nie istnieje coś takiego jak samodzielne podróżowanie wewnątrz kraju przez cudzoziemców. Zezwolenia załatwia biuro podróży, które znaleźć jest banalnie łatwo. Ono także ogarnia transport i obowiązkowego przewodnika. Warto, bo ja np. wiele się dowiedziałem o kraju od przewodniczki Laury, która swobodnie rozmawiała ze mną o wszystkim. Erytrea naprawdę nie jest żadną afrykańską Koreą Północną, choć życie w niej nie jest lekkie. Ostatnio jednak mam generalną trudność w identyfikowaniu takich miejsc na świecie, w których żyłoby się lekko, łatwo i przyjemnie.

Na koniec refleksja na temat… ochrony danych osobowych. Administracja Erytrei nie zna RODO, dzięki czemu mogłem w Asmarze spotkać się z podróżnikami z Wrocławia. Bo wszyscy znaleźliśmy się w jednym dokumencie, czymś w rodzaju promesy wizy, wystawianym i wysyłanym poprzez lokalne biuro podróży osobie zamierzającej odwiedzić turystycznie Erytreę. Wraz ze wszystkimi podstawowymi danymi osobowymi. „Nasz” dokument zawierał listę kilku osób, w tym nas, z Polski. Dzięki temu dowiedzieliśmy się, że wybieramy się do Erytrei i mogliśmy się odszukać w mediach społecznościowych. Potem przypadek albo coś innego zrządziło, że nasze pobyty w Asmarze częściowo zachodziły na siebie. Wiedząc o tym, umówiliśmy się precyzyjnie na kolację w Asmarze - przed moim wylotem (był wcześniej niż ten ziomków z Wrocławia), bo wiadomo było, że będąc na miejscu, nie będziemy mogli do siebie napisać. Czyli to umówienie się było troszkę w staroświeckim stylu (tylko troszkę, bo jednak skonkretyzowało się poprzez narzędzie elektroniczne, ale, z drugiej strony, wymagało to specjalnego planowania). Odtąd znamy się i wymieniamy podróżniczymi doświadczeniami. W związku z tym moje przekonanie, że RODO chroni, ale zarazem spłaszcza nasze życie, tylko się pogłębiło.

My Company Polska wydanie 2/2026 (125)

Więcej możesz przeczytać w 2/2026 (125) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

Reklama

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Reklama
Reklama