Matka Słońce. Wywiad z Olgą Malinkiewicz

Olga Malinkiewicz, założycielka Saule Technologies
Olga Malinkiewicz, założycielka Saule Technologies, fot. Michał Mutor
Dziś najważniejsze dla mnie to przeskalowanie biznesu i masowa produkcja. Oferujemy coś bardzo wyjątkowego i mamy rok, by zacząć stawiać fabryki i starać się, by być liderem globalnym. Problem w tym, że potrzeba na to pieniędzy, a w Polsce ich nie ma – mówi Olga Malinkiewicz, współtwórczyni Saule Technologies.

Jaka była nastoletnia Olga Malinkiewicz?

Buntownicza. Nie wpisywałam się w żadne ramy, byłam problematyczną nastolatką. Sprzeciwiałem się wszystkiemu, czemu tylko mogłam.

Na studiach przeniosłaś się do Hiszpanii. To też była forma buntu?

Raczej nie, po prostu poleciałam na rok na Erasmusa i zostałam w Hiszpanii, gdzie spędziłam ponad siedem lat. Wyjazd za granicę był chyba najlepszą decyzją w moim życiu. Licencjat zrobiłam na Uniwersytecie Warszawskim, później zaczęłam tam magisterkę, jednak wolałam dokończyć studia już w Hiszpanii.

Dlaczego?

Podobały mi się tamtejsze zajęcia, znalazłam też kierunek moich marzeń – fotonikę – którego w Polsce wówczas jeszcze nie było. Przeglądałam listę zajęć i nie mogłam uwierzyć, gdyż wszystkie były związane ze światłem: fizyka laserów, hologramy, medycyna laserowa, kryptografia kwantowa itp. Za pomocą światła naprawdę można zrobić wiele rzeczy! 

Pamiętasz jakieś szczególnie inspirujące zajęcia?

W Polsce był pewien wykładowca, który na trzecim roku studiów – kiedy miałam zamiar rzucić fizykę i podjąć pracę na kasie w sklepie – przekonał mnie, żeby się nie poddawać. Ze Stanów przyleciał do nas prof. Wojciech Satuła uczący fizyki kwantowej, czyli w zasadzie najtrudniejszego przedmiotu na roku. Kiedy on zaczynał wykładać, to ja zostawałam wryta w fotel! Prowadził za rączkę, nie tracił kontaktu ze studentami.

Powiedziałaś mu kiedyś, jak wiele mu zawdzięczasz?

Pisałam do niego po wykładach, że jestem wielką fanką. Dzięki niemu naprawdę otworzył mi się portal w głowie, a ja zaczęłam wszystko rozumieć. Popłakałam się, gdy zajęcia się skończyły, co nie było w moim stylu. Myślę, że fakt, że on przyjechał z zagranicy – w USA odbywał staż – mógł mieć wpływ na to, że i mnie ciągnęło do wyjazdu z Polski.

Czym tak bardzo rozczarowały cię studia w Polsce, że chciałaś się poddać?

Były niezwykle trudne, a brakowało wykładowców, którzy w jasny sposób mogliby ci je wytłumaczyć. Często nie podobała mi się tematyka, która nie miała nic wspólnego ze światłem. Wydawało mi się, że idę na fizykę, żeby zgłębiać najciekawsze zagadnienia związane z Czarną Dziurą czy podróżami w czasie. Rzeczywistość okazała się znacznie mniej atrakcyjna. 

Dlaczego wybrałaś akurat fizykę?

W klasie maturalnej trochę nie wiedziałam, co robić dalej. Rozważałam różne opcje – np. biologię – a nawet niepójście na studia. Wtedy od razu poszłabym do pracy, podobało mi się chociażby robienie zdjęć i praca w laboratorium fotograficznym. Zresztą nigdy nie chciałam iść do liceum, wolałam technikum, ale rodzice nalegali na ogólniak.

Jak od fascynacji światłem doszłaś do perowskitów?

Studia magisterskie w Barcelonie były płatne, co z jednej strony mnie przerażało, a z drugiej dawało poczucie istoty tego, co robię. Problemem był brak ofert pracy i sama Hiszpania, która przeżywała kryzys. Co gorsza, pojechałam tam bez znajomości języka hiszpańskiego. Doszłam do momentu, kiedy byłam przekonana, że pakuję walizki i wracam do Polski, gdyż nigdzie nie mogę znaleźć zatrudnienia. Uwierz mi, szukałam wszędzie: chciałam podjąć pracę jako pielęgniarka, ogrodnik, programistka. Dzięki temu, że wysyłałam CV w tak wiele miejsc, jestem tu, gdzie jestem.

Jak to?

Spakowałam już walizki, miałam poczucie totalnej porażki. Dzień przed wyjazdem poszłam na ostatni egzamin. Byłam świetnie przygotowana, gdyż bardzo podszedł mi temat. Wypadłam rewelacyjnie, zwłaszcza na tle innych studentów. Okazało się, że z czterech osób siedzących w komisji egzaminacyjnej, jedna była dyrektorem w instytucie, do którego wysłałam swoje CV na raczej wysokie stanowisko. Do dziś pamiętam, że po egzaminie wychodzę z sali i słyszę od oceniającego: Olga, are you still looking for a job? Jak w filmie. Nie mógł mi zaproponować kierowniczego stanowiska, o które się ubiegałam, ale szukał technika do laboratorium. Nie wahałam się ani chwili. Dostałam pierwszą pracę, wymarzoną. Pierwszy miesiąc zleciał tak szybko, że byłam w szoku. 26 czerwca otrzymałam pierwszą wypłatę za coś, co lubię robić. Zdobyłam motywację – pracowałam tak dobrze, że szefowa poleciła mnie na doktorat do prestiżowej grupy badawczej w Walencji.

Tam poznałaś perowskit?

Tak, na trzecim roku. W pewien piątek zbudowałam zwykłe ogniwo słoneczne o w zasadzie zerowej sprawności. W 2013 r. pojechałam na konferencję, podczas której wszyscy plotkowali, że jest taki materiał jak perowskit, który daje zupełnie nowe możliwości. Wracając do Walencji, przeczytałam wszystko, co było w internecie dostępne o perowskicie. Nie mogłam uwierzyć, jak wiele możliwości oferował ten materiał. Po powrocie poszłam do szefa i powiedziałam, że chcę pracować z technologią perowskitową, bo wiedziałam, że w tym jest przyszłość.

Zgodził się bez wahania?

Tak, choć dopytywał: „Olga, kończysz doktorat, po co ci to?”. Nagle zaczęła procentować wiedza, jaką nabyłam przez lata studiów – stworzyłam zupełnie nową technologię, na bazie której powstał patent. Później sprawy szybko się potoczyły, bo w marcu 2014 r. otrzymałam w Brukseli nagrodę Photonics21, a kilka miesięcy później formalnie powstało Saule Technologies.

Ta nagroda była pierwszym naprawdę ważnym wydarzeniem w twoim naukowym życiu?

Zacznijmy od tego, że do konkursu zgłosiłam się dla kasy, bo byłam wówczas ciułającym każdy grosz studentem, a nagrodą główną było 5 tys. euro (śmiech). To była, powiedzmy, pierwsza styczność ze światem pozanaukowym, bo nagle rozdzwoniły się telefony.

Kto dzwonił?

Otrzymywałam w zasadzie trzy rodzaje propozycji: praca w działach R&D dużych firm, założenie własnej grupy badawczej na naprawdę prestiżowych uniwersytetach, inwestycja ze strony ludzi, którzy chcieli wspierać tę technologię. Bardzo bałam się prowadzenia firmy, bo nie miałam w tym żadnego doświadczenia. Pewnego dnia zadzwonili Piotr z Arturem, umówiliśmy się na spotkanie w Walencji. Odebrałam ich z lotniska, do laboratorium jechaliśmy metrem – oczywiście zgubiłam się kilka razy, przetargałam ich w garniturach po całym mieście w 40-stopniowym upale (śmiech). Dali prezentację, która wyszła fatalnie, wyglądała jak robiona na kolanie w samolocie. Do dzisiaj się z niej śmiejemy.

Jednak cię przekonali.

Później poszliśmy na kolację, gdzie przestali grać elegancko ubranych ważniaków, a zaczęli być sobą. Poczułam się w ich towarzystwie bardzo swobodnie, wiedziałam, że się dogadamy. Na zakończenie spotkania powiedziałam, że się zastanowię nad współpracą.

Długo się zastanawiałaś?

Trochę. W końcu zadzwonił Piotr i powiedział: „Olga, życzymy tobie jak najlepiej, ale musisz się zdecydować w tym momencie, bo kiedy odłożysz słuchawkę, to ten pociąg ci odjedzie”. Zabrzmiało jak ultimatum. Zobaczyłam w głowie ten odjeżdżający pociąg i stwierdziłam, że to najlepszy moment, by spróbować opuścić strefę komfortu. Wiedziałam, że w razie czego mogę wrócić do świata nauki, bo nikt nie odbierze mi tytułów i nagród, które zdobyłam. Co najwyżej mogłam stracić trochę czasu. Nie chciałam spędzić reszty życia na myśleniu „co by było, gdybym się zgodziła”. Znam siebie, więc wiedziałam, że gryzłoby mnie to już zawsze. Szybko wróciłam do Polski.

Dlaczego akurat bogini Saule? (Saule – w nazwie firmy – to jedna z głównych postaci bałtyjskich mitów nieba – red.)

Szukaliśmy nazwy, która nie byłaby wulgarna w żadnym języku. Po drugie, musiała być łatwa do wymówienia, gdyż od początku wiedzieliśmy, że będziemy rozwijać globalną technologię. No i w końcu chcieliśmy uniknąć pustej nazwy, która nic by nie oznaczała. Saule idealnie połączyło wszystkie te aspekty.

Jak wspominasz pierwsze miesiące budowania własnego startupu?

Gdybym miała do wyboru – zamiast ponownego budowania – wejście na Mount Everest na bosaka, to wybrałabym to drugie. To nie jest zabawa dla każdego, gdyż angażuje w zasadzie cały wolny czas. Ogromne fizyczne i psychiczne poświęcenie. Na początku pracowaliśmy jedynie w trójkę. W ciągu dnia jeździłam na prezentacje, zamawiałam materiały, szukałam laboratoriów i inwestorów. Nocami pracowałam stricte nad rozwojem technologii. Nie wiem, jak przeżyłam ten okres. Miałam wówczas małe dziecko, moja mama bardzo mi pomagała. Był miesiąc, kiedy wychodziłam z domu tak wcześnie i wracałam tak późno, że w ogóle nie widziałam się z własnym synem.

...

Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów

Masz już prenumeratę? Zaloguj się

Kup prenumeratę cyfrową, aby mieć dostęp
do wszystkich tekstów MyCompanyPolska.pl

Wykup dostęp

Co otrzymasz w ramach prenumeraty cyfrowej?

  • Nielimitowany dostęp do wszystkich treści serwisu MyCompanyPolska.pl
  •   Dostęp do treści miesięcznika My Company Polska
  •   Dostęp do cyfrowych wydań miesięcznika w aplikacji mobilnej (iOs, Android)
  •   Dostęp do archiwalnych treści My Company Polska

Dowiedz się więcej o subskrybcji

My Company Polska wydanie 11/2021 (74)

Więcej możesz przeczytać w 11/2021 (74) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY