Strategia karalucha

Złoto
Złoto to ważny element strategii karalucha, fot. Shutterstock
Preppersi szykując się na koniec świata, robią zapasy, szykują schronienie. A co robią inwestorzy? Tworzą survivalowy portfel. Oto jeden prosty przepis.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 5/2022 (80)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Karaluchy to niezbyt sympatyczne stworzenia, które jednak posiadły cenną umiejętność – przetrwania w ekstremalnych warunkach. Trzy kwadranse bez tlenu, pół godziny pod wodą, wybuch bomby atomowej (to nie mit – widziano je w Nagasaki i Hiroshimie) – karaluchy w wielu dyscyplinach radzą sobie lepiej niż ludzie. Zwłaszcza że ich ciała potrafią funkcjonować nawet wiele tygodni po dekapitacji (głowa zwykle tylko kilka godzin). Nic dziwnego, że przeżyły nawet dinozaury. Przeżyją też i nas (choć nie te gatunki, które uzależniły się od naszej bałaganiarskiej obecności).

W listopadzie 2012 r. strateg Societe Generale – Dylan Grice – pochłonięty poszukiwaniami optymalnego portfela inwestycyjnego zdolnego przetrwać największą nawet recesję (nietrudno zrozumieć, że impuls do rozmyślań dał kryzys z lat 2007–2009, który w Europie przedłużył się do 2012 r. z powodu ryzyka upadku Grecji) zaproponował w newsletterze strategię, której stawiał jeden cel – przetrwanie. I nazwał ją strategią karalucha, ponieważ przypominała mu te właśnie stworzenia. Strategia nie jest wyszukana, nie opiera się na skomplikowanych algorytmach i nie wymaga rozległej wiedzy. Zakłada podział portfela na cztery równe części: akcje, obligacje, gotówka i złoto.

W obliczu tego co już się wydarzyło (wzrost inflacji, napaść Rosji na Ukrainę) i naszych obaw o przyszłość (droższe kredyty, spadek aktywności gospodarczej dalszy wzrost cen), każdy pomysł na przetrwanie wart jest rozważenia. Okazuje się, że wyniki strategii karalucha okazały się więcej niż dobre, jeśli weźmiemy pod uwagę dwa nadzwyczaj niespokojne przecież okresy. W marcu minęły zarówno dwa lata od wybuchu pandemii Covid-19, jak i miesiąc od agresji Rosji na Ukrainę. Co szczególnie istotne wynik inwestycji pobił także wskazania inflacji w tym okresie, która narastająco (przyjmując luty 2020 r. za punkt wyjścia) wyniosła 111,2 proc. 

Lekka i szybka

Zasadniczą cechą, ale i w tych konkretnych warunkach zaletą portfela karalucha jest jego płynność. Wszystkie cztery jego części albo de facto są gotówką dostępną na żądanie, albo mogą zostać zamienione na gotówkę w ciągu kilku minut, godzin lub – w najgorszym wypadku – dni, w zależności od tego, jak chcemy daną transakcję przeprowadzić. 

Zauważmy, że w portfelu karalucha nie ma miejsca na nieruchomości, dzieła sztuki lub inne aktywa, które trudno byłoby natychmiast sprzedać, a połowę z nich da się też łatwo przewieźć przez granicę w formie materialnej. 

Największą zaletą tego portfela – obok prostoty – jest „lekkość” konstrukcji i możliwość dokonywania korekt czy też sięgnięcia po oszczędności w niemal dowolnie wybranym momencie.

W porównaniu z innymi strategiami, daje ona posiadaczowi oszczędności komfort psychiczny – pieniądze zawsze są tuż pod ręką. 

Ponadto, straty w jednej części portfela mogą być rekompensowane w innej, a same straty nigdy nie są tak duże, żeby groziły utratą zasadniczej części kapitału. Nawet 50-procentowe tąpnięcie na giełdzie oznaczałoby zaledwie 12,5-procentowy spadek wartości oszczędności, ale przecież w takich warunkach należałoby się spodziewać silnego wzrostu części obligacyjnej lub złota, zaś posiadana gotówka pozwoliłaby w razie potrzeby odkupić np. przecenione akcje po okazyjnej cenie.

Co ciekawe, strategia może być realizowana nawet bez udziału człowieka i raz założony portfel może generować zyski przez wiele lat.

Diabelskie szczegóły

Warto jednak zauważyć, że odzwierciedlenie strategii karalucha w rzeczywistości wcale nie jest sprawą trywialną. Przede wszystkim nie sposób kupić portfela, który idealnie naśladowałby zachowanie WIG. Inwestor już na starcie stanie przed dylematem, czy kupić akcje konkretnych spółek, oddać środki w zarządzanie (ale komu?), czy może wybrać pasywnie zarządzany ETF odzwierciedlający zachowanie indeksów dużych lub średnich albo małych spółek.

Teoretycznie najłatwiej poradzić sobie z częścią zainwestowaną w złoto. Na rynku finansowym możemy kupić zarówno instrumenty naśladujące notowania złota, jak i  udać się do dilera i wybrać interesujące nas monety bulionowe, które wyceniane są później zgodnie z wartością złota w danym kraju. 

Najtrudniej ma się sprawa z obligacjami. Problem polega na tym, że samodzielny zakup obligacji lub zakup jednostek funduszu obligacji może dać skrajnie różne rezultaty. Nie po prostu różne, jak przy inwestycjach w akcje i fundusz akcji (zwykle fundusze zarządzane aktywnie nie są w stanie pobić giełdowych indeksów), ale skrajnie różne. W zależności od wybranej metody przez ostatnie dwa lata można było zarobić na obligacjach skarbowych ok. 12 proc. jak i… stracić 25 proc. w funduszu długoterminowych obligacji skarbowych.

Lokowanie gotówki to – w czasie, gdy banki oferują tylko symboliczne oprocentowanie depozytów – najmniejszy problem, choć oczywiście i ten włos da się podzielić na czworo.

Akcje na etapy

Spróbujmy zatem poradzić sobie z przygotowaniem własnej konstrukcji portfela przy utrzymaniu jego głównych założeń.

Skoro najważniejszą cechą portfela jest jego płynność, część akcyjna nie powinna być powiązana tylko z rynkiem polskim, na który oddziałuje wiele czynników, jakich gdzie indziej może nie być, by wymienić tylko bliskość granic agresora.

Na GPW inwestorzy mogą kupić fundusze ETF na indeksy zagraniczne – S&P 500, Nasdaq 100 oraz niemiecki DAX, przy czym Nasdaq 100 reprezentuje spółki z giełdy technologicznej, a więc zazwyczaj spółki „wzrostowe”, które jednak mają mniejsze szanse na wzrost w dojrzałej fazie hossy i wobec przygotowań do recesji. Spółki „starej ekonomii”, dojrzałe i przede wszystkim zadłużone w mniejszym stopniu, poradzą sobie prawdopodobnie lepiej.

Inwestor operujący na GPW może także wybierać między ETF na indeksy krajowe: WIG20, mWIG i sWIG. Jeśli jesteś stałym czytelnikiem tych kolumn w „My Company Polska”, być może pamiętasz, że spośród tych indeksów to mWIG jest najbardziej „dywidendowym indeksem” – procentowo to w jego składzie znajduje się najwięcej firm regularnie wypłacających dywidendy. WIG20 jako indeks dużych spółek najlepiej odzwierciedli nastawienie inwestorów zagranicznych do naszego rynku, zaś sWIG – indeks małych spółek – ma najwięcej wspólnego z podejściem drobnych inwestorów do inwestowania na giełdzie.

Oczywiście w przypadku akcji ważny jest także timing, czyli moment rozpoczęcia inwestycji. Strategia karalucha przyniosła dobre efekty w omawianym okresie także dlatego, że indeksy giełdowe od pewnego czasu dyskontowały początek pandemii i rosyjskiej agresji (choć w pełnoskalową wojnę wielu nie wierzyło do ostatniej chwili). Innymi słowy  akcje udało się kupić w pobliżu lokalnych dołków. Dlatego budowie tej części portfela warto poświęcić nieco czasu i rozłożyć zakupy na etapy, najlepiej dokonując ich po okresie głębokich spadków.

Uwaga na złoto z papieru

W przypadku złota inwestor z rachunkiem maklerskim ma możliwość inwestycji w certyfikaty ING Turbo i Raiffeisena, które oferują możliwość inwestowania z dźwignią (można ją regulować, ale trudno będzie zejść poniżej dwukrotnej dźwigni), ale większość rachunków maklerskich oferuje także dostęp do ETF-ów złota notowanych na innych rynkach. Zadaniem tych funduszy jest odzwierciedlenie notowań złota. Najlepiej, jeśli mają też fizyczne zabezpieczenie w kruszcu, choć podnosi to koszty operacji o koszt utrzymywania złota w skarbcach.

Wreszcie możliwy jest także zakup złota w postaci fizycznej – monet lub sztabek – co jest najlepszym, choć zarazem najkosztowniejszym zabezpieczeniem. Różnica między ceną uncji złota u dilera a ceną rynkową z notowań może sięgać 10 proc. nawet w przypadku jednouncjowych, najpopularniejszych monet (spread rośnie w przypadku monet o mniejszej wadze). W przypadku ETF ceny są zdecydowanie bliższe cenom rynkowym, a ze względu na prostotę produktu (nie ma potrzeby zawierania wciąż nowych transakcji kupna–sprzedaży), wynagrodzenie za zarządzanie jest względnie niskie (nawet poniżej 0,2 proc. rocznie).

Obligacje to też ryzyko

Również w przypadku obligacji trzeba będzie dokonać wyboru. Ponieważ celem nadrzędnym portfela jest jego płynność, koncentrujemy uwagę na papierach skarbowych – to najpłynniejszy instrument finansowy.

Grice’owi umieszczenie obligacji w portfelu karalucha mogło wydawać się o tyle słuszne, że w tamtym czasie od 30 lat ceny obligacji poruszały się w trendzie wzrostowym, rentowność sukcesywnie spadała (to oznacza wzrost cen), a banki centralne zajmowały się pilnowaniem inflacji. W kolejnych latach banki centralne prowadziły jednak politykę realnych ujemnych stóp procentowych i sprawy – z inflacją na czele –  wymknęły się spod kontroli.

Do wyboru mamy ETF na indeks obligacji skarbowych, fundusze obligacji skarbowych, samodzielny zakup obligacji skarbowych oraz obligacje oszczędnościowe Skarbu Państwa. Cechą pierwszych trzech możliwości jest wpływ wyceny obligacji na wynik inwestycji. W najbardziej uproszczonej definicji – ceny obligacji spadają, kiedy rośnie inflacja, a szczególnie mocno spadają wtedy ceny obligacji o stałym oprocentowaniu i długim terminie wykupu.

Sytuacja nie jest jednak jednoznaczna, ponieważ za nami już solidna wyprzedaż obligacji (jednostki niektórych funduszy w rok straciły ponad 20 proc. wartości!) i nie wiadomo, gdzie w zasadzie spodziewać się odwrócenia trendu.

Jeśli chcemy uniknąć ryzyka strat z wyceny obligacji, powinniśmy skupić uwagę na „wuzetkach”, czyli obligacjach skarbowych, których oprocentowanie zmienia się wraz z WIBOR lub na obligacjach oszczędnościowych, które w ogóle nie są wyceniane, za to mogą być indeksowane inflacją. Mimo tej zalety obligacje oszczędnościowe raczej nie pobiją inflacji w całym okresie inwestycji (w pierwszym roku oprocentowanie jest zbyt niskie) tak długo, jak długo bank centralny będzie utrzymywał stopy procentowe poniżej inflacji, ale zaletą obligacji oszczędnościowych jest możliwość ich przedstawienia do wykupu w dowolnym niemal momencie. Na gotówkę czeka się siedem dni i trzeba zapłacić pewną prowizję, ale warunek płynności jest zachowany i gwarantowany przez Skarb Państwa.

Najciemniej pod materacem

Ostatnią częścią survivalowego portfela jest gotówka. Trudno jednak traktować to zalecenie dosłownie. Zwłaszcza posiadacze fizycznego złota powinni wystrzegać się fizycznego posiadania gotówki, ponieważ oznaczałoby to, że pod materacem schowali połowę oszczędności.

Przechowywanie fizycznie dostępnych aktywów ma w sobie więcej ryzyka (np. kradzieży, a statystyki przestępczości w recesji rosną) niż bezpieczeństwa, w dodatku w dobie wysokiej inflacji pieniądz szybko traci na wartości. 

Trudno jednak znaleźć dla gotówki odpowiedni ekwiwalent. Alternatywą dla żywej gotówki może być zakup pewnych produktów lub usług „na zapas” i zabezpieczenie się w ten sposób przed wzrostem ich ceny w przyszłości. Może to być opłacenie rocznego abonamentu (zamiast miesięcznego) lub zgromadzenie zapasów podstawowych towarów, o których wiadomo, że i tak zostaną wykorzystane. W kostkach do zmywarki i opakowaniach makaronu nie można jednak zabezpieczyć całej ekspozycji gotówkowej.

Pomysłem może być zakup walut, zakładanie krótkoterminowych lokat lub zakup krótkoterminowych obligacji. W tym ostatnim przypadku można wziąć pod uwagę także obligacje korporacyjne. Te o bliskim terminie wykupu oferują relatywnie niskie ryzyko, za to często „wysokie plony”, rzędu 5–6 proc. za kilkumiesięczną inwestycję.

Strachy na lachy

W końcowym etapie giełdowej hossy i gospodarczej prosperity, ku zaskoczeniu wielu uczestników, często okazuje się, że dostępne „przed chwilą” kredyty na żądanie nagle przestają być dostępne i stają się koszmarnie drogie. Akcje tanieją z dnia na dzień, a ceny w sklepach są coraz wyższe. W takim okresie to gotówka, rozumiana jako zachowanie odpowiedniego poziomu płynności, staje się królową, która pozwala przetrwać najgorsze chwile. Strategia karalucha przygotowuje właśnie na ten moment, ale nikt, kto ją zastosuje, nie będzie raczej płakał, jeśli okaże się, że niepotrzebnie się bał.

I jeszcze jedno. Wbrew pozorom, karaluchy to domatorzy i nie przepadają za nowościami.

My Company Polska wydanie 5/2022 (80)

Więcej możesz przeczytać w 5/2022 (80) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY