Reklama

Olga Tokarczuk zapowiada ostatnią powieść w karierze: „Pisanie długich opowieści jest dziś ekonomicznie nieopłacalne”

Olga Tokarczuk
Olga Tokarczuk wystąpiła na scenie poznańskiego Impactu / Fot. shutterstock / Markus Wissmann
Czy w świecie powszechnego pędu i pośpiechu jest jeszcze miejsce na duże, wymagające opowieści? Olga Tokarczuk wyraża obawę, że ta era dobiegła końca. Dlatego najnowszą powieść, uważa za ostatnią w karierze literackiej. Jaki jest powód tej decyzji? "Chciałabym, żeby ktoś przyjrzał się literaturze od strony ekonomicznej. Jaki to jest wysiłek, nie tylko intelektualny, ale przede wszystkim fizyczny. Gdyby przeliczyć ile godzin spędziłam nad pisaniem "Ksiąg Jakubowych" na pensję pracownika fizycznego, żaden wydawca nie kupiłby tej książki. Dziś czytelnicy dowiadują się, jak skończyła się ta historia ze streszczeń" - mówiła Noblistka podczas spotkania z uczestnikami wydarzenia Impact w Poznaniu.

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Reklama

Poznański Impact jest jednym z najciekawszych i największych wydarzeń biznesowych w Polsce. Organizatorzy imprezy od lat stawiają na multidyscyplinarne podejście do otaczającego nas świata i w cyklu debat, paneli dyskusyjnych czy wywiadów obok najbardziej znanych przedsiębiorców swoją refleksją o świecie dzielą się także artyści, pisarze, aktorzy, reżyserzy i laureaci Nagrody Nobla. W tym roku na scenie wystąpili wybitni przedstawiciele świata kultury m.in. Olga Tokarczuk, Szczepan Twardoch, Jeff Koons, George i Amal Clooney, Borys Szyc czy Maciej Musiał.

Spotkanie z Olgą Tokarczuk zaczęło się od pytań o kondycję współczesnego czytelnictwa. 

- Wydaje się, że świat nie zasługuje już ze swoim niszczącym pędem na duże, wymagające powieści. Po prostu zmniejsza się grupa ludzi, która takie książki przeczyta. Dawniej było na nie zapotrzebowanie. Dzisiaj przeczytanie dużej książki jest dla wielu osób naprawdę ciężkim wyzwaniem i ciągle zderzam się z tym, że o tym, jak skończyły się "Księgi Jakubowe" czytelnicy dowiadują się ze streszczeń. To nie dodaje skrzydeł, a są tematy, których nie da się opowiedzieć krótko. Po prostu świat jest niezwykle skomplikowany - mówiła Noblistka w rozmowie ze Sławomirem Sierakowskiem. 

Noblistka: "Zagoniony współczesny czytelnik panicznie poszukuje opowieści skrajnie prostych"

- Wytworzyliśmy tragiczny w skutkach paradoks: świat dokoła nas na każdym polu nieprawdopodobnie się komplikuje, a zagoniony współczesny czytelnik panicznie poszukuje opowieści skrajnie prostych i absolutnie jednowymiarowych, zatracając po drodze wszelką ludzką umiejętność złożonego pojmowania rzeczywistości. Media, nachalna polityka na każdym kroku i bezustannie generowane wymagania społeczne codziennie, bez przerwy zmuszają nas wszystkich, żeby na szybko stawać po jakiejś słusznej ze stron. Pytają od świtu w kolejnych podcastach o opinie: "Co powiesz o słowach premiera? Co czujesz po wypowiedzi ministra? Co uważasz w tej sprawie?". Tego szumu jest dramatycznie wręcz za dużo, gubimy się w nim. Nadszedł absolutny czas, abyśmy nareszcie wypracowali zbawienne prawo do luksusu bycia intelektualnie przezroczystym, do pełnej przezroczystości w skomplikowanym tłumie. Nie musimy ani na siłę deklarować swoich stanowisk politycznych w każdym konflikcie, ani mieć zdania co do każdej błahej decyzji urzędników. Dajmy wreszcie samym sobie ten spokój i z pełnym, radosnym przekonaniem pozwólmy sobie na fundamentalne, ludzkie stwierdzenie: »Nie wiem, jak jest. Rozwój wypadków jest dla mnie zbyt skomplikowany, wycofuję się stąd« - radziła Olga Tokarczuk.

Ostatnia powieść w karierze pisarki "Wielu w to nie wierzy, ale jestem wykończona"

Najwięcej pytań płynących od zaintrygowanej publiczności dotyczyło decyzji pisarki o zakończeniu pracy nad najnowszą powieścią, która według jej wypowiedzi ma być ostatnią w karierze. Noblistka ku wielkiemu zaskoczeniu publiczności potwierdziła owe przypuszczenia ze stoickim spokojem, dokonując przy tym bezlitosnej diagnozy ekonomicznej dzisiejszego rynku książki literackiej.

- Wielu w to nie wierzy, ale myślę, że to już moja ostatnia powieść. Bardzo bym pragnęła, aby pewnego dnia ktoś z otwartym umysłem przyjrzał się współczesnej literaturze od strony obiektywnie ekonomicznej. Zapewniam was, że gdyby rzetelnie przeliczyć gigantyczny trud oraz tysiące morderczych godzin spędzonych na tworzeniu "Ksiąg Jakubowych", to moja pensja w systemie godzinowym zapewniłaby mi górniczą emeryturę (śmiech). [Autorka spędziła 7 lat nad pisaniem tej powieści dop. red.]. Realia są takie, że na dzisiejszym rynku absolutnie żaden wydawca nie byłby w stanie proporcjonalnie i opłacalnie pokryć kosztów tak rozległej pracy i za tę książkę odpowiednio zapłacić. Z drugiej stronie po upływie lat jestem fizycznie wykończona samym procesem pisania i ślęczeniem przy klawiaturze komputera. Skupię się więc raczej na opowiadaniach. Zaangażowanie autorów z czysto ekonomicznego punktu widzenia, w tym wymiarze długich opowieści jest po prostu trudne do wyobrażenia. Być może pomoże im symbiotyczna przyszłość i współpraca ze sztuczną inteligencją. Wbrew obawom uważam, że my, pisarze, z uwagi na specyfikę naszego rzemiosła, najszybciej i najściślej zwąchamy się z narzędziami pokroju AI. Nasze głowy, umysły literackie działają w zupełnie inny sposób; ich praca opiera się na szerokim, bardzo rozległym obwodowym i asocjacyjnym kojarzeniu faktów, co skrajnie różni się od wąskiego, bardzo ukierunkowanego tunelowego myślenia akademików. Wykupiłam sobie najwyższą, zaawansowaną wersję jednego modelu językowego i bywam w głębokim szoku, patrząc na to, jak fantastycznie powiększa on horyzonty i pogłębia myślenie kreatywne. Z drugiej strony trzeba się przy tym bardzo pilnować. Bo te rozmowy wciągają i można zatracić pierwotny cel korzystania z AI na rzecz np. poznawania a nawet odkrywania niezwykłych teorii. Gdy przy pisaniu ostatniej powieści, której premiera odbędzie się jesienią tego roku, zapytałam ten zaawansowany model o to, do jakich piosenek modli tańczyć moi bohaterowie na dansingu kilkadziesiąt lat temu podrzuciła mi kilka tytułów a na koniec dodała "i jeszcze Golec Łorkiestra", z tym zabawnym błędem w nazwie - śmiała się Noblistka.

Autorka do AI "Kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?"

- Często wprost rzucam maszynie pomysł do analizy z prośbą: "kochana, jak mogłybyśmy to pięknie rozwinąć?". Mimo że wiem o halucynacjach i licznych błędach rzeczowych algorytmów na polu ścisłej ekonomii i twardych danych, muszę oddać to, że w płynnej literackiej fikcji ta technologia stanowi atut o niewiarygodnych wprost proporcjach. Równocześnie mam w sobie dojmujący, bardzo ludzki żal nad epoką, która znika bezpowrotnie. Serce boli, że odchodzi tradycyjna literatura pisana miesiącami w samotności, będąca dziełem życia skrojonym w głowie w pełni świadomego, jednego konkretnego indywiduum. Cholernie żal mi w tym wszystkim Balzaka, Ciorana i niepowtarzalnego Nabokowa, bowiem mimo mojego entuzjazmu nie wierzę, aby jakikolwiek nowoczesny czat kiedykolwiek zdołał przemówić w tak wykwintny sposób - mówiła autorka powieści "Bieguni".

Olga Tokarczuk: Absolutnie skandaliczna decyzja Karola Nawrockiego

W drugiej części rozmowy autorka poruszyła tematykę nowej powieści. W dyskusji, która naturalnie wywiązała się z refleksji nad literaturą po 1989 roku i nurtem tak zwanych „małych ojczyzn”, nie zabrakło odniesień do twórców takich jak Stefan Chwin czy Szczepan Twardoch. Kluczowym tematem okazały się jednak Ziemie Odzyskane – obszar przez dekady marginalizowany w narodowej, ogólnopolskiej narracji. Olga Tokarczuk od lat mieszka na Dolnym Śląsku i w książkach opowiada wiele historii związanych z tym regionem. 

- Wiedziałam, że w końcu muszę podjąć temat, który w sferze naszej kultury był przez lata ewidentnie pomijany. Przez osiem dekad od zakończenia wojny ta wielka epopeja przesiedlenia milionów ludzi i zasiedlenia terytoriów należących do zupełnie innego państwa, innej kultury i języka, nie doczekała się swojej wielkiej opowieści. Właściwie weszła do mainstreamu jedynie w formach żartobliwych, jak w »Samych swoich«, a postawiłam sobie za cel potraktować ją z pełną powagą i zrobić coś dla większej zbiorowości. Po wojnie temat ten był niewygodny i przekłamany, ponieważ oficjalna propaganda, mówiąca o powrocie do macierzy, odebrała ludziom autentyczny głos. Zapanował lęk i wielodekadowa tymczasowość – moi dziadkowie, urodzeni na tak zwanych Kresach, do końca życia byli przekonani, że te ziemie nigdy nie zintegrują się z Polską. Państwo komunistyczne narzuciło wyraźną politykę homogenizującą, a Polska została zaprojektowana jako państwo centralistyczne, zbudowane na silnej centrali w Warszawie, co sprowadziło rzeczywistą różnorodność do poziomu folkloru i ludowych strojów. Wszelkie dialekty były prasowane – mój ojciec w latach siedemdziesiątych zgubił swoje wschodnie »l«, co traktuję dziś jako fakt bardzo symboliczny. My, wychowani na poniemieckich napisach na fasadach budynków, dopiero w trzecim czy czwartym pokoleniu zaczęliśmy po 1989 roku odważnie pytać o to, kim jesteśmy. Zaczęliśmy patrzeć podejrzliwie na Warszawę, która ma arogancką tendencję do narzucania dyskursu i nieodróżniania niuansów, traktując historię Polski jako coś homogenicznego i jednego. Za absolutnie skandaliczną uważam na przykład odmowę uznania języka śląskiego i traktowanie go z góry przez wyższe instancje jako nieważnego dialektu czy gwary. Mam na myśli oczywiście prezydenckie veto Karola Nawrockiego w tej sprawie - protestowała pisarka.

"Na Dolnym Śląsku naszymi przodkami są Niemcy"

Krytyka narzuconego centralizmu stała się punktem wyjścia do poszukiwania głębszej definicji tego, czym w ogóle jest polskość i jak terytorium definiuje nas samych jako obywateli. Noblistka, przeciwstawiając się monolitycznej wizji tożsamości, wskazała na przedwojenny, wielokulturowy fundament Rzeczypospolitej, odwołując się do poglądów i postaci takich jak generał Anders czy Jerzy Giedroyc. To w tym momencie autorka zaprezentowała intrygującą i autorską koncepcję „psychotopiki”, zapożyczając znane z winiarstwa pojęcie „terroir”, by wyjaśnić, w jak organiczny sposób otaczający nas krajobraz staje się nierozerwalną częścią naszej ludzkiej fizjologii i psychiki

- Naszym prawdziwym dziedzictwem kulturowym jest wielokulturowość. Jesteśmy krajem scalonym z różnych małych etnosów i to zawsze stanowiło naszą ogromną wartość, podobnie jak widział to chociażby Jerzy Giedroyc, czy generał Anders, w którego armii służyli Polacy różnego pochodzenia, w tym Niemcy i setki oficerów żydowskich. Żyjąc na Dolnym Śląsku, musimy w końcu zacząć traktować mieszkających tam przed nami Niemców jako naszych przodków – nie w sensie genetycznym czy językowym, ale jako dziedzictwo ściśle związane ze środowiskiem naturalnym, przyrodą, architekturą i pamięcią tych ziem. Wierzę głęboko, że miejsce to coś więcej niż tylko scena wydarzeń, na której odgrywamy nasze życia. Ono nas na wskroś buduje. Nazywam to psychotopiką, czyli fascynującą dziedziną łączącą istotę ludzką z przestrzenią, w której ona przebywa. Wprowadziłam rozróżnienie między zwykłym terytorium a zapożyczonym od francuskich winiarzy pojęciem »terroir«, które określa zespół czynników takich jak słońce, woda i ekspozycja stoku, sprawiających, że każde wino jest absolutnie inne. Przecież ludzkie ciało składa się w dziewięćdziesięciu procentach z wody. Żyjąc w Warszawie, we Wrocławiu, na wsi, w Sudetach czy nad naszym morzem, nasiąkamy specyficzną wodą danego miejsca, wchodząc w niezwykle intymną i organiczną relację z otoczeniem, które nas codziennie wychowuje. Ta tajemnicza, na wpół magiczna i psychologiczna siła współistnienia ze środowiskiem w żadnym razie nie może pozostawać obojętna dla naszych ciał i naszej psychiki - wyjaśniała laureatka nagrody Bookera.

Ciekawe odkrycie Noblistki: "Wałbrzych miał być Etniczną Republiką Żydowską"

Ta na wpół fizyczna relacja z otoczeniem gwałtownie zderzyła się z powojennym dramatem wysiedleń, do którego Tokarczuk wprost powraca na łamach nowej powieści. Prowadzący rozmowę Sławomir Sierakowski zauważył, że najnowsza twórczość noblistki, chociażby za sprawą "Empuzjonu", na nowo układa mapę polskiej świadomości i pamięci literackiej, uwzględniając terytoria tradycyjnie pomijane przez centralną optykę. W tym kontekście pisarka nakreśliła wstrząsający, historyczny obraz Wałbrzycha i Legnicy po roku 1946, snując dodatkowo szalenie odważną wizję alternatywnych losów pisarza Brunona Schulza, którego wręcz domagała się włączać w poczet rdzennych pisarzy dolnośląskich.

- Akcja mojej książki rozpoczyna się w czerwcu 1946 roku, na wyczyszczonym w ogromnym stopniu z niemal dwóch milionów Niemców obszarze Dolnego Śląska. W to puste miejsce przybywają potwornie wyniszczeni wojną ludzie, ciągnący piechotą ze swoimi wózkami – brudni, obdarci, głodni i przestraszeni. Równolegle, skuszeni przez system socjalistyczny, osiedlają się tam górnicy z Francji, a także potężna powojenna emigracja Żydów ocalałych z Holokaustu, powracających zza odległego Uralu nierzadko z rosyjskimi małżonkami. Pamiętajmy, że powojenna Legnica funkcjonowała wtedy niczym rodzaj rozległego kibucu, a w samym sercu Wałbrzycha istniała cała, odrębna dzielnica, do dziś z tego powodu, zwana przez mieszkańców Palestyną. Z pewnością niewielu zdaje sobie sprawę z tego, że tuż po drugiej wojnie światowej ta silna społeczność żydowska w Wałbrzychu, Dzierżoniowie i Bielawie miała niezwykle wyraziste ambicje polityczne polegające na stworzeniu na tych ziemiach etnicznej Republiki Żydowskiej. Zostały z tamtego okresu konkretne dokumenty i niezwykłe fotografie z pochodów pierwszomajowych wypełnionych hebrajskimi transparentami, ale dramatyczny pogrom kielecki w czterdziestym szóstym roku sprawił, że te wielkie nadzieje na nową rzeczywistość szybko i boleśnie się rozwiały, wywołując potężną falę ucieczek przez zieloną granicę. Biorąc pod uwagę ten wielki, powojenny tygiel narodowościowy, wprost proklamuję dzisiaj Brunona Schulza pełnoprawnym pisarzem dolnośląskim. Wiem doskonale, że brzmi to nieprawdopodobnie i ryzykownie, ale gdyby w alternatywnej wersji historii Schulz jakimś cudem nie został zamordowany, z absolutną pewnością przyjechałby do Wałbrzycha wraz ze wszystkimi ocalałymi Żydami z Drohobycza i Borysławia. Jego subtelna i unikalna wrażliwość fenomenalnie współgrałaby właśnie z tamtymi wykorzenionymi ludźmi; najpewniej uczyłby jako belfer w jakimś wałbrzyskim lub dzierżoniowskim liceum i z powodzeniem pisałby tam swoje wyjątkowe dzieła. Dopiero z biegiem lat, jak w wielu innych przypadkach, z pewnością brutalnie ściągnęłaby go do siebie stołeczna Warszawa, po czym z racji swojego talentu dostałby Nobla i umarł samotnie gdzieś na obczyźnie - mówiła Olga Tokarczuk.

„Potrafię już chronić się przed hejtem. Początkowo moje ciało zareagowało, jak na groźbę śmierci”

Podczas gdy na wielkim ekranie konferencyjnym w Poznaniu zaczął wyświetlać się specjalny kod QR umożliwiający publiczności zadawanie pytań, atmosfera na scenie przeszła z szerokich rejestrów historycznych na bardzo intymne i prywatne odczucia samej autorki. Padły ważne pytania od zgromadzonych czytelników m.in. o to, z czym współcześnie nieustannie mierzy się każdy człowiek wychodzący przed szereg – o niszczący internetowy hejt i bezpodstawne oskarżenia o wyimaginowaną „niepolskość”. Odpowiedź noblistki dowiodła, że lata brutalnych ataków środowisk konserwatywnych zdołały ją tylko umocnić w wierze w tolerancję

- Mówiąc o hejcie w internecie, to dzisiaj naprawdę dobrze sobie z nim radzę, chociaż muszę przyznać, że sam początek był dla mnie przerażającym przeżyciem. Kiedy po raz pierwszy doświadczyłam tak zorganizowanego ataku, z biologicznego punktu widzenia moje własne ciało potraktowało to wszystko, jako realną groźbę śmierci; stres mnie sparaliżował, musiałam sięgnąć po specjalistyczne leki przeciwlękowe. Dzisiaj z perspektywy czasu doskonale rozumiem, że jest to nieodłączna, mroczna część nowoczesnej infosfery, ale nauczyłam się w niej funkcjonować. Czasami ktoś anonimowo rzuca we mnie obelgami, oskarżając o »niepolskość«. Ale szczerze pytam: co to dzisiaj właściwie znaczy być czystym Polakiem? Czy mamy sobie zacząć nawzajem badać krew, czy też będziemy usilnie poszukiwać jakiejś unikalnej, typowo polskiej mutacji genetycznej decydującej o przynależności do narodu? Szczerze mówiąc, wcale i pod żadnym pozorem nie mam ambicji bycia ową wzorową, czystą Polką. Dla odmiany, ta pozorna i często zarzucana nam »niepolskość« terenów Dolnego Śląska wygenerowała absolutnie fascynującą, otwartą mieszankę międzyludzką oraz bardzo odważne, mocno zlaicyzowane, bezustannie podróżujące i ruchliwe społeczeństwo z głębokim zapatrzeniem na zachód Europy. Nasza ludzka kultura i prawdziwa polskość to pojęcie o wiele pojemniejsze niż sztucznie zmitologizowana jeszcze przez komunistyczne państwo polityczna legenda o pięknej wigilijnej kolacji spędzonej identycznie w każdym domu. To przecież nieprawda. Na stole mamy często inne potrawy w zależności od regionu, mówimy dialektami i mamy różne obyczaje związane z tym świętem. Polska to patchwork, urzekające swą odmiennością wschodnie dialekty, a także zupełnie inna, o wiele bogatsza i skomplikowana historia tych granic fantomowych oraz rozległa pamięć zjawisk takich jak wybuchła »Prześniona rewolucja«, opisana szeroko przez Andrzeja Leddera, którego książki bardzo cenię - polecała Olga Tokarczuk. 

Reklama

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Reklama
Reklama