Raport: Dług technologiczny. Cyfrowe życie ponad stan

Dług technologiczny
Dług technologiczny, fot. Shutterstock
O długu technologicznym wciąż mówi się za mało, choć niemal każda firma się z nim boryka. To dziś dla przedsiębiorstw prawdziwa zmora – by szybko osiągnąć biznesowy cel, idziemy najkrótszą drogą. Działanie przestaje być racjonalne, a inwestycje nie mają wymiernych korzyści. Dług narasta, stajemy się bankrutami – dosłownie i w przenośni.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 7/2022 (82)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Dług technologiczny? Z nim jest jak ze sprzątaniem. Jeśli robisz to na bieżąco, czynność zajmuje ci raptem kilka minut dziennie. Natomiast jeśli odkładasz nawet mycie naczyń, później przez cały weekend musisz odgruzowywać mieszkanie…” – przeczytałem na forum poświęconym nowym technologiom. Z kolei jeden z ekspertów, z którymi rozmawiałem, opisał mi jego istotę w taki sposób: „Jako posiadacz samochodu natychmiast powinieneś zająć się każdą usterką, w innym wypadku pojazd w końcu ci wysiądzie”. Porównania nieco się od siebie różnią, za to chyba najlepiej obrazują, czym jest dług technologiczny – pojęcie, o którym słyszało już mnóstwo przedsiębiorców, za to niewielu z nich rzeczywiście zrozumiało, jak poważne może mieć konsekwencje.

Sam zetknąłem się z długiem technologicznym przy okazji pisania tego materiału. Przygotowując się do wywiadu z ekspertem, chciałem skorzystać z materiałów opublikowanych w pewnym serwisie internetowym. Zwykle pracuję tak, że pytania i zagadnienia spisuję sobie na laptopie, a wszelkich inspiracji szukam za pomocą smartfona. Rzeczona strona internetowa została zaprojektowana w taki sposób, że ktoś chyba nie pomyślał o użytkownikach urządzeń mobilnych – reklamy zasłaniały niemal całą treść, a do newslettera trudno było się zapisać, gdyż wymagało to większego ekranu. Dosyć szybko zrezygnowałem z korzystania z tej strony i już wiem, że raczej do niej nie wrócę. – Zmieniające się potrzeby użytkowników końcowych z pewnością są największym wyzwaniem związanym z długiem technologicznym na poziomie strategicznym. Trzeba rozumieć trendy, co w jakimś stopniu pomaga je przewidywać, i nie inwestować w technologie przeszłości – uważa Marcin Żuchowicz, CEO e-point SA. Wniosek? Bez zrozumienia grupy docelowej swoich produktów czy usług skuteczne zarządzanie długiem technologicznym nie będzie możliwe, wręcz przeciwnie – firma nadal będzie się „zadłużać”, czego konsekwencją może być nawet jej zamknięcie.

Licząc godziny i lata

Ale zacznijmy poważnie. Zgodnie ze specjalistyczną literaturą pojęcie długu technologicznego miał wprowadzić amerykański programista Howard G. „Ward” Cunningham, pionier wzorców projektowych oraz autor pierwszego systemu typu wiki. To jemu przypisuje się prawo Cunninghama mówiące, że najlepszym sposobem na uzyskanie prawidłowej odpowiedzi w internecie nie jest zadanie pytania, lecz zamieszczenie złej odpowiedzi. Programista opisał dług technologiczny jako coś, co powstaje podczas budowania rozwiązań informatycznych „na skróty”, jednocześnie gdy ma się przy tym świadomość, że do wykonywanego zadania trzeba będzie wrócić w przyszłości. Jeśli taki tok myślenia towarzyszy pojedynczym zmianom w kodzie, dług okaże się niewielki. Większym problemem stają się decyzje architekturalne, mogące pociągać za sobą konieczność przerabiania całych systemów. Jak przekonywali mnie eksperci od IT, z którymi rozmawiałem, dług technologiczny wcale nie różni się od długu finansowego. Z jednej strony możemy kupić rzeczy, które chcemy bądź potrzebujemy mieć. Z drugiej – jeśli nie spłacimy zobowiązań na czas, dług staje się niebezpieczny.

Już w 2018 r. eksperci Stripe’a – w jednym z raportów – stwierdzili, że każdy programista tygodniowo spędza co najmniej 13 godz. na zadaniach związanych z długiem technologicznym. W ankiecie firmy doradczej McKinsey sprzed kilkunastu miesięcy menedżerzy IT oszacowali, że nawet do 20 proc. budżetu przeznaczonego na technologie (a więc również – innowacje) jest przeznaczanych na rozwiązanie problemów generowanych przez cyfrowe zadłużenie. Jednak chyba najbardziej dające do myślenia statystyki prezentują przedstawiciele Consortium for Information and Software Quality, będącego niezależną grupą specjalistów z największych firm IT, którzy badają wyzwania stojące przed branżą. Ich zdaniem koszt błędów w działaniu oprogramowania to ponad 1,5 bln dol. rocznie! A jeśli dodamy do tego fakt, że według wszelkich szacunków do 2025 r. popyt na deweloperów ma być 10-krotnie większy niż podaż, to wnioski nasuwają się same…

Należy przy tym wspomnieć, że wiele przedsiębiorstw zatrudnia deweloperów wyłącznie w celu wyszukiwania ewentualnych błędów. O tym, jak sporo czasu zajmuje firmom zarządzanie długiem technologicznym, rozmawiałem kiedyś z Tomkiem Kruszewskim, założycielem startupu RevDeBug, który opatentował technologię ułatwiającą wykrywanie i naprawianie błędów w oprogramowaniu. – W większości przypadków naprawa błędu jest prosta i finalna poprawka ogranicza się do poprawienia kilku linijek kodu lub zmiany nazwy jakiegoś pliku. Jednak znalezienie źródła kłopotów może zająć tygodnie, miesiące, a w skrajnych przypadkach nawet lata… – wskazuje Kruszewski.

U mnie działa

Najczęstsza przyczyna powstawania długu technologicznego? Oczywiście presja czasu. Informatycy – naciskani przez project menedżerów, których efektywność pracy mierzy się deadline’ami – często są zmuszeni opracowywać pewne rozwiązania „na skróty”. A jak wiemy, taka droga jedynie pozornie przynosi różnorakie korzyści.

Innym częstym problemem jest brak holistycznego spojrzenia na dalszy rozwój produktu czy aplikacji. Koncentracja wyłącznie na wdrażaniu nowych funkcjonalności czy spełnianiu ich założeń kończy się zwykle doborem niewłaściwych narzędzi. Może i w momencie launchu aplikacja działa poprawnie, ale każde kolejne jej usprawnienia mogą prowadzić do licznych błędów.

W większości przypadków dług technologiczny bierze się stąd, że dział IT i kadra kierownicza nie potrafią ze sobą rozmawiać. Dyskutowałem ostatnio ze znajomym informatykiem odpowiadającym za cyberbezpieczeństwo w dosyć dużej firmie. Prezes polecił wykupienie nowego programu antywirusowego, licząc, że będzie on skutecznym remedium na potencjalne problemy z ochroną cyfrową przedsiębiorstwa. – Jakież było jego zdziwienie, kiedy po kilku tygodniach oznajmiłem mu, że program trzeba zaktualizować, co poniesie za sobą kolejne koszty… – zdradził kolega.

Biznes oczywiście stara się zrozumieć IT, ale wciąż komunikacja jest utrudniona, bo również programiści mają swoje za uszami. Wielu z nich – jak słyszę – zbyt ambitnie podchodzi do swoich obowiązków, przez co decyduje się na własne rozwiązania, zamiast skorzystania z dostępnych, sprawdzonych szablonów. Efekt? W momencie rozpoczęcia pandemii i wzrostu znaczenia e-commerce pewne lokalne, średniej wielkości przedsiębiorstwo, postanowiło oczywiście otworzyć sklep online. Ambitny informatyk, w zasadzie dopiero co po studiach, podjął się napisania całego kodu w zasadzie od podstaw. Jak powszechnie wiadomo, rotacja w branży jest dosyć spora, dlatego pracownik szybko zmienił miejsce pracy na takie, gdzie po prostu zaoferowano mu lepsze warunki zatrudnienia. Opisywana firma została z autorskim kodem, który po jakimś czasie okazał się nieefektywny, a jego poprawka – wykonana już przez nowego programistę – zajęła znacznie więcej czasu, niż byłoby to w przypadku sprawdzonego od lat szablonu. To częsta bolączka branży – działy IT nie decydują się na gotowe rozwiązania tam, gdzie byłoby to z ewidentną korzyścią dla przedsiębiorstwa.

A najczęstsza odpowiedź, jaką możesz usłyszeć od informatyka w przypadku wystąpienia błędu? „U mnie działa”.

Naprawdę warto rozmawiać!

Dług technologiczny jest kwestią na tyle wielowątkową, że bardzo trudno o konkretne rady, dzięki którym raz na zawsze pozbędziesz się problemów z ewentualnym zadłużaniem. Zresztą wielu ekspertów z branży uważa, że całkowite zlikwidowanie długu cyfrowego nie jest możliwe, a o sukcesie przedsiębiorstwa będzie decydować umiejętne zarządzanie rzeczonym długiem. Najbardziej postępowi programiści przekonują wręcz, że obowiązki związane z cyfrowym długiem powinny stanowić podstawę pracy ekspertów IT i to wyłącznie od skuteczności utalentowanych informatyków i ich umiejętności reagowania na zdarzenia kryzysowe będzie zależało osiągnięcie przewagi rynkowej.

Zarządzanie długiem technologicznym do pewnego stopnia wymaga zmian w kulturze pracy organizacji. Najważniejsze, by menedżerowie chcieli rozmawiać i próbowali zrozumieć, co działy IT chcą im przekazać. Otwarty umysł to bodaj jedna z najważniejszych cech podczas zarządzania projektami – często naprawdę zdarza się tak, że informatyk wmawiający ci, że technologiczne pójście na skróty w danym momencie, doprowadzi do znaczącego spadku wydajności w przyszłości! Po stronie IT stoi natomiast umiejętne argumentowanie własnych prognoz, gdyż przedsiębiorca powinien możliwie jak najdokładniej poznać ewentualne konsekwencje podjęcia takiej, a nie innej decyzji.

Projekt powinien zostać bardzo skrupulatnie zaplanowany, a końcowy produkt – regularnie testowany. Wiem, że to truizm, ale w dobie coraz liczniejszych ASAP-ów naginanie terminów i zmiana planów zdarzają się częściej niż powinny – oczywiście ze szkodą dla efektu końcowego… Ważna jest również elastyczność oraz gotowość pójścia na kompromisy, gdyż zdarza się i tak, że szybkie wdrożenie rozwiązania co prawda w 90 proc. odpowie na obecne potrzeby, jednak w 10 proc. będzie tylko pogłębiać twój dług technologiczny. W takim wypadku zdecydowanie lepiej wybrać rozwiązanie, które może zrealizuje cel w zaledwie 60  proc., za to nie spowoduje dalszego zadłużania.

Nie jest tajemnicą, że działy programistyczne to zwykle najdroższe zespoły w firmach. Warto więc, żeby dobrze opłacani i utalentowani fachowcy IT skupiali się na usprawnianiu działania firmy i innowacjach, a nie na naprawie błędów wywołanych przez technologiczne zaniechanie.

Choć w wielu aspektach dług cyfrowy – co zostało ustalone na początku tekstu – przypomina ten finansowy, jest jeden zasadniczy problem. W przypadku długu związanego z technologią drugiej szansy możesz już nie dostać.

My Company Polska wydanie 7/2022 (82)

Więcej możesz przeczytać w 7/2022 (82) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY