Rolnicy toną w zapasach, a widma bankructw krążą nad polską wsią. Związkowcy: "Jeszcze nie było tak złej sytuacji"
Zamiast złotych żniw, rolników czeka finansowa zapaść? Jak wynika z najnowszych badań Instytutu Rozwoju Gospodarczego Szkoły Głównej Handlowej (IRG SGH), polskie rolnictwo doświadcza właśnie załamania koniunktury na skalę nienotowaną od ponad trzydziestu lat.
Wstrząs silniejszy niż globalne kryzysy. Wskaźniki SGH biją na alarm
Tylko w pierwszym kwartale 2026 roku ogólny wskaźnik koniunktury w polskim rolnictwie (IRGAGR) poleciał w dół aż o 12,6 punktu. Co więcej, indeks zaufania rolników zanurkował o 7,6 pkt, a wskaźnik wyrównanych przychodów pieniężnych gospodarstw załamał się o rekordowe 15,1 pkt. Jak podkreślają eksperci IRG SGH, są to największe kwartalne spadki w całej trzydziestoletniej historii tych badań. Skala obecnego tąpnięcia przebija nawet dramatyczne momenty z czasów globalnego kryzysu finansowego (2008–2009) czy niedawnego szoku energetycznego (2022).
Dlaczego jest aż tak źle?
Głównym winowajcą są zablokowane łańcuchy sprzedaży i ceny, które nie pokrywają drastycznie rosnących kosztów produkcji.
– W tym roku kondycja rolników jest bardzo słaba, jeszcze nie było takiej sytuacji. Mamy dwudziestoletnie ceny, płynność rolników jest zagrożona, koszty nam rosną, zdobycie niektórych materiałów jest bardzo drogie, natomiast nasze płody są bardzo tanie, a jeszcze nie ma kupca, co jest najgorszą sprawą – podkreśla Marian Sikora, przewodniczący Rady Federacji Branżowych Związków Producentów Rolnych (FBZPR).
Jak dodaje ekspert, produkcja poniżej kosztów dla zachowania płynności to jedno, ale prawdziwym dramatem jest fizyczny brak odbiorców.
– Nie mamy kupca na płody. Poza wołowiną, reszta jest w cenach nieakceptowalnych przez rolników - podsumowuje.
36 milionów ton problemu. Gdzie podziały się polskie świnie?
Główny Urząd Statystyczny (GUS) nie pozostawia złudzeń. Polska produkuje potężne ilości zbóż – rocznie jest to około 35–36 milionów ton. Uprawy te zajmują aż 70 proc. wszystkich zasiewów w kraju. Problem w tym, że gigantycznej nadwyżki nie ma kto zjeść.
Bezpośrednią przyczyną wewnętrznego zatoru jest postępująca od lat zapaść polskiej hodowli. Jak podaje GUS, jeszcze na początku lat 2000. pogłowie trzody chlewnej w Polsce wynosiło blisko 17 milionów sztuk. W grudniu 2025 roku liczba ta drastycznie spadła do zaledwie 9,23 miliona. Kurczy się także stado bydła (6,19 mln sztuk pod koniec 2024 roku, co oznacza spadek r/r o 1,2 proc.).
– W każdym wiejskim gospodarstwie była hodowla – parę sztuk świń, owce, krowa – i pod tę hodowlę rolnik siał jęczmień, sadził ziemniaki czy buraki. Jeśli jednak zapotrzebowanie na rynek jest mniejsze, bo jest mniej trzody chlewnej, która zjadała ogromne ilości ziemniaków, to z nich zeszliśmy. Tam gdzie były ziemniaki, weszła pszenica, rzepak. To jest nasz problem, że my za dużo produkujemy roślin zbożowych – diagnozuje Marian Sikora.
Brak naturalnego popytu na pasze sprawia, że rolnicy zostają z pełnymi magazynami, a to rodzi potężny niepokój przed nadchodzącymi żniwami.
– Nie sprzedamy i nie opróżnimy magazynów zbóż. Nie będzie wiadomo, gdzie składować nowe zboże. Nie widzę takiej możliwości, że opróżnimy wszystkie magazyny przynajmniej do 50 proc., może do 40 proc. – ostrzega szef FBZPR.
Widmo z Mercosuru i nieaktualne unijne cenniki
Polska stała się w ostatnich latach potężnym eksporterem, ale obecna globalna nadpodaż i rosnące koszty frachtu odcinają nas od rynków trzecich. Sytuacji nie poprawia postawa sieci handlowych.
– Mąka w sieciach handlowych jest coraz tańsza, a dostarczają ją młyny. Jeśli nie uzyskują one odpowiedniej marży za mąkę sprzedawaną do sieci handlowych, nie mogą podnieść ceny zboża, która i tak już jest niska – tłumaczy Sikora.
Na domiar złego, nad europejskim rolnictwem wisi widmo liberalizacji handlu. Unia Europejska negocjuje lub ratyfikuje dziesiątki umów handlowych, a największy popłoch w sektorze budzi porozumienie z krajami Mercosuru (Brazylia, Argentyna, Urugwaj, Paragwaj). Otwarcie unijnego rynku na tanią żywność z Ameryki Południowej może okazać się dla wielu europejskich – w tym polskich – gospodarstw gwoździem do trumny. Jak wskazuje chociażby portal Tygodnik Poradnik Rolniczy, standardy środowiskowe i koszty pracy w Ameryce Południowej są nieporównywalnie niższe niż w rygorystycznie regulowanej Unii Europejskiej, co tworzy nierówną i wyniszczającą konkurencję dla europejskich rolników.
Związkowcy apelują o natychmiastowe działania osłonowe. Domagają się zgody Komisji Europejskiej na dopłaty do eksportu oraz przeznaczenia części nadwyżek zbożowych na produkcję spirytusu. Zwracają też uwagę na archaiczne mechanizmy rynkowe: unijna cena interwencyjna skupu zbóż to wciąż 101,37 euro za tonę – stawka ta nie była aktualizowana od 2013 roku i ma się nijak do dzisiejszych realiów kosztowych. Branża postuluje jej podniesienie do około 230 euro.
Tymczasem rolnicy, ratując się przed bankructwem, tną wydatki tam, gdzie mogą, co zwiastuje kłopoty w kolejnych sezonach.
– Rolnicy z powodu braku środków finansowych zastosują mniej nawozów i to jest problem. Kredyt zaciągany tylko po to, żeby przeżyć, nie jest przyszłością dla rolnika i nie daje płynności – podsumowuje gorzko przewodniczący Sikora.