Wielka wolta Rady. Pełny obraz Kuczyńskiego

Adam Glapiński, szef NBP
Adam Glapiński, szef NBP, fot. East News
Inflacja w Polsce na razie jest w większości importowana z zewnątrz poprzez drożejące surowce i żadna podwyżka stóp jej nie stłumi.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 11/2021 (74)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Po wrześniowym zimnym prysznicu na rynkach akcji październik zapowiadał się na zdecydowanie lepszy miesiąc. W jego połowie rozpoczynał się sezon publikacji raportów kwartalnych przez amerykańskie spółki, co zazwyczaj pomagało „bykom”. Tym razem nastroje były bardzo ostrożne, bo obawiano się skutków problemów logistycznych i wzrostu cen materiałów i surowców. Taka ostrożność mogła jednak jeszcze bardziej pomagać wtedy, kiedy spółki będą publikowały lepsze od oczekiwań wyniki. 

Pomagać też powinno to, że republikanie i demokraci w USA zgodzili się na tymczasowe podniesienie limitu zadłużenia Stanów Zjednoczonych oraz finansowania agencji federalnych. Problem w tym, że limit długu (28,4 bln dol., czyli 136 proc. PKB USA) został podniesiony do początków grudnia „jedynie” o 480 mld dol., czyli w grudniu walka o limit rozgorzeje na nowo i może zepsuć końcówkę roku. Może nawet doprowadzić do chwilowej niewypłacalności USA. 

To poważne zagrożenie. 

Inflacja zostaje na dłużej

W Polsce tytuły robiły dwa wydarzenia. Przede wszystkim chodziło o woltę Rady Polityki Pieniężnej, która od wielu miesięcy dawała sygnały niechęci do podnoszenia stóp procentowych. Wręcz sygnalizowano, że może do niej nie dojść nawet w 2022 r. Do październikowego posiedzenia Rady zakładano, że stopy nie ulegną zmianie, a jedynie, że być może w komunikacie znajdzie się coś, co poruszy rynkiem walutowym. Okazało się, że Rada zaskoczyła rynek. Stopa referencyjna wzrosła z 0,1 proc. do 0,5 proc.

Najwyższy czas, bo inflacja na poziomie 5,8 proc. (ponad 20-letni szczyt) może naprawdę bardzo niepokoić. Inflacja wszędzie jest bardzo wysoka (w Eurolandzie na poziomie 13-letniego szczytu), a w naszym zakątku Europy Węgrzy i Czesi podnosili już stopy wielokrotnie. Przed posiedzeniem naszej Rady czeski bank centralny zaskoczył rynek, zwiększając stopy procentowe z 0,75 do 1,5 proc., co też zwiększało presję na RPP. 

W komunikacie Rada już nie pisze o tymczasowości inflacji, co do tej pory było powtarzającym się refrenem. Rada zwraca uwagę na wzrost cen surowców, czego podwyżka nie zahamuje, ale umocnienie złotego zmniejszy wpływ drogich surowców. W komunikacie pisze się też, że „W sytuacji prawdopodobnego dalszego ożywienia aktywności gospodarczej i korzystnej sytuacji na rynku pracy inflacja może utrzymać się na podwyższonym poziomie dłużej niż dotychczas oczekiwano”.

Podczas godzinnej konferencji następnego dnia prezes Adam Glapiński powiedział, że to na razie nie jest zapowiedź cyklu podwyżek stóp, a RPP po prostu będzie sytuację obserwowała. Najbardziej interesujące były twierdzenia prezesa o niezależności RPP od polityki (sic!) i o bezpieczeństwie zaciągania kredytów hipotecznych na kilkadziesiąt lat. Wiele zresztą było w tej konferencji półprawd, ale generalnie prawdą jest, że inflacja na razie jest w większości importowana z zewnątrz i żadna podwyżka stóp jej nie stłumi. W każdym razie reakcją na wynik posiedzenia było gwałtowne umocnienie złotego. 

Jak widać Rada po prostu się wystraszyła i być może zacznie powoli normalizować politykę monetarną. Z naciskiem na „powoli”, bo RPP bardzo chce pomóc rządowi, więc wiele zależy od tego, kiedy rządzący zafundują nam wybory. One wcale nie muszą odbyć się w 2023 r. Opowiadanie o nowelizacji budżetu i przepychanie kolanem 700-stronicowego Polskiego Ładu przez Sejm może sygnalizować, że rządzący bardzo się spieszą, więc może jednak wybory wiosną? 

Unia skończy na połajankach

Po posiedzenie RPP rynek czekał na orzeczenie w sprawie wyższości prawa unijnego nad polskim, które miał wydać Trybunał Konstytucyjny pod kierownictwem Julii Przyłębskiej. W oczekiwaniu na to orzeczenie złoty już tracił. Orzeczenie oczywiście było takie, jak tego rząd oczekiwał – uznawanie prawa unijnego za wyższe nad krajowym jest niezgodne z polską Konstytucją. 

W normalnych warunkach uznane to powinno być za klasyczny prawny polexit, a Komisja Europejska powinna zahamować środki na KPO, jako że pod niepewnym sądownictwem ich los jest też niepewny. Jednak Unia Europejska jest niechętna do ostrych działań, więc najpewniej skończy się na połajankach i przeciąganiu wypłaty środków unijnych. Powstawało pytanie, jak wpłynie to na nasz rynek akcji i złotego? Okazało się, że złoty przez dwa dni mocno tracił, ale potem wrócił do powielania ruchów kursu EUR/USD (im wyższy, tym lepiej dla złotego). 

Na GPW po tych wydarzeniach zdecydowanie przeważał popyt. Bardzo pomagał we wzroście indeksów sektor energetyczno-paliwowo-surowcowy (pod wodzą PKN Orlen). 

To był oczywiście wynik wzrostu ceny ropy i surowców (to było widać szczególnie mocno na akcjach KGHM), co może nieco dziwić, bo według mnie już niedługo spółki z sektora paliwowego dostaną polecenie, żeby zmniejszyć marże (ze strachu przed gniewem wyborców). 

Nawiasem mówiąc, w 2008 r. baryłka ropy kosztowała ponad 100 dol. (maksimum to było 147). Dolar kosztował od 2 do 3,8 zł, średnio ok. 3 zł. Benzyna 95 kosztowała wtedy ok. 4,30 zł/l. Teraz ropa liczona w złotych jest ok. 10 proc. droższa (to i tak jest bardzo życzliwa ocena), a benzyna jest droższa o ponad 35 proc. Gdzie podziało się te 25 proc. różnicy? Kwestia wysokości minimalnej akcyzy narzucona przez Unię Europejską tego nie wyjaśnia. 

Na GPW szczególnie mocny był sektor bankowy, któremu bardzo pomagała podwyżka stóp oraz oczekiwanie kontynuacji podwyżek. Zwiększały to oczekiwanie wypowiedzi członków Rady. Łukasz Hardt twierdził, że normalna będzie sytuacja, kiedy stopa wzrośnie do 1,5 proc., tak jak przed pandemią, a podwyżka może być początkiem cyklu podwyżek stóp. Natomiast Eugeniusz Gatnar twierdził w rozmowie z agencja Reuters, że nie można wykluczyć kolejnej podwyżki stóp procentowych w listopadzie.

Te wypowiedzi pomogły złotemu, ale zaszkodziły rynkowi obligacji, gdzie cena 10-latek szybko spadała. Rentowność rosła i pokonała czteroletnią linię trendu spadkowego dochodząc do poziomu 2,65 proc., czyli najwyższego od czerwca 2019 r. Mówił się, że ten wzrost rentowności znacznie zwiększy polskie zadłużenie, ale ja w to wątpię. Sprzedajemy obligacje z określonym oprocentowaniem i ono przecież się nie zmienia. Nowy dług będzie miał rentowności wyższe, podobne do tych z połowy 2019 r, ale to budżetu państwa nie wywróci. 

Zbliża się hossa?

Na rynku akcji subindeks sektora bankowego szybko dążył do rekordowego poziomu. Sam indeks WIG20 pokonał szczyty z 2019 r. i naruszył górne ograniczenie 10-letniego kanału trendu spadkowego (łagodnego), co generowało sygnał kupna. I wszystko byłoby w najlepszym porządku, gdyby nie moment uderzenia popytu: podczas korekty na Wall Street i tuż po orzeczeniu, które zapadło w budynku Trybunału Konstytucyjnego. Miałem z początku podejrzenie, że to jest sponsorowana przez władze (państwowe banki, OFE itp.) reakcja, ale szybko z tej opinii zrezygnowałem – za długo i za mocno indeksy rosły. 

Są według mnie (bo pewnie znajdą się i inne) dwa wyjaśnienia tego dość nieoczekiwanego ruchu. Przede wszystkim jakiś zagraniczny kapitał mógł w końcu zauważyć, że GPW jest bardzo niedowartościowana w porównaniu z innymi giełdami globalnymi. Mogła się więc rozpocząć fala wzrostowa, którą w dawnych czasach nazywaliśmy „śmieciową” (drożały zapomniane spółki, w tym przypadku zapomniana giełda). Kapitał zagraniczny mógł akumulować akcje i czekać na moment do ataku. Czasem taki atak następuje w najmniej oczekiwanym okresie. Pamiętam, jak nastąpił w 2005 r. po wygranych przez PiS wyborach i stworzeniu dziwacznej koalicji. 

Podsumowując, trzeba wspomnieć, że dwaj giganci z rynku funduszy inwestycyjnych, czyli Goldman Sachs i JP Morgan Chase, zachęcają do kupna akcji. Goldman Sachs wręcz twierdzi (za agencją Bloomberg), że „mimo krótkoterminowej niepewności oczekujemy, że indeksy giełdowe będą rosły, bo inwestorzy dojdą do wniosku, że wzrost inflacji jest przejściowy”. JP Morgan Chase twierdzi, że obawy o nadejście stagflacji szybko znikną. 

Giganci mogą mieć rację, ale to nie znaczy, że już trzeba kupować. Korekta może się przecież nieco przedłużyć, a grudniowe dyskusje o podniesieniu limitu zadłużenia w USA mogą bardzo „bykom” zaszkodzić. Wydaje się jednak, że okres od połowy października do końca listopada powinien być dla posiadaczy akcji (również w Warszawie) korzystny.  

My Company Polska wydanie 11/2021 (74)

Więcej możesz przeczytać w 11/2021 (74) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY