Trendy

Chemia na ratunek

© Shutterstock

W październiku 2010 r. liczba ludzi na Ziemi przekroczyła 7 mld. Choć nie przybywa nas już w takim tempie, jak jeszcze pod koniec XX w., za niespełna dekadę ludzi będzie i tak więcej o miliard, a w połowie stulecia – o kolejne półtora miliarda. To oznacza ogromne wyzwania związane z wyżywieniem, którym nie sprostamy bez przemysłu chemicznego. 

Rosnące zaludnienie naszej planety już od dłuższego czasu stanowi poważny kłopot. Najbardziej dramatycznym tego przejawem jest panujący w niektórych regionach głód: oblicza się, że już dziś co najmniej 2 mld ludzi na Ziemi są głodne lub potrzebują lepszej diety. Złą wiadomość już znamy: skoro będzie nas jeszcze więcej, problemów także przybędzie. Kolejne prognozy są coraz bardziej alarmujące. Dopiero co ONZ zakładała, że wprawdzie jeszcze przez kilkadziesiąt lat nasza populacja będzie rosła, ale w coraz wolniejszym tempie, a od połowy XXI w., gdy sięgnie 9,6 mld, zacznie się kurczyć. Między innymi dlatego, że w wielu rejonach świata wzrośnie poziom życia, a spadnie dzietność. 

Przewidywania te mogą być jednak zbyt optymistyczne. Pojawiły się szacunki, że w 2100 r. na Ziemi żyć będzie ponad 11 mld ludzi. Przy tym nawet i te wyliczenia są już podważane. Niedawno zespół naukowców z Uniwersytetu Stanu Waszyngton w Seattle, kierowany przez Adriana E. Raftery’ego, ogłosił, że znacznie bardziej prawdopodobne jest, iż na przełomie wieku będzie aż 13,2 mld przedstawicieli homo sapiens. 

Perspektywa podwojenia populacji w ciągu stulecia może być zatrważająca. Zresztą, nawet jeśli przyjąć, że amerykańscy uczeni się mylą, problemy z wyżywieniem ludzkości nie znikną i będą coraz bardziej uciążliwe. Eksperci takich organizacji, jak Millennium Alliance for Humanity and the Biosphere przy Uniwersytecie Stanforda czy Sustainability Central, obliczają, że jeśli założyć, iż w 2050 r. będzie nas „tylko” o ok. 2,5 mld więcej, będzie to wymagać podwojenia produkcji żywności. Na szczęście inni aż tak czarno tego nie widzą: generalnie zakłada się, że w tym wariancie, optymistycznym, potrzebny będzie 30-procentowy wzrost produkcji żywności. 

A jeśli do końca wieku będzie nas już 11 mld? – Wtedy wymagać to będzie zwiększenia produkcji rolnej aż o 60 proc. – zauważa Mirosław Kwiatkowski, członek zarządu i dyrektor sprzedaży firmy chemicznej Anwil, jednego z największych w kraju producentów nawozów azotowych. Zwraca on też uwagę na inne czynniki: – Na skutek urbanizacji oraz reindustrializacji, choćby tej, z jaką mamy mieć do czynienia w Unii Europejskiej, nadal będzie się zmniejszał globalny areał ziemi rolnej. Wniosek: efektywność zbiorów będzie musiała być jeszcze większa. 

Było uniwersalnie, jest indywidualnie

Zdaniem Kwiatkowskiego ta lepsza efektywność możliwa jest w dużej mierze za sprawą zwiększonego, ale i prowadzonego w sposób przemyślany, nawożenia. Podobna jest zresztą opinia wielu światowych ekspertów, którzy wskazują na pożytki płynące z dobrze wykorzystanej chemii. Ekonomiści podkreślają, że wciąż poprawiamy wydajność z każdego hektara, dzięki nawozom, mechanizacji, pestycydom i nawadnianiu. Jesse Ausubel z Uniwersytetu Rockefellera szacuje, że dzięki temu powierzchnia gruntów rolnych, potrzebna do wyprodukowania tej samej ilości żywności, spadła w ciągu ostatnich 50 lat o 65 proc. Wskazuje się także na potencjał ziemi w Afryce, która do tej pory tylko w niewielkim stopniu korzystała z takich zdobyczy cywilizacji jak nawozy sztuczne. 

Przedstawiciele Grupy Azoty, największego w Polsce koncernu chemicznego (i drugiego, co do skali produkcji, wytwórcy nawozów mineralnych w UE), zauważają, że już teraz ponad połowa ludzi na Ziemi jest się w stanie wyżywić tylko dzięki temu, że używa się nawozów azotowych – podstawy osiągania wysokich plonów. Polskie fabryki tych nawozów powstały dziesiątki lat temu i wtedy budowano je z myślą o dość nieskomplikowanych produktach uniwersalnych: miały znajdować zastosowanie przy jak największej liczbie rodzajów roślin i po prostu wspierać wielkotowarową produkcję rolną. 

W dzisiejszych czasach podejście się zmieniło. Nie tylko dlatego, że wytwarzanie i sprzedaż uniwersalnych nawozów to obecnie działalność spod znaku niskiej marży, czasami na granicy opłacalności. Ten model w coraz mniejszym stopniu odpowiada również zapotrzebowaniu współczesnego rynku. Jest on bowiem zainteresowany przede wszystkim produktami ściśle dopasowanymi do zamówień konkretnych odbiorców, czyli do specyfiki takich, a nie innych roślin, gleb itd. Jeśli klienci mogą dostać skrojone pod te potrzeby produkty, gotowi są za nie naprawdę dobrze zapłacić. 

Inwestycje w innowacyjność i klientów

Branża producentów nawozów, nie tylko w Polsce, ale i na świecie, podkreśla, że jednym z warunków koniecznych do jej rozwoju są inwestycje. Krajowe firmy z tego sektora mają przed sobą świetną przyszłość, ale tylko jeśli szybko zdecydują się na innowacje, bo bez nich nie wygrają z zagraniczną konkurencją. Rodzimi producenci nie siedzą oczywiście z założonymi rękami. – Stawiamy na nowe formuły nawozowe z dodatkami mikroelementów, które są dedykowane pod konkretne uprawy – mówi Mariusz Bober, prezes Grupy Azoty, i dodaje, że podobnie, jeśli chodzi o innowacyjne podejście, jest w przypadku innych produktów jego firmy. – Chcemy dalej się rozwijać i zwiększać udział w segmencie compoundów (chemikaliów – od red.) pod konkretne zapotrzebowania klientów. 

Grupa Azoty współpracuje m.in. z PKO Bankiem Polskim, razem z którym prowadzi akcję „Grunt to wiedza!”. W jej ramach poddano dogłębnej analizie kilkadziesiąt tysięcy próbek gleby, aby lepiej dopasować produkowane nawozy do konkretnych upraw w gospodarstwach rolnych w całym kraju. W pierwszych dniach września Grupa podpisała też z Ministerstwem Rozwoju umowę dotyczącą dofinansowania budowy jej Centrum Badań i Rozwoju w Tarnowie i rozpoczęła realizację projektu, którego łączną wartość ocenia się na prawie 90 mln zł. – Kluczowym celem Centrum będzie zbudowanie przewag konkurencyjnych opartych na wiedzy, co umożliwi podniesienie poziomu innowacyjności oferowanego przez nas portfela produktów oraz posiadanych technologii – wyjaśnia prezes Bober. Zgodnie z przyjętą strategią Grupa Azoty będzie przeznaczać na prace badawczo-rozwojowe do 1 proc. swoich przychodów. 

Producenci starają się też edukować klientów, obecnych i potencjalnych. Anwil, wspólnie z Krajowym Centrum Edukacji, prowadzi np. autorski program „Tropiciele mitów”. Jego cel to wsparcie przyszłych rolników w zakresie stosowania efektywnego nawożenia nieorganicznego. W ubiegłorocznej, drugiej edycji programu wzięło udział niemal 2,5 tys. uczniów szkół rolniczych w całej Polsce. Spółka chce, aby w warsztatach tych ostatecznie brali udział wszyscy uczniowie szkół ponadgimnazjalnych o takim profilu. – Warto przypominać rolnikom, jak ważne jest świadome stosowanie nawozów – mówi Mirosław Kwiatkowski. – Można to porównać do zażywania suplementów diety: najpierw należy upewnić się, ile i jakich pierwiastków czy witamin brakuje w naszym pożywieniu, a w tym przypadku w glebie, i dopiero wtedy podejmować decyzje o wyborze preparatu i zażywanej dawce. Metoda jej oceny „na oko” naprawdę nie jest dobrym rozwiązaniem. I nie ma tu znaczenia, czy rolnik jako źródło azotu stosuje obornik czy nawozy mineralne. 

Odpowiedni dobór „suplementu” i jego dawki oznacza również, że minimalizuje się ewentualny negatywny wpływ nawożenia na środowisko naturalne. Również i pod tym kątem producenci w coraz większym stopniu uświadamiają swoich klientów. 

Niewykorzystany potencjał

Skądinąd, chociaż nasze rolnictwo zmienia się bardzo dynamicznie, szczególnie od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej, to – jak pokazują analizy Europejskiej Organizacji Producentów Nawozów (Fertilizers Europe) oraz krajowych instytutów badawczych – poziom zużycia nawozów sztucznych na 1 ha jest u nas wciąż poniżej średniej unijnej i znacznie niższy niż w najbardziej rozwiniętych pod tym względem krajach, jak Niemcy, Belgia czy Francja. Jesteśmy co prawda w pierwszej dziesiątce krajów UE, jeśli chodzi o ogólne zużycie nawozów, ale głównie dlatego, że mamy po prostu wielkie, jak na Unię, połacie gruntów przeznaczonych pod uprawy. Źle wypadamy zresztą, jeśli chodzi o strukturę tego zużycia. Zbyt wielka jest przewaga produktów azotowych nad wieloskładnikowymi. 

Niektórzy uważają, że to dobrze, iż na 1 ha przypada u nas stosunkowo mało nawozów sztucznych – i mają rację, ale tylko wtedy, kiedy mowa o bezmyślnym, lekceważącym środowisko naturalne i nasze zdrowie, „sypaniu” uniwersalnych produktów starego typu. Poza tym szkodliwy dla środowiska jest również nadmiar na polach gnojowicy czy obornika. Jeśli natomiast mowa o nowoczesnych, „skrojonych na miarę” nawozach mineralnych i ich świadomym stosowaniu, sprawa wygląda zupełnie inaczej – są dużo bezpieczniejsze, a nie tylko bardziej skuteczne w działaniu. Możliwe zatem, że innowacje wprowadzane przez producentów i ich praca z klientami-rolnikami zmienią ogólne podejście do nawozów w kraju. Dla ich wytwórców oznaczałoby to oczywiście, że niewykorzystany dotąd potencjał rodzimego rynku przestanie „leżeć odłogiem”. 


Mariusz Bober, prezes Grupy Azoty

Stawiamy na nowe formuły nawozowe z dodatkami mikroelementów, które są dedykowane pod konkretne uprawy. Podobnie, jeśli chodzi o innowacyjne podejście, jest w przypadku innych produktów naszej firmy. Chcemy dalej się rozwijać i zwiększać udział w segmencie compoundów (chemikaliów  – od red.) pod konkretne  zapotrzebowania klientów. 


Mirosław Kwiatkowski, członek zarządu i dyrektor sprzedaży firmy Anwil

Jeśli do końca wieku, na co wskazują demografowie, będzie nas 11 mld, wymagać to będzie zwiększenia produkcji rolnej aż o 60 proc. Ponadto na skutek urbanizacji oraz reindustrializacji, choćby tej, z jaką mamy mieć do czynienia w Unii Europejskiej, nadal będzie się zmniejszał globalny areał ziemi rolnej. Wniosek: efektywność  zbiorów będzie musiała  być jeszcze większa. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty