Dookoła świata

Polskim śladem

Enklawy z naszymi rodakami rozsiane na świecie nie mają u nas dobrej prasy. Uważa się je za przaśne czy nudne. Niesłusznie. Zabieramy was w trzy nasze ulubione miejsca, gdzie znaleźć można polski ślad, które odwiedzić chciałby prawie każdy. 

Melbourne żyje trochę w cieniu swojego „większego  brata”, czyli Sydney, które zdecydowanie bardziej wryło się w świadomość ludzi na całym świecie jako symbol Australii. Może chodzi o to, że nie dorobiło się swojej ikony, jaką w Sydney jest budynek tamtejszej opery? Jak na ironię, Sydney jest w ojczyźnie uważane za miasto wielkiego biznesu. To Melbourne postrzega się jako kulturalną stolicę kraju. Wielu sądzi także, że jest ono dużo mniejsze niż stolica, a to nieprawda. Różnica jest minimalna: 4,5 mln mieszkańców wobec 4,8 mln. 

Można jednak odnieść takie wrażenie, spacerując w śródmieściu Melbourne. Jest ciche, z szerokim ciągami dla pieszych przedzielonymi tramwajowym torowiskiem. Samochody wydają się tu nieproszonymi gośćmi, którzy dyskretnie się przemykają. Kontrast z hałaśliwym city w Sydney jest olbrzymi. 

I właśnie w odległości ledwie kilku kilometrów od serca Melbourne znajduje się jedna z bardziej czarujących i zarazem najbardziej nieoczywistych polskich enklaw na świecie: przytulona do morza St Kilda. 

Należy zaznaczyć, że Polacy nigdy w niej nie dominowali. Ale też żadna inna z narodowości, które znajdowały tu przystań, Włochów, Greków czy wschodnioeuropejskich Żydów (jest tu społeczność polskich chasydów), nigdy do końca nie mogła powiedzieć o St Kilda jako o „swojej”. Polskie dziedzictwo tego miejsca zachowało się przede wszystkim w świadomości mieszkańców miasta i można znaleźć o tym informację w lokalnych przewodnikach. Jest też paru znanych rezydentów dzielnicy z nadwiślańskimi korzeniami, jak aktorka komediowa Magda Szubanski, gwiazdor serialu science fiction „Dwa światy” Zbych Trofimiuk czy Alice Wojcik, założycielka Tomorrow Foundation i pierwszego w Melbourne centrum pomagającego dzieciom imigrantów w lepszym starcie. 

Największa grupa Polaków przyjechała do St Kilda po II wojnie światowej. Weterani armii Andersa otrzymywali oferty osiedlania się w Wielkiej Brytanii, ale dla wielu gorycz z powodu poczucia zdrady była zbyt duża. A że nie zamierzali wracać do komunistycznej Polski, nie wahali się znaleźć miejsca daleko od kraju. 

Wybór St Kilda przez niezamożnych emigrantów jest poniekąd zrozumiały: w latach 40. było tu tanio. Dzielnica była też jednak zaniedbana, a od czasów Wielkiego Kryzysu szerzyły się prostytucja i inne szemrane rozrywki. Dziś trudno w to uwierzyć, bo jest to jedno z najmodniejszych i najdroższych miejsc w mieście. Mieszkańcy narzekają, że traci wręcz swój charakter... ale nie jest tak źle. 

Trafimy tu z centrum łatwo, np. jednym z licznych tramwajów. Dobrze zacząć odkrywanie uroków St Kilda od plaży. Choć nie jest nawet w połowie tak piękna, jak niektóre jej odpowiedniczki w Sydney, to i tak jest świetna i uważana za najlepszą w Melbourne. Położona w cieniu śródmieścia oferuje nieziemski widok na jego wieżowce, szczególnie z zabytkowego molo. Spacer wzdłuż wybrzeża też gwarantuje wrażenia. Najpierw naszym oczom ukaże się Palais Theatre wybudowany w latach 20. w stylu art déco – główna sala koncertowa Melbourne (występują tu także młodzieżowe gwiazdy). Doskonale proporcjonalny budynek zdaje się wyłaniać prosto z morza. Latem, przy okazji koncertów, wokół gromadzi się mnóstwo ludzi. Piją piwo, grillują w nastroju wiecznych wakacji. 

Zaraz obok znajduje się Luna Park otwarty w 1912 r. Staroświecki rollercoaster i zabytkowe ozdoby sprzed stu lat sprawiają, że atmosfera przypomina raczej tę rodem z wiersza Edgara Allana Poe niż znaną ze współczesnych parków Disneya...

Nieco dalej ciągnie się Acland Street – jedna z dwóch głównych ulic dzielnicy, obok Fitzroy Street. Wokół nich jest bezlik restauracji. Od oferty kręci się głowie. Często więc o wyborze decydują detale – np. to, czy dane miejsce ma ogródek z dobrym widokiem na plażę. Wśród tej feerii różnorodności warto zwrócić uwagę na cukiernię Monarch. Rodzina polskich emigrantów założyła ją w 1934 r. i do dziś miejsce to chwali się wypiekami wedle naszych tradycyjnych przepisów. Sprzedawany tam „polski sernik” jest jednym z kulinarnych symboli Melbourne. 

Spacer po Fitzroy Street i sąsiednich ulicach inspiruje też wyobraźnię: tak musiało toczyć się życie St Kilda przed gentryfikacją... Zachowało się wiele zabytkowych budynków, choć większość wygląda dziś jak spod igły. Kto zostanie tam na noc, pozna inne oblicze dzielnicy: dziesiątki barów i klubów zaczynają tętnić życiem, jest też znany od niedawna także i w Polsce „nocny rynek” oznaczający możliwość zjedzenia oryginalnych potraw za rozsądną cenę. Czasem podczas takich nocnych wypraw poznana właśnie osoba z entuzjazmem mówi, że też jest Polką lub Polakiem – bo byli nimi dziadek czy babcia. I nic to, że po polsku ani w ząb. W końcu są z dzielnicy, którą trudno zaszufladkować. 

Idylla w Roncesvalles

Kiedy niedawno prezydent Andrzej Duda jechał do Kanady, jeden z punktów jego wizyty wywołał niemałe zdumienie. Miał bowiem odwiedzić Mississaugę. U nas ta nazwa niewiele mówi. Tymczasem jest to jedno z największych skupisk polonijnych w Kanadzie. Prezydent chciał się po prostu pokazać rodakom za oceanem. Szkoda jednak, że nie wybrał położonej ledwie 20 km dalej innej polskiej enklawy. Bo Roncesvalles ma o wiele więcej charakteru i uroku niż Mississauga. 

To dzielnica przylegająca do centrum Toronto. Zachowała się w niej tradycyjna wiktoriańska architektura. Główna ulica, Roncesvalles Avenue, dociera na południu do dzielnicy Queen Street West. I to sąsiedztwo definiuje rolę całego przedmieścia. 

Dlaczego? Bo Queen Street West to obecnie jedno z najbardziej „gorących” miejsc w Toronto, a jego sława wykracza daleko poza Kanadę. Powstaje tam mnóstwo galerii, sklepów (z licznymi lumpeksami włącznie) i oczywiście knajpek. Odbywają się festiwale, koncerty, a ściany pokrywają liczne murale autorstwa najsłynniejszych streetartowców. Ten najbardziej znany to praca Jessego Harrisa – wielki napis „You’ve changed” (Zmieniłaś się) na ślepej ścianie jednej z kamienic, który można odczytywać jako ironiczny komentarz do Queen Street West jako dzielnicy, która przeobraża się w mekkę młodych i aspirujących, jak i do zmiany wizerunku całego kraju (coraz lepiej postrzeganego na świecie). 

Na razie polskie Roncesvalles jest na uboczu zamieszania związanego z Queen Street West. I to jego zaleta. Polaków jest tu wciąż sporo, ale coraz mniej. Domy i lokale w dzielnicy stają się bowiem, ze względu na sąsiedztwo z południa i bliskość ścisłego centrum, tak wiele warte, że bardziej opłaca się je wynająć, a samemu zamieszkać w jakiejś mniej popularnej części miasta. Często sama różnica w czynszach wystarcza na wygodne życie, nawet jak na kanadyjskie warunki... 

Ci, którzy zostają, robią to nie tylko ze względu na sentyment. Dzielnica słynie choćby ze swoich piekarni. W kolejkach do najlepszych można się przekonać, że sława polskiego chleba niesie się daleko poza Roncesvalles. 

To oczywiście niejedyny powód, żeby odwiedzić tę dzielnicę, zwaną w Toronto pieszczotliwie Roncy. Wzdłuż Roncesvalles Avenue pełno jest polskich sklepów (nasza kiełbasa, czyli „kolbasa”, to kolejny powód popularności okolicy wśród nie-Polaków), knajp (zwłaszcza Cafe Polonez słynie z pierogów), zakładów fryzjerskich, biur podróży... jest nawet polski dom spokojnej starości. Kanadyjczycy, traktujący niegdyś Roncesvalles z góry, jako przaśną część Toronto, teraz doceniają jej małomiasteczkowy klimat i świetne położenie. Nie chodzi tylko o to, że stąd jest rzut beretem od śródmieścia i Queen Street West. Roncy leży też nad brzegiem „małego morza”, czyli jeziora Ontario. A zaraz po drugiej stronie Roncesvalles Avenue znajduje się High Park, jeden z najbardziej znanych i największych terenów zielonych w mieście. Sprawia to, że chętnie osiedlają się tu młode rodziny. 

Z polskich znaków w Roncesvalles trzeba też wyróżnić stojący na końcu głównej arterii (którą śmigają charakterystyczne dla Toronto czerwone tramwaje) pomnik katyński. To jedno z bardziej udanych upamiętnień tragedii polskich oficerów. Pęknięty na pół czarny kamień wywołuje u odbiorcy niepokój. 

Jest to też dobry punkt na zakończenie zwiedzania swojskiego skrawka w wielokulturowym tyglu, jakim jest Toronto. No, chyba że trafimy tam w dniach, kiedy odbywa się coroczny „polski festiwal”. Wtedy prędko nie wyjedziemy. 

Polscy Żydzi w Montrealu

Kilka godzin jazdy od Toronto, w Montrealu, jest kolejna polska enklawa. W tym mieście frankofonów i anglofonów znajduje się niemal idealnie pośrodku, przyczepiona do wschodniej strony bulwaru Świętego Wawrzyńca, dzielącego Montreal na pół (im bardziej na wschód, tym bardziej „francusko”, im bardziej na zachód – „angielsko”). To, że klimat robi się swojski, poczujemy, gdy miniemy na bulwarze cukiernię Wawel, cenioną przez miejscowych bez względu na nację. Kiedy tylko usłyszą, że jest się znad Wisły, bardzo często ich pierwszą reakcją jest wspomnienie serwowanych w Wawelu polskich smakołyków. 

Cukiernia znajduje się na skraju dzielnicy Mile End uważanej za jedną z obowiązkowych atrakcji Ameryki Północnej. Polacy pojawili się tu masowo po wojnie (w całym Montrealu mieszka ich dziś ok. 60 tys.). Teraz głównym znakiem naszej obecności w okolicy jest kościół na ulicy Saint Urbain i polski sklep obok połączony z restauracją. 

Montrealczycy szczycą się swoimi bajglami. Nie bez powodu – Montreal to obok Nowego Jorku największe skupisko Żydów w Ameryce Północnej. Z Europy przywieźli swoje przyzwyczajenia i kulturę. Jednym z jej elementów jest oczywiście wywodzący się z Krakowa bajgiel. Jednak jest on tak zakorzeniony jako symbol Montrealu, że większość zwykłych mieszkańców jest przekonana, iż wynaleziono go właśnie tu! A konkretnie w Mile End, gdzie znajdują się dwie słynne w mieście piekarnie: Fairmount Bagel i Saint Viateur Bagel. 

W Mile End można się zresztą nadal poczuć jak na przedwojennych warszawskich Nalewkach albo na krakowskim Kazimierzu, skrzyżowanych z jakimś kresowym miasteczkiem. Ulice wypełniają ubrani w tradycyjne stroje Żydzi nadal mówiący w jidysz, uznanym podobno za martwy język. 

Ale ta dzielnica to tak naprawdę mieszanka: hipsterów, rodzin z klasy średniej, przyciąganej przez koloryt dzielnicy, i miejscowych Żydów właśnie. Klimat tego miejsca można poczuć zwłaszcza latem. Do kawiarni serwujących lody organiczne stoją długie kolejki, na trawnikach i skwerach rodziny i grupy przyjaciół robią pikniki, a w modnych knajpach pełno młodych ludzi. 

Z polskich Żydów można spotkać tu dwie grupy. Jedni (w większości już ich potomkowie), to ci, którzy wyjechali z kraju jeszcze przed pożogą. Dla nich Polska jest trochę rajem utraconym, magiczną krainą dzieciństwa. Nawet bójki z co bardziej krewkimi gojami wspominają z sentymentem. Druga grupa to powojenna fala emigracji. Im Polska kojarzy się z wielkim cmentarzem, na którym zostawili swoje rodziny. 

Pamiętam zwłaszcza Bena, niemłodego już faceta pracującego w lokalnej rozgłośni żydowskiej. Urodził się w Mile End, ale jego rodzice przyjechali z Polski. Nigdy jednak o rodzimym kraju przy dzieciach nie wspominali. Poza dwoma wyjątkami – raz, kiedy Ben i jego rodzeństwo musieli nauczyć się polskiego hymnu (Ben pamięta go do dzisiaj), a drugi – przy okazji domowych remontów. Ojciec Bena dbał, żeby robiła je firma zatrudniająca robotników z Polski. Rozmawiał wtedy i żartował z nimi w języku, którego dzieci nie rozumiały. 

W latach 90., już po śmierci ojca, Ben przyjechał do nas pierwszy raz. Nie spodziewał się, że ta wizyta będzie dla niego jak objawienie. Okazało się, że wszystko w jego domu, od potraw aż po takie zwyczaje, jak picie herbaty do niemal każdego posiłku, było po prostu polskie. 


Jeszcze kilka polskich śladów

Bukowina rumuńska – przepiękny obszar zamieszkany od wieków przez różne narodowości: Polaków, Niemców, Ukraińców, Żydów i Cyganów. W polskich wioskach zachowały się zwyczaje ojców, jakich w kraju już nie uświadczymy. Słynną atrakcją Bukowiny są średniowieczne cerkwie, których zewnętrzne ściany zdobią malowidła. 

Haiti – w miejscowości Cazale żyją potomkowie polskich legionistów przysłanych przez Napoleona, by stłumić powstanie niewolników. Ale Polacy przyłączyli się do powstańców i wraz z Niemcami byli jedynymi białymi, którym pozwolono potem osiedlać się na wyspie. Ich potomkowie wyróżniają się dość jasną skórą i często jasnymi oczami. Jerzy Grotowski odnalazł tu swego krewnego – kapłana wudu. 

Harbin – miasto było kiedyś administracyjnym centrum Kolei Wschodniochińskiej, w której Polacy zajmowali kluczowe stanowiska. Przez lata istniała w nim kolonia naszych rodaków, którzy prowadzili tu m.in. jedną z największych w Azji fabryk papierosów. Mieli też luksusowe połączenie kolejowe do... Ciechocinka. Opuścili Harbin dopiero za rządów chińskich komunistów. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

25 najlepszych polskich startupów

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?