Czas zerwać z liberalnymi mitami [WYWIAD]

prof. Adam Leszczyński
prof. Adam Leszczyński, fot. Filip Miller
Polska potrzebuje nowoczesnego modelu ekonomicznego, w którym istotną rolę odgrywa redystrybucja dóbr, silne instytucje publiczne oraz inwestycje w kapitał ludzki – mówi prof. Adam Leszczyński, autor głośnej książki „Ludowa historia Polski”.

No to napisał pan polską historię od nowa.

Nie miałem aż takich aspiracji. Natomiast rzeczywiście nasza historiografia jest skupiona na historii elity, czyli jakichś 10 proc. społeczeństwa. Stosunkowo mało zajmujemy się dziejami pozostałych 90 proc. 

Pan postanowił się zająć.

Ale elity w mojej książce też są. Próbowałem uchwycić pewien model polityki, którą regularnie stosowały one wobec klasy ludowej co najmniej od XVIII w., kiedy lud stał się istotnym politycznym aktorem.   

Jaki to model?

Zadziwiająco konsekwentny. W chwilach przełomów, w których elity potrzebują pomocy, składają chłopom czy robotnikom obietnice, zwykle materialne, w zamian za jakieś poparcie. Może to być np. udział w wyborach, powstaniu czy walce o niepodległość. Równocześnie roztaczają wówczas wizję wspólnoty, która włącza warstwy ludowe do pojęcia narodu czy społeczeństwa. Niestety, później nie wiele z tych obietnic i wizji wychodzi. 

Jakie to konkretnie obietnice?

To zależy. W XIX w. było to uwłaszczenie, później wizja republiki demokratycznej proponowana przez socjalistów, na początku XX w. – reforma rolna, a w czasach Solidarności – samorząd robotniczy. Ich cechą wspólną jest to, że nie zostają zrealizowane. Mówiąc językiem publicystycznym, lud czuje się zdradzony i oszukany.   

Tak jest do dziś?

Niestety, tak. Przemiany demokratyczne w 1989 r. w dużym stopniu zostały dokonane dzięki oporowi robotników z dużych państwowych przedsiębiorstw. I nagle, po Okrągłym Stole, właśnie ta grupa poniosła największe koszty transformacji.

To tylko część prawdy. Bo w 1989 r. obiecano ludziom demokrację i gospodarkę rynkową, która przyniesie im dobrobyt. Niezależnie od wielu zastrzeżeń, można dziś powiedzieć, że to z grubsza zrealizowano.

Zależy, jak na to spojrzeć. Jest rzeczą bezsporną, że nie żyjemy dziś tak jak w XIX w. czy za PRL-u. Poziom życia warstw ludowych rósł wraz z rozwojem technologicznym i gospodarczym, a także wtedy, gdy byliśmy bardziej zintegrowani z geopolitycznym centrum, zazwyczaj z Europą Zachodnią. Działo się tak na przykład w latach 1870–1914, w czasie pierwszej globalizacji. Po 1989 r. ten schemat się powtórzył, a życie Polek i Polaków się poprawiło, zwłaszcza po wejściu Polski do Unii Europejskiej. Wprowadzono wtedy wiele regulacji związanych z prawami pracowniczymi, zwiększono możliwości przepływu nowoczesnych technologii, a także – co niezwykle ważne – otworzono rynek pracy. Bo jest jeszcze jeden ważny czynnik – położenie uboższych warstw poprawiało się zawsze, gdy miały one jakąś alternatywę.

Jaką?

Na przykład wizję poprawy poziomu życia, która stała się możliwa dzięki państwom zaborczym. Wtedy szlachta przypomniała sobie, że może warto coś zaoferować ludowi.

Zygmunt Krasiński pisał nawet: „Jeden tylko, jeden cud: / Z Szlachtą polską – polski Lud!”.

Bo wtedy, podobnie jak w innych momentach historii, mieliśmy do czynienia ze swoistym konkursem ofert przeprowadzanych przez konkurencyjne elity. Po wejściu Polski do Unii taką kartą przetargową stała się możliwość wyjazdu do pracy na Zachód. Wtedy w kraju poprawiły się standardy praw pracowniczych, które w latach 90. były na opłakanym poziomie. Odpowiadając na pana pytanie – to prawda, Polacy dzisiaj żyją lepiej niż w XIX w. albo nawet za komuny. Jednak rozwarstwienie społeczne wzrosło i nie możemy o tym zapominać. Elity znacznie wcześniej weszły do Europy niż reszta społeczeństwa.

W 1989 r. Polki i Polacy...

 

Ten artykuł jest dostępny
tylko dla zalogowanych

Zaloguj się Zarejestruj

Kontakt

My Company Polska wydanie 5/2021 (68)

Więcej możesz przeczytać w 5/2021 (68) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY