Adrian Kostera. Człowiek z żelaza

Adrian Kostera
Adrian Kostera
Nigdy nie startuję z zamiarem przekroczenia jakichś granic. Wiele razy zdarzało mi się, że schodziłem z trasy, bo po prostu robiło się zbyt niebezpiecznie – mówi Adrian Kostera, ultratriathlonista, trener triathlonu i biegania.
ARTYKUŁ BEZPŁATNY

z miesięcznika „My Company Polska”, wydanie 11/2022 (86)

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Czy to prawda, że ekstremalny wysiłek uzależnia?

Rzeczywiście, często bywa tak, że z czasem chcemy coraz więcej, ale w moim przypadku tak nie jest. Na początku sportowej drogi nakreśliłem sobie cel, do którego dążę poprzez mierzenie się z kolejnymi, coraz trudniejszymi wyzwaniami. 

Ale jednak z czasem przekraczałeś kolejne granice. Wcześniejsze osiągnięcia przestawały ci wystarczać?

Sport polega przecież na tym, by osiągać coraz więcej. Kiedy miałem wziąć udział w swoim pierwszym maratonie, to nie mogłem spać po nocach – zastanawiałem się, jakim cudem człowiek może przebiec aż 42 km?! Równie dużym przerażaniem napawał mnie debiut w biegu 24-godzinnym. A teraz? Szykuję się do startu na 1000 km (rozmowa odbyła się 14 października – red.) i jestem względnie spokojny. Percepcja zdecydowanie się zmienia. Ludzie podziwiają moje osiągnięcia, tymczasem dla mnie stały się one normą.

Moim zdaniem profesjonalny sport to nie tyle opowieść o przekraczaniu kolejnych granic, lecz o znajomości własnych ograniczeń. Nawet najwięksi fighterzy powinni wiedzieć, kiedy odpuścić.

Nigdy nie startuję z zamiarem przekroczenia jakieś granicy. Zawszę chcę powtórzyć poprzednie wyniki, by sprawdzić, na ile mogę osiągnąć więcej. Chorobliwa ambicja wiąże się z kontuzjami, a nawet trwałym kalectwem. Wiele razy zdarzało mi się, że schodziłem z trasy, bo po prostu robiło się zbyt niebezpiecznie – mam stałe punkty, których zawsze będę przestrzegał.

To znaczy?

Jeśli w jakimkolwiek wyścigu – nieważne jak bardzo prestiżowym – w czasie aktywności zaboli mnie serce, to się zatrzymuję. Jeśli zerwę ścięgno Achillesa i będę miał wybór dokończyć start, a później przez rok uczęszczać na rehabilitację, bądź w spokoju go odpuścić, to bez zawahania wybieram tę drugą opcję. 

Tak trzeźwy ogląd podczas startu chyba nie jest prosty? Dochodzi przecież adrenalina, rywalizacja...

Zawsze podkreślam, że z nikim się nie ścigam – walczę po prostu z samym sobą. Łatwo mi podjąć rozsądną decyzję, gdyż nie czuję presji związanej z wymagającymi przeciwnikami. Naprawdę nie muszę zmuszać ciała do forsowania się ponad jego możliwości. Oczywiście sukcesy są potrzebne, bo dzięki nim łatwiej chociażby o podpisanie atrakcyjnych kontraktów sponsorskich. Swoją pasją trzeba w pewien sposób zadowalać wszystkich wokół, jednak konieczny jest umiar.

Media społecznościowe zmieniły odbiór sportu. Od dawna nie da się funkcjonować w całkowitym oderwaniu od kibiców.

Nie potrafię jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czym się zajmuję: jestem sportowcem, influencerem, trenerem, przedsiębiorcą. Wszystkie te światy połączyły się jak nigdy wcześniej.

W której z wymienionych ról czujesz się najlepiej?

Byłbym najszczęśliwszym człowiekiem na świecie, gdybym dysponował na tyle pokaźnymi zasobami finansowymi, że poboczne obowiązki mógłbym delegować na inne osoby. Chciałbym wyłącznie trenować, ale niestety funkcjonowanie w świecie sportu jest trudniejsze niż się wydaje, zwłaszcza że po 10-krotnym Iron Manie w Szwajcarii zainteresowanie moimi działaniami znacząco wzrosło. Według najnowszego raportu medialnego, z ostatnimi komunikatami dotarliśmy do 28 mln użytkowników. To ogromny zasięg, który czuć na co dzień – ludzie zaczepiają mnie na ulicy, udzielam więcej wywiadów.

Wzrosło zainteresowanie ze strony sponsorów?

Na razie trudno powiedzieć, gdyż jestem w trakcie przygotowania oferty związanej z głównym przyszłorocznym wyzwaniem – chcę w 365 dni, w formule triathlonu, pokonać dystans równy ziemskiemu równikowi. Triathlon to jednak sport bardzo indywidualny, dlatego w świecie biznesu jak na razie trochę przeraża mnie jego zespołowość. Mam wciąż spory problem z obdarzeniem obcych ludzi zaufaniem, bez którego nie ma mowy o sukcesach.

Na co zwracasz uwagę przy wyborze współpracowników?

Zależy mi na wspólnych etyczno-moralnych zasadach. Marketing czy prowadzenie działalności gospodarczej kojarzy się dziś głównie z robieniem kasy – jest księgowa mówiąca, co się opłaca i według jej wskazówek podejmuje się biznesowe decyzje. Ja tymczasem chcę przekonać, że każdy powinien mieć swoją pasję. Nie bez powodu w mediach społecznościowych często używam hashtagu #jestemkimswiecej. Życie nie musi kręcić się wokół pracy i utartych schematów, rozwój daje mnóstwo frajdy!

Biznes na ogół podziela te wartości czy firmy chcą skorzystać z twoich zasięgów?

Jednym z moich pierwszych sponsorów był człowiek, który wszystko przeliczał na możliwy zysk – szybko zerwaliśmy współpracę. Później, na szczęście, trafiałem już przede wszystkim na świetnych przedsiębiorców. Jeszcze rok temu byłem mało popularny, więc zdaję sobie sprawę, że firmy otaczały mnie raczej mecenatem, a nie sponsoringiem – przekazywali mi fundusze, bo mnie lubiły. 

Na ile sportowiec musi mieć duże ego? O rozpoczęciu treningów mówisz jako o spontanicznej decyzji, tymczasem w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” użyłeś w tym kontekście sformułowania „certyfikat niezwykłości”.

Ja, Adrian Kostera, jestem normalnym typkiem – naprawdę nie mam rozbuchanego ego. Ale to, co jest we mnie niezwykłego to mental i fakt, jak zawzięcie potrafię marzyć. Nie tylko nakreśliłem sobie ważny cel, ale każdego dnia staram się przybliżać do jego osiągnięcia – myślę, że to wyróżnia mnie spośród innych. Nie kończę wyłącznie na planach, realizuję je. 

Jakich cech nauczył cię triathlon?

Miał mnie nauczyć dyscypliny, ale to się nie do końca udało... (śmiech). Na pewno mocno popracowałem nad cierpliwością. Zawsze byłem kiepsko zorganizowany i raczej leniwy. Wszystkie wyzwania, z którymi się mierzę, pomagają mi skupiać się akurat na tych cechach. Stałem się też bardziej przedsiębiorczy – nadal to nie jest do końca mój świat, jednak odnajduję się w nim lepiej, niż jeszcze kilka lat temu. Od jakiegoś czasu spełniam się też jako trener. Ludziom, którzy zgłaszają się do mnie na trening, na początek przydzielam zadania, które nie poprawiają kondycji, lecz wzmacniają systematyczność.

Skąd zwrot ludzi sukcesu ku takim dyscyplinom jak triathlon?

Około 85 proc. moich podopiecznych to przedsiębiorcy, choć trzeba też przyznać, że obraz dotyczący mody na triathlon może być nieco zakłamany, gdyż po prostu biznesmeni dysponują odpowiednimi środkami pozwalającymi im zająć się tą dyscypliną. Sądzę, że triathlon to przede wszystkim pewien prestiż. Jest nawet taki dowcip: „Po czym poznać triathlonistę? W pierwszych zdaniach rozmowy sam ci o tym powie”. 

Istotny jest również fakt, że w dzisiejszych czasach triathlon to w dużej mierze gadżeciarstwo – im bardziej carbonowy czy błyszczący masz sprzęt, tym fajniej. A to wszystko kosztuje, w dodatku niemałe pieniądze. Triathlonowe starty to świetne miejsce do „zaprezentowania się” światu.

Charakter ma tu jeszcze jakieś znaczenie?

Oczywiście! Startując chociażby w zawodach Iron Man, przedsiębiorca udowadnia, że jest konsekwentny, uparty – ma cechy niezbędne w biznesie. 

Cieszy cię to rosnące zainteresowanie triathlonem? Sam powiedziałeś, że te starty wiążą się z prestiżem. A im więcej zawodników, tym prestiż spada...

Żeby było jasne – sam nie uważam triathlonu za przesadnie prestiżowy sport, po prostu przytoczyłem ci opinie moich podopiecznych. Dla mnie ta dyscyplina jest wyłącznie narzędziem do rozwoju i spełniania marzeń. Bardzo chciałbym, żeby każdy w taki sam sposób postrzegał swoje pasje.

Jakie masz najbliższe plany? Wspomniałeś o pokonaniu dystansu równego równikowi.

7 listopada startuję w biegu na 1000 km – ten wyścig traktuję jako trening do głównego wyzwania, które rozpoczynam 1 czerwca 2023 r. Zamierzam ustanowić rekord Guinnessa w kategorii „najdłuższy triathlon na świecie”. W rok spróbuję pokonać ponad 40 tys. km – najpierw przepłynę 1200 km, później przejadę rowerem nieco ponad 31 tys. km, by ostatecznie przebiec 7800 km. Mocno wierzę, że to się uda, bo kiedy patrzę na swoją dotychczasową karierę, to stwierdzam, że niczego bym w niej nie zmienił – rozwijałem się w zupełnie naturalnym tempie. Zdecydowanie jestem dumny z miejsca, w którym się teraz znajduję. C

My Company Polska wydanie 11/2022 (86)

Więcej możesz przeczytać w 11/2022 (86) wydaniu miesięcznika „My Company Polska”.


Zamów w prenumeracie

ZOBACZ RÓWNIEŻ

POLECAMY