Sploty szczęścia i tradycji. Polskie plecionki na liście UNESCO
z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 1/2026 (124)
Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!
Naciskam klamkę i słyszę dźwięk mosiężnego dzwonka wiszącego na drzwiach. Z głośnej, warszawskiej ulicy trafiam do przestrzeni, w której czas płynie inaczej. Uderza mnie intensywny zapach mokrego drewna. Przechodzę przez sklep pełen gotowych wyrobów z wikliny: dizajnerskich lamp, koszy, mebli, torebek, by w końcu trafić do pracowni. Na stolikach leżą narzędzia, pod ścianami stoją snopki wikliny, a pod stopami leży pełno ścinek.
Siadam przy jednym ze stanowisk. Moim zadaniem jest wyplecenie pierwszego w życiu kosza. Jeśli mi się uda, będzie to kolejny – akurat bardzo materialny – dowód, że plecionkarstwo trzyma się u nas mocno.
A nie było łatwo! Procedura wpisania Tradycji Plecionkarskich w Polsce na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO trwała od 2022 r., poprzedzona była wpisami na listę krajową. Udało się w grudniu 2025 r. Plecionkarstwo dołączyło do listy sześciu tradycji, które są unikalne na skalę świata. Pozostałe to szopkarstwo krakowskie, sokolnictwo, taniec polonez, flisactwo, kultura bartnicza, dywany kwietne podczas Bożego Ciała. Polska ma wciąż niewiele wpisów na tę prestiżową listę. Przykładowo Francja ma ich 26, Chorwacja 18, Czechy i Słowacja po 9.
Dlaczego wyróżniono polskie plecionkarstwo, skoro wyplatanie przedmiotów jest znane w innych krajach? Bo jest w nas żywe. Obok skansenu, znajdziemy je we współczesnym kontekście. Praktykują je tysiące ludzi – depozytariuszy tradycji – którzy wciąż wyplatają, uczą i tworzą społeczności głównie w trzech regionach: Podkarpacie (słynny Rudnik nad Sanem), Wielkopolska i województwo łódzkie, gdzie centrum dziedziny stanowi Łowicz ze słynną szkołą plecionkarzy. Jak się okazuje, plecie się też w Warszawie.
Siostry plotą rodzinną historię
Instruktorka Anna Borecka kładzie przede mną pęk witek. Są mokre. To konieczność – sucha gałązka wierzbowa pękłaby przy pierwszej próbie zgięcia niczym łamliwy chrust. Namoczona wiklina staje się jednak plastyczna, choć wciąż wymaga siły i zdecydowania. To dlatego w dawnych czasach wyplataniem zajmowali się głównie mężczyźni. Zaczynamy. Biorę do ręki 24 gałązki, wybieram te grubsze na konstrukcję. Moje palce są niezdarne, materiał stawia opór.
– Wiklina ma w środku stwardniałą rurkę. Możemy ją delikatnie zmiękczyć w dłoniach, wtedy staje się bardziej podatna. Ale trzeba to robić stanowczym, a jednocześnie wolnym ruchem – podpowiada Anna Borecka.
Wchodzimy w rytm. Splot „gima” – przed dwa, za jeden. Liczę w myślach: raz, dwa, trzy... to wciąga jak mantra. Kiedy zaczynamy rozmawiać, witka wyślizguje się z rąk i karze mnie, uderzając w dłoń. – Wiklina wymaga uważności – podpowiada z uśmiechem Katarzyna Nejman-Pawlik, siostra Anny Boreckiej, z którą prowadzą sklep Siostry Plotą.
Po kilku godzinach bolą mnie opuszki palców, ale głowa jest lżejsza. Zniknęły e-maile, deadline’y i powiadomienia z telefonu. Jest tylko splot. Na zewnątrz jest ciemno, gdy wychodzę z pracowni trzymając w ręku własnoręcznie zrobiony, nieco koślawy koszyk pachnący lasem. Zostaję z poczuciem, że dotknąłem czegoś pierwotnego.
To właśnie w takiej atmosferze, w warsztacie „Siostry Plotą” na warszawskiej Pradze, Anna Borecka i Katarzyna Nejman-Pawlik kontynuują rodzinną tradycję. Ich historia to gotowy scenariusz na film o powrocie do korzeni. Wszystko zaczęło się od dziadka, który przez blisko 30 lat prowadził sklep z wyrobami z wikliny.
Kiedy wybuchła pandemia, dziadek miał już ponad 80 lat. Biznes nie był rentowny, a on potrzebował emerytury. Zapadła więc decyzja o zamknięciu. Wnuczki postanowiły pomóc w wyprzedaży towaru. Katarzyna wrzuciła post o wyprzedaży produktów wykonanych przez dziadka na lokalną grupę na Facebooku. Efekt przeszedł ich najśmielsze oczekiwania.
– Ta informacja rozeszła się szerokim echem. Ludzie przychodzili, robili sobie z dziadkiem zdjęcia. Śmiejemy się, że nastał taki moment, że chyba pierwszy i niestety ostatni raz przed sklepem z wikliną ustawiła się kolejka – wspomina Anna Borecka.
Podczas wyprzedaży siostry odbyły setki rozmów. Klienci opowiadali o koszach na pranie, które służą im od 20 lat, o swoich dziadkach, którzy kiedyś wyplatali, i o żalu, że to rzemiosło znika. Te głosy rezonowały z tym, co od lat powtarzał ich dziadek: że tradycja wymiera, a młodzi oprócz braku chęci, nie mają zbyt wielu mistrzów, którzy potrafią zrobić porządną walizkę czy mebel z wikliny.
Pewnej nocy Katarzyna zadzwoniła do Anny z prostym, ale szalonym pomysłem: „Musimy się tym zająć”. Anna, z wykształcenia graficzka po ASP, początkowo była sceptyczna. Porzucić zawody życia, by sprzedawać koszyki? Jednak następnego ranka to ona oddzwoniła do siostry z krótką informacją: „Idźmy w to!”. Był 2020 r. Postanowiły, że nie będą tylko sprzedawać resztek z magazynu, ale nauczą się rzemiosła od podstaw, zgłębiając tajniki splotów i materiału.
Dziś „Siostry Plotą” to prężnie działający biznes, choć – jak przyznaje Anna – gdyby zaczęły od biznesplanu z finansistą, pewnie by się nie odważyły. Jeśli ktoś chce się zająć na poważnie wyplataniem musi dobrze zdywersyfikować źródła dochodu. Prowadzą sklep stacjonarny i internetowy, ale filarem ich działalności są warsztaty oraz współpraca z architektami i artystami. Tworzą unikatowe projekty, jak choćby wiklinowe lampy, które w magiczny sposób przesiewają światło, pasując zarówno do wnętrz w stylu boho, jak i surowych loftów.
Czy na plecionkarstwie da się zarobić? – Materiał jest drogi, praca czasochłonna, a system podatkowy nie przewiduje ulg dla rzemieślników. Płacimy pełny VAT, tak jakbyśmy sprzedawały przemysłowo produkowane szczoteczki do zębów. Do tego ceny produktów muszą odzwierciedlać godziny ręcznej pracy. Za dobrze wykonany, autorski kosz trzeba zapłacić od stu do kilkuset złotych. Meble, lampy i trudniejsze konstrukcje to większe kwoty. Jednak satysfakcja z pracy jest ogromna. To jest nasza pasja, którą żyjemy i bardzo raduje nas odbiór naszych wyrobów. W Polsce jest coraz więcej szacunku dla dizajnu i produktów handmade. To wielka radość, gdy klienci to doceniają – podkreśla Anna Borecka.
Dzięki łączeniu sprzedaży, edukacji i projektów artystycznych, biznes się spina, pozwalając siostrom łączyć pasję z zaangażowanym macierzyństwem. Bywa, że po pracowni chodzi czwórka maluchów, które znajdują w wiklinie źródło zabawy i radości. W ten sposób powoli rodzinna tradycja przechodzi z pokolenia na pokolenie. Tak jak miało to miejsce od dziesięciu wieków.
Wiklina jako inżynieria
Gdy myślimy o wiklinie, widzimy koszyk na zakupy albo fotel na tarasie. Tymczasem Wojciech Świątkowski, prezes Stowarzyszenia Polskich Plecionkarzy, otwiera przed nami zupełnie inną perspektywę. Dla niego plecionkarstwo to nie tylko galanteria, to inżynieria i architektura krajobrazu.
Wojciech urodził się w rodzinie zajmującej się plecionkarstwem i wikliniarstwem od pięciu pokoleń. Jego edukacja zaczęła się w warsztacie ojca, gdzie jako czterolatek podpatrywał pracowników. – Jak to z małym dzieckiem bywa, żeby nie dokazywało trzeba było mnie czymś zająć. Co mogli zrobić pracownicy, żebym dał im spokój? Podawali mi wiklinę, pokazywali, jak wypleść zakończenie kosza. Nie miałem innej drogi, to środowisko mnie ukształtowało – opowiada Świątkowski.
Dziś jego firma realizuje również projekty, które z koszykami mają niewiele wspólnego. To wielkoskalowe realizacje w przestrzeni miejskiej, parkach i ogrodach. Wiklina od wieków służyła do regulacji rzek i umacniania nabrzeży. W średniowieczu plecionki stanowiły szkielet ścian w budownictwie, oblepiane gliną i słomą. Współcześnie architekci krajobrazu wracają do tych korzeni, tworząc tzw. żywą architekturę.
Z wierzby tworzy się rosnące altany, tunele, kopuły, a nawet skomplikowane rzeźby typu Land Art. Mało osób zdaje sobie sprawę, że kopulaste wiklinowe struktury w nowoczesnych parkach są żywe i wciąż rosną. Temu zawdzięczają swój intensywny drzewny kolor. Zmieniają się z czasem – trzeba je pielęgnować, przycinać i przeplatać, by zachowały formę. W parkach powstają też olbrzymie, wyplatane z suchych pędów instalacje: gigantyczne gniazda, huśtawki w kształcie kokonów czy kilkusetmetrowe płoty o artystycznych formach.
Takie projekty to poważne przedsięwzięcia logistyczne. – To nie są zadania na dni, a raczej tygodnie i miesiące. Realizacja dużego projektu w przestrzeni miejskiej trwa od tygodnia do nawet dwóch miesięcy – tłumaczy Świątkowski. – Budżety takich realizacji są odpowiednio większe. Małe projekty zaczynają się od kilkunastu tysięcy złotych, ale te skomplikowane, wymagające pozwoleń, dźwigów i współpracy z budowlańcami czy ślusarzami, mogą kosztować nawet 150 tys. zł – podkreśla prezes Stowarzyszenia Polskich Plecionkarzy.
Polskie plecionkarstwo jest unikatowe na skalę światową. Nasza tradycja sięga X w. Najstarsze zachowane plecionki z ziem polskich pochodzą właśnie z tego okresu. Przez wieki rzemiosło to rozwijali osadnicy olęderscy, którzy przywieźli nowe odmiany wierzby i techniki uprawy. Dziś Polskę wyróżnia dominacja wikliny jako surowca (ok. 90 proc. produkcji), podczas gdy w Azji króluje bambus. Co więcej, polska wiklina pochodzi z plantacji, a nie z dzikich zbiorów, co zapewnia powtarzalność, jakość materiału i ochronę środowiska.
– Mamy też system edukacji – w Łowiczu od lat kształci się dyplomowanych plecionkarzy. Wiklina i kobiety – to dwa słowa klucze polskiego plecionkarstwa. Dziś, w naszym kraju to rzemiosło jest w 80 proc. domeną kobiet – podkreśla prezes stowarzyszenia.
Reinterpretacja rzemiosła
Joanna Bogusławska, która wraz z Wojciechem Świątkowskim reprezentowała plecionkarzy podczas ceremonii wpisania tradycji plecionkarskich na listę UNESCO w Delhi, patrzy na to wydarzenie przez pryzmat szansy na rozwój turystyki i promocji regionów. Jako przykład podaje tradycję układania dywanów kwietnych na procesję Bożego Ciała w Spycimierzu. – Odkąd ta tradycja trafiła na listę UNESCO, zmieniło się wszystko. Z jednodniowego święta parafialnego, o którym wiedzieli nieliczni, stało się to atrakcją turystyczną przyciągającą wycieczki z całego świata, np. z Japonii. Powstało Centrum „Spycimerskie Boże Ciało”, multimedialna wystawa opowiadająca historię tego niezwykłego wydarzenia. To pokazuje, jak wielka perspektywa otwiera się teraz przed nami, plecionkarzami – zauważa Bogusławska.
Joanna reprezentuje nowe pokolenie, które łączy szacunek do przeszłości z odwagą eksperymentowania. Wraz z rodzicami tworzy markę Plecione.pl. Choć wywodzą się z tradycyjnego plecionkarstwa i od pokoleń uczestniczą w targach sztuki ludowej, ich wyroby ewoluują.
– Jesteśmy depozytariuszami tradycji, ale czujemy się też jej nowoczesnym odłamem. Reinterpretujemy to rzemiosło – mówi Joanna. Rodzina Bogusławskich wyspecjalizowała się w wyplataniu ze sznurka papierowego. To materiał niezwykle plastyczny, pozwalający na tworzenie form niemożliwych do uzyskania z wikliny. Ich sztandarowym produktem są kapelusze i torby, ale wyobraźnia jej taty, Mariusza Bogusławskiego, nie zna granic. Tworzy miniaturowe dzieła sztuki – figurki zwierząt wielkości paznokcia czy szopki bożonarodzeniowe w łupinach orzecha.
W tym roku poszli o krok dalej, wchodząc w świat mody. – Mój tata ma kamizelkę, a ja mam sukienkę wyplecioną ze sznurka. To dowód na to, że plecionkarstwo może być nowoczesnym dizajnem, a nie tylko folklorem – opowiada z dumą Joanna.
Jej historia pokazuje, że plecionkarstwo to nie tylko technika, to styl życia. Joanna po raz pierwszy pojechała na Targi Sztuki Ludowej w Krakowie jako 10-latka. W 2026 r. będzie świętować swoją 27. edycję, podczas gdy targi będą obchodzić 50-lecie. To ciągłość, która buduje tożsamość. – Dla mnie plecionkarstwo jest formą celebrowania patriotyzmu. To tradycja buduje naszą tożsamość, a nasza pasja łączy nas jako rodaków. Wokół plecionkarstwa powstała silna społeczność – relacjonuje Bogusławska.
W chwili naszej rozmowy Joanna szykuje się na targi bożonarodzeniowe, gdzie spotka wielu, dawno niewidzianych praktyków tej sztuki i jak deklaruje, nie może się doczekać kiedy ich zobaczy.
Plecione w PL
Rozmawiając z polskimi plecionkarzami, uderza jedna rzecz: brak rywalizacji. W świecie, gdzie firmy walczą o każdy kawałek rynku, oni dzielą się wiedzą.
– Nasze środowisko postrzegam, jako na tyle małe, że nie ma tu miejsca na rywalizację, jest za to przestrzeń na naukę. Koszy do wyplecenia jest tak dużo, że starczy dla wszystkich. Dzwonimy do siebie, wymieniamy się patentami na parzenie wikliny czy nowymi narzędziami. Bywa, że ktoś z nas podpatrzy ciekawą technikę podczas zagranicznej wycieczki i podsuwa ją na wspólnych forach, jako odkrycie, którym chce się podzielić.
Dla nich plecionkarstwo to jest coś więcej niż tylko praca. To wspólny język, który rozumieją bez słów, gdy patrzą na splot warkocza w koszu, i pasja prowadząca do rozmów przy rodzinnym stole, gdzie zamiast o polityce, dyskutują o wierzbowych witkach.
– Mój mąż śmieje się z nas, że po całym tygodniu pracy, gdy przychodzimy do dziadka, zamiast odpocząć, gorączkowo rozprawiamy z nim o nowych projektach. Ale tak już jest, że jak czymś żyjesz, to nie zamykasz tego za drzwiami pracowni – podsumowuje Anna Borecka. Dodaje, że we wpisie na listę UNESCO dostrzega szansę na zwrócenie uwagi szerszemu gronu, że plecionkarstwo jest naszą wartością narodową i wspólnym dobrem.
Dla środowiska praktykujących ten zawód i wpis na listę UNESCO to mieszanka euforii i poczucia odpowiedzialności. Co tu kryć – bohaterowie tego tekstu aktywnie przyczynili się do decyzji UNESCO. – To kolejna cegiełka do tego, by plecionkarstwo z nami pozostało i byśmy nie utracili go jako dobra narodowego – mówi Anna Borecka. – Czujemy satysfakcję, ale i zobowiązanie. To narzędzie i argument w rozmowach o przyszłości. Dużo włożyliśmy pracy, żeby to się udało. Teraz dopiero zacznie się prawdziwa walka o to, jak plecionkarstwo będzie wyglądało za pięć lat – Wojciech Świątkowski.
Chodzi o to, by nie sprowadzić tradycji do roli cepeliowskiej pamiątki, ale stworzyć systemowe rozwiązania: ułatwienia podatkowe dla rzemieślników, programy edukacyjne, a także ochronę prawną. Wojciech Świątkowski zwraca uwagę na problem szarej strefy i trudności w przechodzeniu z działalności hobbystycznej na w pełni sformalizowany biznes, który mógłby konkurować na rynku bez utraty rzemieślniczego charakteru.
Więcej możesz przeczytać w 1/2026 (124) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.