Uczę się z porażek

Jan Błachowicz Jan Błachowicz, fot. GETTY images
Kluczowa jest wiara we własne możliwości. I wytrwałość. Jest mnóstwo ludzi, którzy mogliby zajść naprawdę wysoko, ale brakuje im właśnie wytrwałości – mówi Jan Błachowicz, mistrz świata MMA wagi półciężkiej w najbardziej prestiżowej organizacji UFC.

Poniedziałek, 21.00 – fajna pora na wywiad.

To kwestia nastawienia, wcale nie jest tak późno. Akurat oglądałem „Doktora sen”, znasz?

Na podstawie Stephena Kinga. Znam, choć nie widziałem.

Bardzo spoko film. Wolę rozmawiać z dziennikarzami wieczorem, z domu, na spokojnie. W ciągu dnia – między treningami i codziennymi sprawami – raczej się to nie sprawdza. Oczywiście gdybym był podczas okresu przygotowawczego przed walką, to o rozmowę byłoby znacznie trudniej.

Jaki masz stosunek do tych pozasportowych aktywności?

Trzeba nauczyć się z nimi żyć, to część tej pracy. Na początku ich nie lubiłem, bardzo mnie denerwowały, ale zrozumiałem, że jest to potrzebne, bo to świetna forma kontaktu z fanami. Pewnie, że czasem bywam zirytowany, zwłaszcza kiedy po raz setny słyszę to samo pytanie...

„Jak idą przygotowania?”

Czy coś w tym stylu (śmiech). Ale rozumiem, że wy dziennikarze z tego żyjecie, więc po prostu staram się tym cieszyć.

Jesteś chyba spokojnym człowiekiem.

Mam gdzie zużyć energię. Każdemu polecam trening fizyczny, bo dzięki niemu można pozbyć się negatywnych emocji. Co nie znaczy, że jeśli ktoś przekracza granice, to się nie podpalam. Bo zdarza się. 

Już za młodu taki byłeś?

Sport zawsze był obecny w moim życiu, ale jak każdy małolat lubiłem poimprezować, nie zawsze spokojnie. To też nie było tak, że już po pierwszym treningu zamarzyłem o byciu mistrzem świata – te plany przyszły z czasem, kiedy zorientowałem się, że aktywność fizyczna sprawia mi olbrzymią frajdę. 

Dla wielu Polaków stałeś się dowodem na to, że systematyczność i dążenie do celu przynoszą sukces. A już myślałem, że „etos ciężkiej pracy” stał się wyłącznie pustym sloganem.

Na początku chciałem być najlepszy na podwórku, potem w klubie, na Śląsku, w Polsce... Jeśli coś sprawia ci przyjemność, to podporządkowanie życia pod aktywność nie jest problemem. Chodziłem do szkoły wieczorowo, pracowałem na pół etatu, robiłem dwa treningi dziennie, a weekendami stałem na bramce w klubie, żeby pieniędzy było troszkę więcej. 

Dużo jak na młodego człowieka.

To kwestia przyzwyczajenia. Kiedy jestem przed walką i mam dokładnie rozpisany plan dnia, to potrafię być bardziej produktywny niż po walce, kiedy czasu wolnego jest znacznie więcej. 

Kto w młodzieńczych latach był twoim sportowym idolem?

Miałem filmowo-sportowych idoli: Schwarzenegger, Bruce Lee, Van Damme. 

Czym ci imponowali?

Sprawnością fizyczną. Byli zbudowani jak gladiatorzy. Walki, które toczyli na ekranie były fascynujące, zwłaszcza że za małolata myślało się, że to wszystko dzieje się naprawdę. Pewnie te filmy w jakiś sposób mnie ukierunkowały – te ich treningi, przygotowania, zadziałały na moją podświadomość. Do takiego „krwawego sportu” wciąż bardzo chętnie wracam.

I myślę, że w dużym stopniu ukształtował cię małomiasteczkowy Cieszyn, z którego pochodzisz. Na każdym kroku podkreślasz przywiązanie do tego miejsca.

Z Cieszyna wyjechałem, kiedy miałem dwadzieścia kilka lat. Na pewno ukształtowałem tam charakter, bo na treningi musiałem dojeżdżać do Rybnika, czyli 50 km w jedną stronę. Z kolegą kupiliśmy na spółkę Malucha, żeby było czym jeździć, później przesiedliśmy się na Opla Kadetta, którego ze względów budżetowych „zalewaliśmy” częściowo olejem rzepakowym. Cieszyn jest mały, ale piękny. Mieszkają tam świetni ludzie, z charakterem.

Nie masz poczucia, że to małe miasto cię ograniczało?

Właśnie nie. To mnie dodatkowo zmobilizowało, bo chciałem udowodnić wszystkim, że na szczyt można dotrzeć, zaczynając właśnie w niewielkiej miejscowości. Myślę, że w pełni pokochałem Cieszyn dopiero, gdy z niego wyjechałem. Góry blisko, jeziora po czeskiej stronie, lasy... Z jednego końca miasta na drugi przejdziesz w pół godziny. 

Za każdym razem, kiedy tam wracam, to czas zwalnia. Niebawem znowu odwiedzę stare śmieci, czekam na poprawę pogody i więcej wolnego czasu.

Drogę na szczyt przeszedłeś, ale chyba nie było łatwo?

Były wyboje, ciężkie walki, przegrane. Ludzie widzą tylko to, co dzieje się w oktagonie. Tymczasem kariera sportowca to mnóstwo wyrzeczeń – to...

Artykuł dostępny tylko dla prenumeratorów

Masz już prenumeratę? Zaloguj się

Kup prenumeratę cyfrową, aby mieć dostęp
do wszystkich tekstów MyCompanyPolska.pl

Wykup dostęp

Co otrzymasz w ramach prenumeraty cyfrowej?

  • Nielimitowany dostęp do wszystkich treści serwisu MyCompanyPolska.pl
  •   Dostęp do treści miesięcznika My Company Polska
  •   Dostęp do cyfrowych wydań miesięcznika w aplikacji mobilnej (iOs, Android)
  •   Dostęp do archiwalnych treści My Company Polska

Dowiedz się więcej o subskrybcji

My Company Polska wydanie 5/2021 (68)

Więcej możesz przeczytać w 5/2021 (68) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

POLECAMY