Porzuceni i bossowie internetu

fot. Michał Mutor fot. Michał Mutor
Wraz z każdą innowacją pojawia się strach. Kiedyś ogarnął on luddystów, czyli tkaczy, którzy niszczyli automatyczne krosna, a jeszcze wcześniej greckich żołnierzy, kiedy wynaleziono katapultę. Ta debata trwa do dziś, a toczy się z pozoru prostego pytania. Czy postęp technologiczny zniszczy miejsca pracy?
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 6/2019 (45)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Jedni ostrzegają, że tak – jeśli nawet nie od razu zastąpią nas algorytmy i roboty, to przynajmniej dojdzie do drastycznego skrócenia się czasu pracy. Inni zapewniają, że będzie zupełnie inaczej, bo na miejscu znikających zawodów pojawiają się nowe. I będzie ich znacznie więcej. Po prostu postęp technologiczny kreuje nowe modele biznesowe. Nie ma już cyrulików i sitarzy, są za to programiści Java i menedżerowie projektów.

Paradoksem jest jednak, że jeśli chodzi o pracę, to współczesne społeczeństwa zatoczyły koło. Jeszcze przed rewolucją przemysłową praca była wykonywana głównie w domu. Był to system nakładczy. Ten kto organizował pracę dostarczał wszystko: zarówno surowce, jak i narzędzia, a potem zabierał wyprodukowane towary i je sprzedawał. System nakładczy był powszechny w europejskim przemyśle tekstylnym, szewskim i ślusarskim na początku XVIII wieku. Ten przedprzemysłowy świat został zastąpiony później (z powodu różnych czynników) całodzienną, wykańczającą pracą w fabryce. Dziś zataczamy koło, bo system nakładczy przemianował się na pracę zdalną. I to ona uznawana jest jako wiodący trend na rynku.

Są też inne podobieństwa, jak choćby ogromny rozdźwięk pomiędzy pracownikami wykwalifikowanymi a niewykwalifikowanymi. Jedni rozumieją dzisiejszą technologię – to bossowie internetu, dla których te zmiany są naturalnym biegiem rzeczy. Drugą grupą jest masa pracowników niewykwalifikowanych, dziś jeszcze potrzebnych, którzy jutro mogą stać się porzuconymi. Co gorsza, nie będzie wiadomo, co z nimi zrobić. Bo technologia nie pomoże od razu wszystkim, gdyż nie wszyscy mają o niej wiedzę. Kierowca ciężarówki, który zostanie zastąpiony przez algorytm nie stanie się programistą tej ciężarówki, bo przepaść pomiędzy tymi dwoma zawodami jest ogromna.

Jest jeszcze indywidualna przedsiębiorczość, która też przecież dominowała we wczesnym kapitalizmie. Stopniowo była wypierana przez rozrastające się organizacje i pojawienie się zarządcy. Dziś obserwujemy jej powrót. Nie tylko w Polsce, ale też na Zachodzie rośnie liczba małych i średnich przedsiębiorstw, gospodarki krajów rozwiniętych przechodzą z „gospodarki zarządzania” na „gospodarkę przedsiębiorczości”. I przy okazji powracają stare, zapomniane zawody, jak golibrody (który teraz nazywa się Barber shop) czy zdunów, którzy instalują i renowują kominki i piece. To nowe zajęcia (warto prześledzić dofinansowania unijne) ludzi, którzy porzucili korporacje. 

Wniosek jest z tego taki, że stabilnego zatrudnienia, kiedy to mamy jedną pracę i zawód na całe życie,  już raczej nie będzie. Własna przedsiębiorczość pozawala jednak na znalezienie zawodowego spełnienia. Transformacja i rewolucja na rynku pracy jeszcze się nie dokonała, jednak są miejsca, gdzie można się najszybciej do niej dostosować i z nią oswoić. I jest nią właśnie nasza przedsiębiorczość.

 

My Company Polska wydanie 6/2019 (45)

Więcej możesz przeczytać w 6/2019 (45) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

POLECAMY