W co inwestować w 2021 r.

fot. Adobe Stock fot. Adobe Stock
Mimo pandemii i spowolnienia gospodarczego indeksy giełdowe znalazły się pod koniec 2020 r. wyżej niż przed rokiem, rekordowo drogie są także obligacje. Ktoś coś z tego rozumie? W przełomowych momentach na rynku emocje biorą górę nad rozumem. Nadchodzi czas ostrożności, inwestorzy stąpają po prawdziwym polu minowym.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 1/2021 (64)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Waluty

● Euro

W 2020 r. na rynku walutowym nie brakowało emocji i zmienności, ale koniec końców – niewiele z tego wynikało. Euro podrożało wprawdzie do 4,64 zł, osiągając kurs najwyższy od 11 lat (szczytu kryzysu z 2009 r.), ale tylko po to, by zawrócić z tej drogi. Co może wydarzyć się w 2021 r.? Odpowiedź przyniesie polityka. Rząd prowadzi pokerową rozgrywkę w sprawie powiązania unijnych środków z praworządnością i wszystkie żetony znalazły się już w puli. Jeśli Polska straci unijne miliardy, to oczywiście odbije się na notowaniach naszej waluty, ale rynek najwyraźniej nie zakłada negatywnego scenariusza. Z drugiej strony, realizacja inwestycji związanych z ochroną klimatu przyciągnęłaby do Polski i nowe środki unijne i zapewne także pieniądze prywatnych inwestorów zagranicznych. Jest więc szansa także na umocnienie złotego, a wsparciem tego scenariusza będzie także silna pozycja polskich eksporterów. Oczywiście po zakończeniu pandemii.

 ● Dolar

Notowania dolara są wypadkową siły dolara wobec euro i euro wobec złotego. Dolar umacniał się wobec wspólnej waluty od 2018 r. i utrzymał swoją zdobycz także w II kwartale. Później jednak zaczął tracić i być może trend ten zostanie utrzymany. Wiele zależy od tego, w którym rejonie świata pierwsza pojawi się… inflacja. Jej wzrost to ryzyko wzrostu rentowności obligacji (a więc spadku ich notowań) i odpływu kapitału. Fed deklarował wszak, że nawet wzrost inflacji nie skłoni go łatwo do podwyższenia stóp. ECB ma zaś wyraźny problem z pobudzeniem inflacji – rynek obligacji może być (i był w drugiej połowie 2020 r.) mocniejszy niż w USA.

Z tego względu dolar niekoniecznie będzie pełnił rolę bezpiecznej przystani dla rodzimych inwestorów. Oczywiście, o ile nie dojdzie do kryzysu na linii Warszawa–Bruksela. Jednak nawet wówczas to euro lub frank lepiej spełnią swoje zadanie.

● Frank szwajcarski

Choć był to rok, w którym inwestorzy poszukiwali także bezpieczeństwa, frank szwajcarski osiągnął maksimum notowań już w marcu (4,37 zł), a następnie próbował poprawić swój wyczyn na początku listopada. Bez powodzenia. Złoty okazał się zdumiewająco odporny, biorąc pod uwagę stanowisko rządu (poparte uchwałą parlamentu), w sprawie unijnego budżetu.

Skoro złoty jest odporny nawet na tak istotne zagrożenie jak pogorszenie stosunków z Brukselą, posiadacze kredytów frankowych mogą przyjąć, że czekają ich w 2021 r. lepsze chwile. Także z tego powodu, że frank od maja stracił wobec euro i przestał umacniać się wobec dolara. Światowy rynek nabiera apetytu na ryzyko, a to nie pomaga szwajcarskiej walucie.

Obligacje

Institute of International Finance podliczył wysokość światowego zadłużenia na 272 bln dol. na koniec września 2020 r. – o 14 bln więcej niż w marcu. Tempo przyrostu długu znacznie przekroczyło jego średni wzrost we wcześniejszych czterech latach (5 bln dol. rocznie), a ponieważ zbiegło się ono z recesją, w relacji do PKB dług skoczył do 375 proc. PKB z 331 proc. w marcu. W krajach rozwiniętych poziom ten jest jeszcze wyższy i sięga 420 proc. PKB.

Można sobie wyobrazić skutki przyrostu zadłużenia. Państwa potrzebują coraz więcej pieniędzy na ratowanie gospodarki przed skutkami pandemii. Jednocześnie wpływy podatkowe spadają, przedsiębiorstwa tracą klientów i przychody, a wraz z nimi zdolność do obsługi zadłużenia, a pozbawieni pracy i źródeł stałego dochodu konsumenci przestają spłacać raty zaciągniętych w lepszych czasach kredytów. Rynek pogrąża się w chaosie. Tyle tylko, że nic podobnego się nie wydarzyło. Na ratunek rynkom, a przez to także przedsiębiorcom, inwestorom i konsumentom ruszyły nie tylko rządy, ale również banki centralne. Jednym z oczekiwanych skutków spowolnienia ma być spadek inflacji, wobec czego władze banków centralnych uznały, że mogą pozwolić sobie na zwiększenie skali skupu aktywów z rynku i tym samym wspomóc administrację rządową (a niekiedy także i przedsiębiorstwa), robiąc w bilansach miejsce na emisje nowego długu (rządy nie sprzedają obligacji bezpośrednio bankom centralnym, ale banki, które pośredniczą w monetyzacji długu, rozumieją reguły gry). Jednocześnie banki zasilane są w płynność, której i tak im nie brak (dostęp do nowych kredytów jest utrudniony), wagi ryzyka zostały chwilowo obniżone, a klienci mogą liczyć na odroczenie terminów spłat (wakacje kredytowe) – do katastrofy na rynku długu nie doszło. Co zatem się stało?

W 2020 r. rentowność obligacji skarbowych wyznaczyły nowe historyczne minima, co oznacza, że ich notowania wspięły się do rekordowych poziomów, a pod koniec listopada aż 25 proc. notowanych na świecie obligacji miało ujemną rentowność. Tylko w okresie paniki na giełdach w marcu 2020 r. odsetek ten był wyższy (30 proc.), inwestorzy szukali bezpieczeństwa za wszelką cenę, kupowali obligacje nawet ze świadomością, że przy ich wykupie otrzymają mniej środków, niż za nie zapłacili. W drugiej połowie roku ich zakupów nie napędzał już strach, lecz chciwość. Celem jest zarobienie więcej niż 0 proc. oferowane przez banki na lokatach. Kapitał płynie, a obligacje drożeją, zatem mimo ujemnej rentowności fundusze obligacji skarbowych wykazują dodatnie stopy zwrotu. Lecz nie dzięki otrzymywanym odsetkom, ale dzięki rosnącej wycenie posiadanych obligacji. Pytanie, czy warto brać udział w tej grze pozostaje otwarte. Przed rokiem stawialiśmy w My Company Polska tezę, że polskim funduszom obligacji skarbowych może być trudno powtórzyć notowane w 2019 r. stopy zwrotu (najlepszy zarobił 9 proc.). Ale rentowność obligacji 10-letnich spadła w tym czasie z 2 proc. do 1,2 proc. i najlepszy z funduszy (inny niż przed rokiem), zarobił 8,5 proc., a średnia w grupie funduszy długoterminowych obligacji skarbowych oscylowała pod koniec niewiele poniżej 6 proc. Aby te wyniki mogły być powtórzone, rentowności musiałyby spaść jeszcze niżej (poniżej 0,5 proc.). Niemożliwe? Po 2020 r. granica tego, co niemożliwe została przesunięta bardzo daleko.

Zamiast kupować fundusze obligacji, inwestorzy mogą wziąć sprawy w swoje ręce i lokować oszczędności w obligacjach oszczędnościowych Skarbu Państwa. Nie są one notowane, nie ma więc możliwości notowania strat na wycenie, gdyby na rynkach miało dojść do zmiany sentymentu. Oprocentowanie sięga od 0,5 proc. (obligacje 3-miesięczne) do 1 pkt proc. ponad inflację (obligacje 10-letnie). I właśnie na obligacje indeksowane inflacją warto zwrócić uwagę – projekcja NBP przewiduje, że inflacja ustabilizuje się w okolicach 2,5 proc., tzn., że obligacje 4- i 10-letnie mogłyby dawać 3,25 proc. (4-letnie) i 3,5 proc. (10-letnie) odsetek rocznie. W pierwszym roku ich oprocentowanie jest stałe i wynosi odpowiednio 1,3 proc. i 1,7 proc.

Z kolei rynek obligacji korporacyjnych w Polsce wyraźnie się ożywił w drugiej połowie roku, ale przedsiębiorstwa kierowały emisje głównie do inwestorów instytucjonalnych. Drobnym inwestorom przedstawiano głównie możliwość udziału w małych, ryzykownych emisjach w zamian za 6–7 proc. odsetek. W 2021 r. raczej niewiele się pod tym względem zmieni.

Giełda

● Rynki zagraniczne

Na początku grudnia indeks S&P 500 grupujący największe spółki notowane na giełdzie w Nowym Jorku wyznaczył nowy rekord w cenach zamknięcia na poziomie powyżej 3700 punktów (w styczniowym „My Company Polska” z 2020 r. w 10 szokujących prognozach szacowaliśmy, że indeks wzrośnie do 3700 pkt – i mieliśmy rację!). Inwestorom nie przeszkodziła ani pandemia, ani niepewny wynik wyborów w USA, ani żadne inne wydarzenia geopolityczne o światowym znaczeniu. Jeśli wzrosty utrzymają się do lutego, hossa trwać będzie 12 lat. Przy rekordowo niskich stopach procentowych, tanim długu i perspektywie odbicia w gospodarce zranionej przez pandemię, wzrost cen akcji ma jeszcze szanse przyspieszyć.

Jednak inwestorzy powinni uważać na ewentualną euforię. Będzie to sygnał opuszczenia rynku, a nie do wzięcia udziału w wyścigach do zakupu akcji. Sygnałów ostrzegawczych nie brakuje. Wskaźnik P/E (cena do zysku; wskaźnik informuje, ile lat firma musi działać w niezmienionych warunkach, by wypracować zyski równe jej bieżącej wartości rynkowej) sięga 36,8 (przed rokiem – 24, wieloletnia średnia to 17) i jest najwyższy od 2009 r. (końca poprzedniej recesji). Stopa zysków (zyski przypadające na akcje, w porównaniu do ich wartości rynkowej) spadła do 2,7 proc. i znalazła się niebezpiecznie blisko rentowności obligacji skarbowych (30-letnie dawały w tym czasie 1,6 proc.). Do tego dochodzą bieżące dane – o rekordowo niskim poziomie gotówki na rachunkach inwestycyjnych, bliskim historycznych minimów krótkich pozycjach na akcjach (prawie nikt nie gra na spadek cen), przewadze sprzedających akcje wśród insiderów (osób na kierowniczych stanowiskach w spółkach) – wygląda na to, że prawie każdy, kto chciał mieć amerykańskie akcje, licząc na ich wzrost po zakończeniu pandemii czy zmianie lokatora w Białym Domu, już je miał. Kontynuacja hossy jest możliwa, ale potrzebne byłyby nowe impulsy mobilizujące dodatkowy kapitał. Negatywne – niespodziewane – czynniki mogą wywołać gwałtowny ruch w przeciwnym kierunku.

W Europie akcje były pod koniec grudnia znacznie tańsze – wskaźnik P/E dla 30 największych spółek notowanych we Frankfurcie to 15,4, w Londynie 100 największych firm wyceniano na ponad 19 lat zysków. Są jednak ku temu powody – skutki brexitu wciąż są jeszcze nieznane, europejska gospodarka mocniej odczuwa skutki pandemii niż USA (PKB ma spaść w strefie euro o ponad 7 proc., w USA o ponad 4 proc.), ale ma też szansę na szybsze odbicie.

● GPW

Notowanych w Warszawie akcji nie można nazwać już tanimi, zwłaszcza w sektorze dużych i średnich firm. Pod koniec listopada wskaźnik P/E sięgał 19,6 dla spółek z WIG20 (największe firmy na giełdzie) i 20,5 dla mWIG. Z tej perspektywy widać jaką okazją była wiosenna przecena akcji wywołana pierwszą falą pandemii – wskaźniki P/E spadł wówczas do 10 (pisaliśmy wówczas w „My Company Polska” o dobrym momencie do zakupu akcji spółek dywidendowych).

Niemniej indeksy naszej giełdy wciąż nie odrobiły strat z wiosennej fali panicznej wyprzedaży, choć sztuka ta udała się nie tylko indeksom giełd rozwiniętych, ale także sporej części rynków wschodzących. Ewidentnie nasz rynek jest postrzegany gorzej niż inne giełdy, ale wcale nie lepiej spisują się indeksy innych giełd naszego regionu.

Szansą dla naszego rynku będą inwestycje zmierzające do ograniczenia emisji dwutlenku węgla, ale także napływ środków do PPK, zobligowanych do inwestowania w akcje. Jeśli włączą się w to także inwestorzy indywidualni szukający szans na zyski przekraczające inflację (na lokatach nie mają na to szans) i inwestorzy zagraniczni, jest szansa na dobry rok na warszawskiej giełdzie.

Nieruchomości

Pandemia zmienia rynek nieruchomości, ale trzeba pamiętać, że jest to także rynek o bardzo dużej inercji. Nie zobaczymy na nim wzrostu cen o 30 proc. rocznie, podobnie rzecz się ma z tempem spadku. Rozgrywa się jednak mniej więcej ten scenariusz, przed którym przestrzegaliśmy przed rokiem – wzrost cen zatrzymał się, rynek najmu stał się trudniejszy dla posiadaczy mieszkań, zaś rynek pracy wyhamował, a wraz z nim zmniejszyły się możliwości kupujących i najemców.

Raporty rynkowe nie są jednoznaczne. Część prywatnych firm mówi o spadkach cen mieszkań, część utrzymuje, że ceny jeszcze rosną, ale rozbieżności są efektem badanej próby. W opublikowanym pod koniec listopada raporcie Expandera i Rentier.io analitycy skupili się nie na cenach, ale na liczbie ogłoszeń. W badanych serwisach pojawiło się ich 66,4 tys., czyli o 37 proc. więcej niż rok wcześniej (dane za październik). Jest to także rekordowa liczba ogłoszeń, 

od kiedy powstają raporty. Liczba mieszkań szukających nabywcy na rynku wtórnym wzrosła o 49 proc., a liczba ogłoszeń z nowymi mieszkaniami wzrosła o 13 proc.

Rynkowe spowolnienie potwierdza też raport AMRON-Sarfin – liczba udzielonych kredytów hipotecznych spadła w III kwartale o 18,3 proc. r/r. Sprzedaż nowych mieszkań – to dane na podstawie raportów deweloperów notowanych na giełdzie – spadła w II kwartale o prawie 30 proc. r/r, w III kwartale sprzedaż była niemal taka sama jak rok wcześniej (prawdopodobnie wspomógł ją odłożony popyt z wiosny).

Nieruchomości na wynajem nie przestały być dobrą inwestycją o rentierskim charakterze, ale pandemia zmieniła rynek. Uczelnie przeszły na zdalny tryb nauczania (studenci zostali więc w domach), a ponieważ zamarł ruch turystyczny, właściciele mieszkań na wynajem krótkoterminowy stracili źródło przychodów. Część z nich może pozwolić sobie na przetrzymanie gorszych czasów, ale część kupiła mieszkania na kredyt i nie może pozwolić sobie na dalsze straty. Z kolei kupujący muszą zmierzyć się z podwyższonymi wymaganiami banków w ocenie zdolności kredytowej. Marże kredytów z minimalnym (10-procentowym) wkładem własnym przekraczają 3 pkt proc. Jeśli ktoś ma 20 proc., może liczyć na 2 proc., ale różnica to kilkadziesiąt tysięcy złotych wkładu własnego.

Pandemię uda się zapewne opanować w 2021 r. i element ten przestanie mieć tak duży wpływ na rynek. Ale gorsza koniunktura gospodarcza, proces podnoszenia się branż najbardziej dotkniętych pandemią (turystyka, restauracje, handel, usługi, kultura i sztuka) potrwa znacznie dłużej. To oznacza, że kupujący z myślą o wynajmie nie muszą spieszyć się z transakcjami – wygaśnięcie pandemii nie musi oznaczać automatycznie wzrostu cen. Deweloperzy wstrzymali się z zakupami nowych gruntów, materiały budowlane i robocizna przestały drożeć – czynniki cenotwórcze nie oddziałują w kierunku wzrostu cen, a kupujących jest mniej. Mimo to 2021 r. może być dla kupujących dobrym momentem. Na tym rynku najlepiej kupować, gdy inni się boją, a sprzedawać, gdy rządzi chciwość.

Warto brać jednak pod uwagę istotny dla długoterminowych inwestycji czynnik – demografię. Pokolenie „gierkowskiego” wyżu ma dziś 40 lat, własne rodziny i miejsca zamieszkania. Mieszkania kupują ludzie młodsi, a tych jest coraz mniej. Od 1980 do 2000 r. wskaźnik dzietności w Polsce spadł z ponad 2 (dwójki dzieci na matkę), do 1,2. Dane demograficzne były w ostatnich latach przysłonięte migracjami do dużych miast i imigrantami napływającymi do Polski. Ale wcześniej czy później da o sobie znać.

Metale szlachetne

Czy złota hossa dobiegła końca? Ostrożnie z takimi wnioskami. Od grudnia 2019 r. do końca listopada 2020 r. notowania złota wzrosły z 1470 dol. za uncję to 1780 dol. za uncję, ale wcześniej – w sierpniu – cena kruszcu sięgnęła 2071 dol. Wcześniejszy wzrost był efektem nie tylko obaw o większą inflację i skutki „dodruku”, ale także spadku rentowności obligacji do rekordowo niskich poziomów. Kupując złoto inwestorzy dywersyfikowali portfele. Obligacje dawały niską rentowność, co wspierało złoto, którego posiadanie daje korzyści tylko, jeśli drożeje (lub – w naprawdę długiej perspektywie – zachowuje wartość lepiej niż jakikolwiek inny pieniądz). W listopadzie rentowności amerykańskich obligacji wzrosły, a notowania złota spadły łącznie o 300 dol. (15 proc.) od szczytu.

Biorąc pod uwagę olbrzymi stopień niepewności rynkowej i dość przewidywalne przyszłe działania banków centralnych (zwiększenie podaży pieniądza w razie załamania koniunktury gospodarczej), korektę notowań złota, ale także srebra, które potaniało o ponad 20 proc. od szczytu w sierpniu, można uznać za dobry moment do zakupu przecenionych metali. Nie należy jednak działać pochopnie – korekta może się jeszcze rozwinąć i złoto może znaleźć dno także niżej, w okolicach 1550 dol. za uncję – to poziom, z którego startował rajd cen złota w 2020 r.

Co ciekawe, presji podaży nie poddały się ani pallad, ani platyna (ta ostatnia w ogóle nie brała udziału w rajdzie metali szlachetnych).  W obydwu przypadkach znaczenie może mieć ich przemysłowe zastosowanie w katalizatorach samochodowych. Zaostrzenie norm emisji spalin może wzmóc popyt na samochody z napędem hybrydowym, w których katalizatorach zawartość obu metali jest wyższa. 

Oszczędzanie

Zestawienie wysokości oprocentowania lokat bankowych, bieżącej i prognozowanej inflacji (2,4 proc. w listopadowej projekcji NBP) daje fatalne rezultaty. Pieniądze przetrzymywane w bankach będą traciły siłę nabywczą przez kolejny rok z kolei. Już w ub.r. posiadacz bankowej lokaty stracił realnie ok. 2,5 proc. Powtórzenie tego wyniku w 2021 r. i 2022 r. jest bardzo prawdopodobne. Skumulowana strata może sięgać ponad 7 proc., co okaże się szczególnie frustrujące, jeśli w koszyku inflacji uwzględnimy inne dobra i usługi niż te brane pod uwagę przez GUS. Produkty rolne i rachunki na utrzymanie domu – a więc niezbędne wydatki, dla których nie ma zamienników – drożeją bowiem znacznie szybciej niż o 2,5–3 proc. w skali roku.

Aby ochronić pieniądze przed skutkami inflacji ich posiadacze będą musieli przenieść je z banku w inne miejsca. Do pewnego stopnia rozwiązaniem może być korzystanie z promocyjnie oprocentowanych lokat innych banków, ale promocje mają zwykle charakter czasowy i ograniczony, co do wysokości lokowanej kwoty.

Alternatywą mogą być fundusze rynku pieniężnego, których wyniki – wobec zerowych lub wręcz ujemnych rentowności krótkoterminowych obligacji – są zależne od tego, czy obligacje będą nadal drożały (traciły rentowność). Odwrócenie sytuacji na rynkach (wzrost rentowności) może doprowadzić do ujemnych stóp zwrotu w tej grupie funduszy, choć ryzyko jest ograniczone właśnie bliskim terminem zapadalności obligacji, w które tego rodzaju fundusze lokują środki klientów. Stabilniejsze stopy zwrotu mogą osiągać (i tak się dzieje istotnie) fundusze polskich obligacji korporacyjnych, lecz i te należy wybierać z dużą rozwagą. Część z nich dobre wyniki w ostatnich miesiącach zawdzięcza dużemu udziałowi w aktywach obligacji skarbowych lub obligacji kupionych na rynkach zagranicznych, a w takim wypadku nie można mieć pewności powtarzalności osiąganych wyników.

Inwestycje alternatywne

Czy to bitcoin tak szybko zyskuje, czy raczej waluty fiducjarne tracą na wartości? – to jedno z wielu pytań, które można stawiać, rozważając inwestycje z obszaru „alternatywnych”. Od marca 2020 r. notowania bitcoina wzrosły z 4 tys. dol. do 19,5 tys. dol. pod koniec listopada. Rekordowy poziom notowań z końca 2017 r. był na wyciągnięcie ręki. Rekord nie padł, ale zabrakło do tego naprawdę niewiele. Popularność kryptowalut można wiązać z rosnącą podażą pieniądza (banki centralne skupując obligacje rządów kreują nowe pieniądze), lecz większość z „nowych pieniędzy” nie trafia do obiegu, nie uczestniczy w dalszej kreacji pieniądza w gospodarce. Obieg gotówki konieczny do podtrzymania gospodarki, ale też mający siłę wywołania inflacji, czyli psucia pieniądza papierowego, zapewniają różnego rodzaju programy pomocowe rządów. Im więcej będzie takich programów, tym trudniej będzie przewidzieć ich skutki. Kryzysy mogą być w ten sposób odraczane na koszt podatników, ale prawdziwą ceną jest ryzyko wywołania niekontrolowanej inflacji. Część posiadaczy kapitału ma potrzebę ochrony oszczędności przed realizacją takiego scenariusza i bitcoin jest jedną z możliwości. Wobec dużej zmienności kursu, bitcoin nie może stać się pełnoprawną walutą, skala wahań sprawia, że jest on – i inne kryptowaluty – raczej celem dla spekulacyjnie nastawionych inwestorów, a nie tych myślących o oszczędzaniu.

Gorącym tematem inwestycyjnym mogą stać się w kolejnych latach akcje spółek kojarzonych z ochroną klimatu. Dążenia Unii do ograniczenia emisji dwutlenku węgla są wyraźnie nakreślone, na podobną ścieżkę wstąpią wkrótce USA i Chiny. Najpopularniejszy ETF (pasywnie zarządzany fundusz) lokujący w spółki z branży zyskał od marca 150 proc., przebijając dokonania indeksów spółek technologicznych. Ze zmianą klimatu mogą wiązać się także inwestycje w notowania tzw. miękkich surowców. Katastrofalne zjawiska klimatyczne pojawiają się już na tyle często i w tak dużej skali, że zaczynają wpływać na wielkość zbiorów w globalnym wymiarze. Notowania soi są najwyższe od czterech lat, cena pszenicy osiągnęła w październiku poziom najwyższy od sześciu lat, a kukurydzy od półtora roku. A mówimy o zbożach najpowszechniej uprawianych i najmniej wymagających, jeśli chodzi o warunki pogodowe. Znacznie bardziej wymagające kawa i kakao, choć drożały, nie przebiły maksimów z 2019 r., a droga do szczytowych wartości z pierwszej dekady wieku jest jeszcze bardzo daleka.

---

Inwestycja w innowacje

Marek Dietl, prezes zarządu Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie

Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono” – pisała w jednym z wierszy nasza wybitna noblistka Wisława Szymborska. Przywołuję te słowa w roku, który był szczególnym sprawdzianem dla światowej gospodarki, ale także polskiego rynku kapitałowego i Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie (GPW). Wysoka zmienność na parkiecie i olbrzymia aktywność inwestorów, a wraz z nimi rekordowa liczba obsługiwanych zleceń i komunikatów stanowiły dla GPW wyjątkowy test. Giełda zdała go w stu procentach, generując przy tym pokaźne zyski dla swoich akcjonariuszy. 

Z drugiej strony, wydarzenia ostatnich miesięcy przetasowały znaczenie wielu notowanych spółek na naszym parkiecie. Część z nich, jak choćby branżę turystyczną, wpędziły w niemałe kłopoty, innym pozwoliły gwałtownie wzrosnąć. Do kategorii tych drugich bez wątpienia zaliczyć można sektor gamedev. Od października tego roku GPW jest światowym liderem pod względem liczby notowanych spółek z sektora gamedev. Obecnie na warszawskich parkietach – Głównym Rynku i NewConnect – notowanych jest łącznie 49 spółek z tej branży (stan na 4.12.2020). Wyprzedziliśmy takich technologicznych gigantów, jak giełdy w Japonii czy Korei Południowej. Jednak potencjał tego rynku jest jeszcze większy: według danych z raportu The Game Industry of Poland Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości w Polsce funkcjonuje 440 studiów gamingowych. Oznacza to, że mamy 391 potencjalnych kandydatów do IPO (pierwszej oferty publicznej) w przyszłości.

Łączna kapitalizacja spółek z gamedev na GPW wyniosła w listopadzie 2020 r. ponad 50 mld zł. Notowane firmy wygenerowały 55 proc. przychodów całego sektora szacownych na 2,1 mld zł w 2019 r. Potencjał rynku wciąż się nie wyczerpał, co potwierdzają dane z raportu PARP wskazujące, że przychody branży rosną dynamicznie z roku na rok: z 12 proc. w 2018 r. do 32 proc. w 2019 r.

Podstawą wyceny spółek gamedev są przychody. Średni wskaźnik ceny do przychodów dla spółek notowanych na giełdzie z tego sektora wynosi obecnie 43,47. Biorąc to pod uwagę, polskie spółki growe, które jeszcze nie weszły na giełdę warte są potencjalnie 41 mld zł. Przyjmując, że spółki te mają średnio 10 właścicieli to mamy łącznie 3910 akcjonariuszy, z których dziś każdy średnio ma niepłynny majątek o wartości ok. 10 mln zł. Debiut wszystkich spółek gamedev na giełdzie sprawiłby, że mielibyśmy prawie 4 tys. nowych milionerów z majątkiem ok. 10 mln zł każdy. 

Boom na debiuty giełdowe producentów gier trwa od kilku dobrych lat. Co druga spółka debiutująca w ciągu ostatnich dwóch lat na warszawskim rynku to spółka z sektora gamedev. Chętnie wchodzą na giełdę z wielu powodów, m.in. ze względu na łatwe pozyskanie finansowania. Dużą wartością, którą GPW umożliwia inwestorom indywidualnym, jest inwestowanie w innowacyjne firmy na wczesnym etapie rozwoju.

Rynek gamedev ma w sobie wciąż niewykorzystany potencjał do rozwoju, wzrostu i zagospodarowania na parkiecie: nawet 90 proc. podmiotów z tej branży funkcjonuje poza GPW i jest odpowiedzialnych za 45 proc. przychodów całego sektora w Polsce. Liczę, że do przekonania tych 90 proc. przedsiębiorstw przyczyni się również szeroka oferta GPW kierowana zarówno do dużych, jak i małych spółek z sektora gamedev. 

My Company Polska wydanie 1/2021 (64)

Więcej możesz przeczytać w 1/2021 (64) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY