Reklama

Sąsiad pomoże, a przy okazji dorobi. Polak stworzył aplikację, która ma łączyć ludzi w okolicy

Sąsiad pomoże, a przy okazji dorobi. Polak stworzył aplikację, która ma łączyć ludzi w okolicy
fot. Shutterstock / New Africa
Michał Tumilewicz stworzył Helpigo, czyli aplikację, w której znajdziesz w okolicy kogoś, kto za drobną opłatą pomoże przy zakupach, przeprowadzce czy nawet lepieniu pierogów. Zaczyna od Legnicy i Dolnego Śląska, potem chce wchodzić do kolejnych miast, a docelowo także za granicę.

Zyskaj dostęp do bazy artykułów z „My Company Polska” Zamów teraz!

Reklama

Skąd wziął się pomysł na Helpigo i jak wyglądał pierwszy, roboczy prototyp?

Pomysł wziął się przede wszystkim z różnych sytuacji w moim życiu, kiedy potrzebowałem pomocy. Czasami brakowało mi po prostu drugiej pary rąk, kogoś w pobliżu, kto miałby chwilę czasu i chęć pomóc. Niekoniecznie fachowca czy profesjonalnej firmy, ale zwyczajnie drugiego człowieka.

Pomyślałem, że przecież wiele osób ma podobne problemy. Jedni potrzebują pomocy, a inni chętnie jej udzielą i przy okazji trochę dorobią. Dzięki temu jedna osoba oszczędza czas i pieniądze, a druga zarabia wtedy, kiedy być może naprawdę tego potrzebuje.

Wszystko zaczęło się od pomysłu, który roboczo nazywałem Laweta.pl. Miała to być aplikacja do szybkiej pomocy na drodze, na przykład podczas awarii samochodu, kiedy brakuje nam odpowiedniego sprzętu albo potrzebujemy kogoś do pomocy. Zamiast zawsze czekać na lawetę czy profesjonalną firmę, moglibyśmy sprawdzić, czy ktoś w pobliżu nie pomoże nam szybciej i taniej.

Później zacząłem się zastanawiać, dlaczego ograniczać się tylko do pomocy drogowej. Przecież ludzie codziennie potrzebują pomocy w najróżniejszych sprawach. Weźmy prosty przykład. Zbliżają się święta, a ktoś nie lubi lepić pierogów albo zwyczajnie nie ma na to czasu. Z kolei młoda dziewczyna z sąsiedztwa chętnie pomoże za niewielką opłatą, bo chce sobie dorobić. Dlaczego te osoby nie miałyby się odnaleźć dzięki kilku kliknięciom? Tak narodziło się Helpigo.

Pierwszy prototyp był znacznie prostszy od dzisiejszej aplikacji. Miał mniej funkcji i dużo skromniejszy wygląd. Brakowało przede wszystkim rozbudowanego systemu powiadomień push, który uważam za jeden z najważniejszych elementów Helpigo. Pomoc powinna być dostępna szybko, a użytkownik powinien od razu dowiedzieć się, że ktoś może mu pomóc.

Z czasem rozbudowałem czat i dodałem śledzenie dojazdu pomocnika. Kiedy pomocnik zaakceptuje zadanie, może uruchomić trasę w Google Maps, a osoba czekająca na pomoc widzi, gdzie on jest i kiedy dotrze na miejsce. Chciałem, żeby działało to podobnie jak w aplikacjach przewozowych.

Kiedy byłem w Niemczech, dodałem też funkcję „Rzeczy z okolicy”. Użytkownicy mogą zaznaczyć na mapie przedmioty, które chcą komuś oddać, albo napisać, czego sami szukają. Pomyślałem, że na początku takie drobne, codzienne potrzeby mogą być dla ludzi kolejnym powodem, żeby zacząć korzystać z aplikacji.

Dziś Helpigo jest dużo bardziej rozbudowane, ale jego podstawowa idea się nie zmieniła: połączyć ludzi, którzy potrzebują pomocy, z tymi, którzy mogą jej udzielić.

Jak bez sztabu programistów i zewnętrznego finansowania udało się dowieźć aplikację na iOS, Androida i web?

Przede wszystkim dzięki determinacji. Kiedy człowiek naprawdę wierzy w swój pomysł, potrafi poświęcić mu mnóstwo czasu i energii.

Mam wykształcenie techniczne i interesuję się informatyką, ale stworzenie aplikacji działającej na kilku platformach było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Przez cały ten czas nie miałem za sobą ani dużego zespołu programistów, ani inwestora, który finansowałby rozwój. Korzystałem z dostępnych narzędzi programistycznych, również ze sztucznej inteligencji, która bardzo pomaga w rozwiązywaniu problemów technicznych. Wszystkie decyzje dotyczące produktu, jego rozwoju, testów i kolejnych wdrożeń musiałem jednak podejmować sam.

To były tysiące godzin przed komputerem, często wieczorami, nocami i w weekendy. Po rozwiązaniu jednego problemu pojawiał się kolejny. Czasami wydawało się, że wszystko już działa, a po chwili okazywało się, że trzeba poprawić coś zupełnie innego.

Dużą motywacją były dla mnie pierwsze odpowiedzi od zagranicznych funduszy inwestycyjnych i osób ze środowiska startupowego. Usłyszałem, że pomysł może być obiecujący, ale najpierw muszę udowodnić, że ludzie rzeczywiście będą chcieli korzystać z takiej aplikacji. Finansowania nie dostałem, ale te słowa miały dla mnie znaczenie. Pokazały mi, że warto doprowadzić projekt do momentu, w którym da się go sprawdzić na prawdziwym rynku.

Cały rozwój Helpigo finansuję sam, z pieniędzy zarabianych w zwykłej pracy, dlatego każdy wydatek muszę dobrze przemyśleć. Myślę, że doszedłem do obecnego etapu przede wszystkim dlatego, że włożyłem w Helpigo całe serce. I wciąż mam mnóstwo pomysłów na jego rozwój.

Co okazało się największym zderzeniem z rzeczywistością, kiedy skończyłeś pisać kod i trzeba było wyjść do ludzi?

Uświadomienie sobie, że stworzenie działającej aplikacji to dopiero początek. Znacznie trudniej jest sprawić, żeby ludzie zaczęli z niej regularnie korzystać.

Ze względu na bardzo ograniczony budżet przeprowadziłem niewielkie kampanie reklamowe na Facebooku i Instagramie, za około 25 zł dziennie, łącznie przez mniej więcej dwa tygodnie. Dziś Helpigo ma 105 zarejestrowanych użytkowników.

Co ciekawe, wiele osób chętnie dodaje się do mapy jako osoby oferujące pomoc. To był dla mnie bardzo pozytywny sygnał, bo widać, że ludzie chcą pomagać innym i przy okazji dorabiać. Problemem okazała się druga strona rynku, czyli osoby, które potrzebują pomocy. Na jednym obszarze mamy wciąż zbyt mało użytkowników, żeby regularnie pojawiały się prawdziwe zadania.

Do tej pory tylko jedna osoba spoza mojego otoczenia opublikowała zadanie. Co ciekawe, zrobiła to w Grodzisku Wielkopolskim, czyli daleko od miejsca, w którym skupiam promocję Helpigo. Nie ukrywam tych liczb, bo jesteśmy dopiero na początku. Mamy gotowy produkt, ale wciąż musimy udowodnić, że potrafimy zbudować wokół niego aktywną społeczność.

Dlatego nie chcę od razu reklamować Helpigo w całej Polsce. Wolę rozwijać aplikację stopniowo, tak jak lokalne platformy usługowe, które wchodzą do kolejnych miast: najpierw ulica po ulicy, potem dzielnica po dzielnicy i miasto po mieście. Zaczynamy od Legnicy i Dolnego Śląska, bo zależy mi, żeby osoba, która doda zadanie, miała realną szansę znaleźć kogoś do pomocy.

Żeby dalej finansować projekt, musiałem wyjechać do pracy do Drezna. Na początku grudnia planuję wrócić do Legnicy i mocniej zaangażować się w rozwój Helpigo na miejscu. Mam nadzieję, że okres przedświąteczny będzie dobrą okazją, żeby pokazać ludziom, do czego aplikacja może się przydać. Wtedy często potrzebujemy dodatkowej pomocy przy zakupach, porządkach, przygotowaniach czy drobnych codziennych sprawach. Wierzę, że odpowiednie finansowanie i wsparcie marketingowe mogłyby znacząco przyspieszyć cały proces.

Na czym docelowo będzie zarabiać Helpigo? Jaki jest model biznesowy?

Na obecnym etapie najważniejsze jest dla mnie zbudowanie społeczności i sprawdzenie, jak ludzie korzystają z aplikacji. Dlatego podstawowe funkcje Helpigo mają pozostać darmowe. Użytkownicy powinni móc bez opłat publikować zadania, oferować pomoc, przeglądać mapę i kontaktować się ze sobą. Nie chcę od początku pobierać pieniędzy za samo to, że ktoś potrzebuje pomocy.

Docelowo zakładam kilka źródeł przychodów. Pierwszym będą opcjonalne funkcje premium, na przykład promowanie własnej oferty pomocy, większa widoczność na mapie czy dodatkowe możliwości dla osób, które korzystają z aplikacji częściej. Drugim będą konta biznesowe: lokalni usługodawcy i firmy mogliby korzystać z dodatkowych narzędzi promocji, statystyk czy płatnych planów dopasowanych do ich potrzeb. Rozważam też system wewnętrznych kredytów, dzięki którym można by jednorazowo wykupić konkretną funkcję bez opłacania abonamentu.

W przyszłości chciałbym wprowadzić bezpieczne płatności między użytkownikami wewnątrz aplikacji. Wtedy jednym ze źródeł przychodów mogłaby być niewielka prowizja od zrealizowanych zleceń. To jednak kolejny etap. Najpierw musimy zbudować rynek i udowodnić, że ludzie rzeczywiście znajdują dzięki Helpigo pomoc.

Chciałbym, żeby podstawowa zasada zawsze była taka sama: aplikacja ma być dostępna dla każdego, a płatne funkcje mają być dodatkiem, a nie przeszkodą.

Skąd pomysł, by aplikację promować autorską piosenką i teledyskiem?

Pomyślałem, że nie wszystko trzeba tłumaczyć za pomocą tradycyjnej reklamy. Helpigo ma bardzo prostą, ale też emocjonalną ideę: ludzie pomagają ludziom. Czasami ktoś potrzebuje drugiej osoby, a czasami sam może być tą osobą, która komuś ułatwi dzień. Chciałem pokazać tę bardziej ludzką stronę projektu.

Muzyka potrafi wzbudzać emocje i zapada w pamięć. Czasem łatwiej przekazać ideę piosenką niż kolejną reklamą, w której ktoś po prostu opowiada o funkcjach aplikacji. Tak powstał utwór „Podaj dalej”.

Nie chodziło mi tylko o promocję aplikacji. Chciałem też przekazać prostą myśl, że nawet niewielka pomoc może mieć dla drugiego człowieka duże znaczenie. Przygotowaliśmy dwie wersje językowe, polską i angielską. Mam nadzieję, że dzięki temu ludzie nie tylko zapamiętają nazwę Helpigo, ale też zrozumieją, dlaczego w ogóle postanowiłem stworzyć taką aplikację.

Jaki był twój najbardziej kosztowny błąd w pierwszym roku i czego cię nauczył?

Ze względu na bardzo ograniczony budżet od początku starałem się podejmować jak najbardziej przemyślane decyzje. Praktycznie każdą większą zmianę czy wydatek analizowałem wielokrotnie. Nie było więc jednego spektakularnego błędu, na którym straciłbym duże pieniądze.

Jeśli jednak miałbym wskazać coś, co dziś zrobiłbym inaczej, byłoby to zbyt szybkie szukanie inwestora. Po pierwszych pozytywnych odpowiedziach z zagranicy poczułem ogromną motywację. Zacząłem przygotowywać prezentacje i wysyłać materiały do kolejnych funduszy. Dziś myślę, że mogłem trochę zwolnić, lepiej dopracować te materiały, a przede wszystkim wcześniej skupić się na zdobyciu pierwszych aktywnych użytkowników. Nie kosztowało mnie to wielkich pieniędzy, ale kosztowało czas, który mogłem przeznaczyć na inne działania.

Zrozumiałem też, że nawet najlepsza aplikacja i pozytywna opinia inwestora nie zastąpią prawdziwych użytkowników. Dopiero rynek pokaże, czy rozwiązanie jest ludziom naprawdę potrzebne. Ta lekcja nauczyła mnie cierpliwości. Dziś wiem, że nie wystarczy zbudować produkt i pokazać go światu. Trzeba jeszcze krok po kroku zdobyć zaufanie ludzi i dać im konkretny powód, żeby zaczęli z niego korzystać.

Nadal chciałbym znaleźć wspólnika lub inwestora, który uwierzy w Helpigo tak jak ja. Szczególnie przydałaby się osoba z doświadczeniem w marketingu i rozwijaniu platform internetowych. Wierzę, że od strony technologicznej zrobiliśmy już bardzo dużo. Teraz największym wyzwaniem jest dotarcie z Helpigo do odpowiednich ludzi.

Czy Helpigo będzie docelowo działać tylko w Polsce?

Zdecydowanie nie. Od początku myślę o Helpigo jako o aplikacji, która mogłaby działać na całym świecie. Potrzeba pomocy nie kończy się przecież na granicy miasta czy kraju. Ludzie wszędzie mają podobne codzienne problemy: trzeba coś przenieść, odebrać, naprawić, zrobić zakupy albo po prostu znaleźć kogoś, kto ma chwilę wolnego czasu. I wszędzie są ludzie, którzy chętnie pomogą innym, wykorzystają swoje umiejętności albo będą chcieli dorobić.

Inspirują mnie platformy takie jak Uber czy Airbnb, które pokazały, że można budować usługi łączące ludzi na ogromną skalę. Nie oznacza to jednak, że chcę od razu podbijać świat. Najpierw chciałbym, żeby Helpigo dobrze działało w Legnicy i okolicach. Później chcę stopniowo wchodzić do kolejnych miast, regionów i krajów.

Moim największym marzeniem jest to, żeby kiedyś każdy, niezależnie od tego, gdzie jest, mógł otworzyć Helpigo i znaleźć w pobliżu kogoś, kto naprawdę może mu pomóc. Wiem, że przed nami jeszcze bardzo długa droga. Ale wierzę, że każda duża historia zaczyna się od pierwszego kroku.

Reklama

ZOBACZ RÓWNIEŻ

Reklama
Reklama