Dookoła świata

Praktyczny jak Kolumbijczyk

© Shutterstock

Przeciętnemu Kowalskiemu Kolumbia kojarzy się z narkotykowymi kartelami. No, może jeszcze z plantacjami kawy, znacznie rzadziej z Shakirą, a już zupełnie sporadycznie z Gabrielem Garcíą Márquezem. Ten południowoamerykański kraj to przykład tego,  do jakiego stopnia patrzymy na świat przez pryzmat stereotypów. 

Kolumbia, z czego rzadko zdajemy sobie sprawę,  to kraj ponad trzy i pół razy większy niż Polska. A 50 mln jej mieszkańców czyni ją drugim – po Brazylii – najbardziej zaludnionym państwem na południowoamerykańskim kontynencie. 

Teraz zaskoczeń będzie więcej. Sporą niespodzianką może być dla nas to, że uznawane za siedzibę narkotykowej mafii Medellín – druga co do wielkości metropolia w kraju (prawie 4 mln mieszkańców) – zostało w 2012 r. uznane przez „The Wall Street Journal” i „Urban Land Institute” za... najbardziej innowacyjne miasto na świecie. Dlaczego? O tym za chwilę. Na razie rozprawmy się ze stereotypem dotyczącym czyhających wszędzie w Kolumbii, a już zwłaszcza we wspomnianym Medellín, niebezpieczeństwach. 

Każdy, kto po raz pierwszy przyjedzie do tego kraju, musi zwrócić uwagę na powszechną obecność funkcjonariuszy policji i wojskowych – na ulicach i w publicznych gmachach. W naszych oczach taki obraz kojarzy się właśnie z zagrożeniem, z jakimś ciągłym stanem wyjątkowym. Ale tutaj jest przeciwnie: umundurowani i uzbrojeni mężczyźni dają poczucie bezpieczeństwa. 

Oczywiście w kolumbijskich miastach wciąż są „złe dzielnice”, do których po zmroku nie radzę zapuszczać się nikomu, a zwłaszcza turystom. Choć czasami można się w nich znaleźć zupełnie niespodziewanie. W Bogocie (stolicy kraju z ponad 8 mln mieszkańców) jeden z takich niebezpiecznych kwartałów znajduje się raptem kilkaset metrów od prezydenckiego pałacu. Sporym zaskoczeniem dla przybyszów z Europy mogą być też nietypowe, jak na nasze warunki, zabezpieczenia hoteli czy domów. Na porządku dziennym jest np. stosowanie drutu kolczastego, czasami nawet pod prądem. 

Wszystko to służy jednak bezpieczeństwu i znacząco poprawia jakość życia, szczególnie w porównaniu z niedawną przeszłością. Dowód? Liczba morderstw i napaści w Medellín jest dziś 4-krotnie niższa niż jeszcze kilkanaście lat temu. 

Oczy dookoła głowy

Teoretycznie w Kolumbii obowiązuje ruch prawostronny, ale w praktyce bywa z tym różnie. Zarówno w miastach, jak i poza nimi, kierowcy jeżdżą na tyle szybko i agresywnie, że nawet ktoś znający zwyczaje panujące na drogach na południu Europy może być zaskoczony. Przepisy łamią wszyscy. Nie jest np. niczym nadzwyczajnym, że pasażerowie wsiadają lub wysiadają z taksówki, a także z autobusu, na środku skrzyżowania w centrum miasta. Zresztą podróżowanie transportem publicznym jest tu sztuką samą w sobie. Miejskie autobusy nie mają stałych tras ani przystanków, nie mówiąc już o regularnych rozkładach jazdy. Za przednią szybą znajduje się zwykle (choć nie zawsze) mała tabliczka z nazwami najważniejszych miejsc, które kierowca mija po drodze. Dla przyjezdnych odnalezienie się w tych warunkach może być nie lada wyzwaniem, tym bardziej że ulice w kolumbijskich miastach noszą zasadniczo tylko... dwie nazwy: Carrera (te z północy na południe) i Calle (ze wschodu na zachód) oraz numery, a czasami mają przypisane numery i litery. 

Gdy ktoś chce wysiąść z autobusu krzyczy do kierowcy: la proxima, por favor (przy następnej, poproszę) i może liczyć, że przy najbliższym skrzyżowaniu czy przecznicy pojazd przystanie na kilka sekund. 

Metro, metrobus i metrocable

Od kilku lat w największych miastach Kolumbii oprócz tradycyjnych autobusów funkcjonują także z powodzeniem tzw. metrobusy (zwane również BRT od Bus Rapid Transit). To bardzo typowy dla Ameryki Południowej środek transportu miejskiego: po wydzielonych pasach (zazwyczaj pośrodku jezdni) jeżdżą szybkie i zwykle dłuższe od tradycyjnych autobusy, które zatrzymują się na sporych przystankach-stacjach. 

W Medellín działa także jedyny w kraju system metra. Odbiega on jednak od tego, z czym metro nam się zwykle kojarzy. Nie ma tu żadnych tuneli ani podziemnych stacji. Główna, licząca 20 stacji linia A, biegnąca wzdłuż przecinającej miasto rzeki Medellín, zbudowana jest w całości na specjalnej estakadzie wznoszącej się kilka metrów nad ziemią. Metro to także jedno z najczystszych miejsc w mieście. Na stacjach i w pociągach obowiązuje kategoryczny zakaz jedzenia i picia czegokolwiek, a specjalne służby policyjno-porządkowe naprawdę pilnują, by pasażerowie go przestrzegali.

Uzupełnieniem linii A jest tzw. metrocable, czyli system kolejek linowych łączących znajdujące się na dnie doliny centrum Medellín z położonymi na pobliskich stokach ubogimi przedmieściami. Budowa tych linii była jednym ze sposobów władz miasta na walkę z bezrobociem.  Metrocable pozwala bowiem mieszkańcom najbiedniejszych i położonych najwyżej slumsów dostać się do centrum w ciągu zaledwie pół godziny. Jadący krętymi ulicami autobus na przemierzenie samej tylko trasy z góry w dół (różnica wzniesień sięga tu nawet 300 m) potrzebuje zazwyczaj od półtorej do dwóch godzin. A właśnie czas dojazdu był jednym z powodów, dla których tutejsi najbiedniejsi mieli kłopoty z podjęciem pracy zarobkowej.

Z myślą o nich samorząd miasta nie tylko zbudował metrocable, ale stale dofinansowuje też przejazdy samą  kolejką. Lokalni mieszkańcy mają prawo do aż 90-procentowej zniżki na ceny biletów. Czy przyznanie Medellín tytułu najbardziej innowacyjnego miasta na planecie jeszcze kogoś teraz dziwi?

Długi weekend

Władze Medellín zrobiły w ogóle w ostatnich latach bardzo dużo, aby ograniczyć wpływy mafii, walczyć ze społecznymi nierównościami i aktywizować mieszkańców. Obecnie na budżet partycypacyjny wydawanych jest już kilka procent wszystkich pieniędzy, jakimi dysponują. W mieście, zwłaszcza w biedniejszych dzielnicach, powstają biblioteki wyposażone w komputery z dostępem do internetu, które pełnią funkcję centrów kulturalno-społecznych, wstęp do sporej części muzeów i na wiele wystaw jest bezpłatny, a na skwerach, na których zamontowano przyrządy do ćwiczeń, organizowane są zajęcia sportowe, np. animowana przez trenerów poranna gimnastyka dla seniorów. 

A tego typu zajęcia ruchowe mogą się tu odbywać przez okrągły rok, bo w leżącej na równiku Kolumbii nie ma tradycyjnych pór roku. Słońce wstaje tu zawsze ok. godz. 6 rano i zachodzi o 18. Przyzwyczajony do tego Kolumbijczyk, który po raz pierwszy przyjeżdża np. do Europy czy USA, bywa w lekkim szoku, gdy okazuje się,  że zimą już wczesnym popołudniem robi się ciemno, a latem dnieje przed czwartą nad ranem. 

Brak pór roku ma też swoje praktyczne konsekwencje. Wakacje w kolumbijskich szkołach są... dość nieregularne. W części szkół wolne jest np. w lutym i marcu, w innych w czerwcu i lipcu, a jeszcze w innych we wrześniu i w październiku (trochę jak w Polsce ferie zimowe, choć u nas dotyczy to tylko dwóch miesięcy). Mieszkańcy Kolumbii mają zresztą więcej tego typu praktycznych i pożytecznych rozwiązań. Każde święto i dzień ustawowo wolny od pracy są tu ruchome. Jeśli taki dzień wypada np. w środę, jest przesuwany na poniedziałek lub piątek i już można się cieszyć długim weekendem. 

Wszystko na sprzedaż

Choć oficjalne statystyki mówią o kilkuprocentowej stopie bezrobocia, brak pracy w przypadku sporej części społeczeństwa to wciąż jeden z poważniejszych problemów Kolumbii. Nic więc dziwnego, że w kraju hojnie obdarzonym najróżniejszymi bogactwami naturalnymi – od węgla i ropy naftowej, poprzez rudy złota i srebra, aż po kamienie szlachetne (największe zasoby szmaragdów na świecie) – kwitnie proceder nielegalnego pozyskiwania tych kopalin. Zjawisko to jest tak rozpowszechnione, że w niektórych departamentach (odpowiednikach naszych województw) z takich właśnie nielegalnych i skrajnie niebezpiecznych kopalń pochodzi ponad połowa wydobywanego tam węgla czy rud metali. Oczywiście wypadki, w tym śmiertelne, są na porządku dziennym.

Kolumbijczycy nie lubią jednak narzekać i starają się na własną rękę działać, aby zarobić kilka groszy. Zwykły obrazek w centrum każdego tutejszego miasta w godzinach szczytu, to mężczyźni przechadzający się pomiędzy stojącymi w korkach samochodami, którzy trzymają wielkie tace z plastikowymi kubeczkami. Sprzedają świeżo wyciśnięte soki owocowe. Na ulicach handluje się tu wszystkim: warzywami i owocami (np. bezpośrednio z taczek), gorącymi przekąskami, kapeluszami i sznurowadłami, aż po... minuty połączeń telefonicznych. Wszędzie spotkać można ludzi z „szyldami” minuto celular lub llamadas i paroma telefonami komórkowymi (najczęściej na łańcuszkach). Oferują tanie rozmowy, a z ich usług korzystają wszyscy, od biedaków, poprzez turystów, aż po biznesmenów.

Choć życie w tym kraju nie należy do łatwych, to Kolumbijczycy, którzy, jak już wspomniałem, nie narzekają i nie rozpamiętują, są jednymi z najszczęśliwszych mieszkańców naszego globu (zaraz po mieszkańcach Kostaryki i Wietnamczykach). Wskazuje na to choćby Happy Planet Index ogłaszany co roku przez New Economics Foundation, ale poczuje to też każdy, kto ich choć trochę pozna. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty