Pasje

Gdy komputery miały duszę

© Rafał Kucharczuk

Mają tyle pamięci, że nie zmieściłyby w niej nawet pliku tekstowego w Wordzie. Są tak powolne, że proste tło i kilka ruchomych postaci z widocznych pikseli to dla nich szczyt możliwości. To komputery sprzed trzech dekad, dziś bezużyteczne. Ale nie brak pasjonatów, którzy uwielbiają stare gry, a nawet tworzą dla tych wiekowych maszyn nowe oprogramowanie. 

Współczesny pęd do dokładnego odwzorowania na ekranie otaczającego nas świata nie musi się przekładać na lepsze rozrywkowe walory komputerowych gier. Pierwsze komputery osobiste też potrafiły przykuć uwagę graczy na długie godziny. Pewnie dlatego nie brakuje dziś ludzi, którzy się nimi pasjonują: organizują związane z nimi imprezy, kolekcjonują je, a nawet zajmują się ich restaurowaniem, traktując to jako sposób na biznes. 

W pełni rozumiem tę fascynację, bo sam od kilkunastu lat kolekcjonuję stary, wysłużony sprzęt. Zacząłem od zakupu kilku komputerów, które miałem kiedyś jako nastolatek, jeszcze w latach 80., a potem tych z lat 90. Upolowanie na aukcji Sinclaira ZX Spectrum i Commodore 64, a następnie Commodore Amiga 500 sprawiło mi mnóstwo radości i pociągnęło za sobą lawinę. 

Uważam, że to maszyny z duszą. Dziś komputer jest jak pralka lub kuchenka mikrofalowa. Nikt nie wnika, jak działa. A jeszcze w latach 90. nawet wczytanie i uruchomienie gry wymagało w przypadku niektórych urządzeń podstawowej wiedzy informatycznej. Trzeba było wpisać „Load” i cierpliwie czekać 15 min na wczytanie programu z „kaseciaka”. Obecnie wystarczy kliknąć na ikonę, a irytacja wywołana opóźnieniem pojawia się po trzech sekundach. Ta różnica pokazuje, jak bardzo pewien ceremoniał i kontakt zostały wyparte przez nieuważny pośpiech. 

Na fali nostalgii

Podobną do mojej nostalgię podziela dziś wielu 30- i 40-latków. – W naszym kraju to pokolenie wychowało się w znacznej mierze na Atari i „Bajtku” – mówi Robert Łapiński, wydawca magazynu „Pixel” i organizator warszawskiego festiwalu Pixel Heaven. – W latach 80. to było coś niesamowicie świeżego, co pobudzało mocno wyobraźnię młodego człowieka.

Zazwyczaj jednak, aby wydawać tysiące złotych na staroświeckie cudeńka, potrzebne jest też choć niewielkie zainteresowanie informatyką i wspomnienia z interakcji z komputerami, które nie ograniczały się tylko do joystika i kilku gier. Choć mnie do konsekwentnego powiększania kolekcji skłoniła przede wszystkim ciekawość. W latach 80. mogłem tylko pomarzyć o takim Atari ST, nie miałem też szans na zakup pięknie zaprojektowanych Amstradów CPC 464 z kolorowym monitorem. 10 lat temu, gdy dysponowałem już większą gotówką, a ceny tych maszyn były niewygórowane, mogłem łatwo spełnić marzenia z dzieciństwa. Dałem się ponieść i tak powstała moja kolekcja niemal wszystkich najważniejszych modeli komputerów osobistych z końca lat 70. i kolejnych dwóch dekad. Oczywiście wraz z kompletem urządzeń peryferyjnych z epoki, jak monitory, drukarki, stacje dysków, magnetofony...

Łapiński widzi właśnie takich jak ja: założyli rodziny, ustabilizowali swoją sytuację życiową, a teraz wracają do przeszłości. Co więcej, bakcyla starych gier i sprzętu coraz częściej łapią młodsi. Choć całe to zainteresowanie pozostanie zapewne niszowe. Całkiem spore, coraz większe, ale jednak niszowe. – Rynek retrokomputerów ciągle znajduje się w fazie wzrostu – potwierdza Wojciech Szymandera z Retrolab.pl. – I faktycznie, jest on napędzany przede wszystkim sentymentem 30- i 40-latków, którzy z kolei starają się przybliżać te świetne maszyny swoim dzieciom. Co ciekawe, one to uwielbiają, mimo że w domu zwykle znajduje się też konsola nowej generacji. 

Również w skali całego zachodniego świata zainteresowanie retrokomputerami jest spore. W Wielkiej Brytanii ukazuje się np. miesięcznik „Retro Gamer”, który pomimo wzlotów i upadków utrzymuje się na rynku od 2004 r. Traktuje o grach sprzed dziesięcioleci, o leciwym sprzęcie i konsolach, publikuje też wywiady z osobami, które współtworzyły najbardziej interesujące gry tamtych czasów. Niekiedy to zresztą ci sami ludzie, którzy zajmują kierownicze stanowiska w największych koncernach serwujących nam cyfrową rozrywkę. 

Misja ratownicza

Łapiński zauważa, że magazyn ten ma się dobrze także dlatego, że jest anglojęzyczny i wydawany przez duży koncern medialny, który potrafi działać globalnie. W Polsce też od czasu do czasu pojawiają się internetowe periodyki rozpowszechniane w postaci plików PDF, poświęcone starym komputerom, jak Amiga, Atari czy dawnym grom... Nie są to jednak regularne wydawnictwa. Jesteśmy zbyt małym krajem, by taką pasję przekuć w dochodowy biznes. Nie zmienia to faktu, że można dorobić, świadcząc np. fanom usługi przywracania ich maszyn do życia.

– Traktujemy tę działalność przede wszystkim jako pewnego rodzaju misję ratowania fajnych urządzeń przed zniszczeniem – wyjaśnia Marek Kasprzak z portalu Retrolab.pl. – Na razie nie jesteśmy w stanie się z tego utrzymać, dlatego każdy z nas ma inne, podstawowe źródło dochodu. Niemniej rynek Unii Europejskiej wygląda zachęcająco i docelowo zamierzamy na nim zaistnieć.

Lecz skąd w dzisiejszych czasach brać części do takich napraw? Sebastian Chludziński, przedstawiciel Retrolab.pl, wyjaśnia, że najlepszym źródłem są części z uszkodzonych komputerów. Poza tym na świecie i w Polsce elektronicy projektują też zamienniki wielu układów, w tym np. popularnego SID-a odpowiedzialnego za dźwięk w słynnym Commodore 64. 

Podejście bardziej swobodne

– Ile razy w wieku 40 lat można wracać do gier na Atari i po co? – pyta Łapiński, wskazując na ograniczenia tej części niszy. Jednak moda na retro zdecydowanie rośnie, a połączenie jej z tematyką np. współczesnych gier niezależnych może mieć bardziej trwałą przyszłość.

Na świecie nie brakuje przykładów takiego swobodnego i bardziej rozrywkowego podejścia do starych komputerów. Weźmy liczne muzea gier komputerowych, głównie w Europie Zachodniej i USA, w tym Computer Games Museum Berlin, które zadebiutowało jeszcze w 1997 r., a od 2011 r. ma stałą ekspozycję w dzielnicy Friedrichshain. Gry komputerowe uhonorowała też nie byle jaka placówka, bo Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Nowym Jorku, które wybrane tytuły (w sumie 100) umieściło na liście swoich eksponatów, traktując je jako przykłady dizajnu. Dziełami sztuki okazały się m.in. słynna gra „Asteroids” z 1979 r., nie mniej popularny „Pac Man” z 1980 r. czy kultowe „Space Invaders”, znane dzisiejszym 40-latkom z automatów do gier. 

Inicjatywy muzealne pojawiają się też od czasu do czasu w Polsce, choć na razie bez większych sukcesów. Brakuje chętnych do zainwestowania w nie poważnych pieniędzy, a bez nich „muzeum” sprowadza się do kilkudziesięciu – może i bardzo ciekawych – komputerów ustawionych na stołach przypominających szkolne ławki. Jak dotąd, powstają więc niewielkie ekspozycje na potrzeby wydarzeń poświęconych tematyce komputerowej, przede wszystkim grom.

Tymczasem w Mountain View w Kalifornii od lat istnieje wielkie i niezwykle interesujące muzeum starych komputerów pokazujące historię maszyn liczących, ale również współczesność, w tym np. sposób działania autonomicznych samochodów – a to przecież jeden z najnowszych trendów w motoryzacji. Takie połączenie teraźniejszości z przeszłością to dobry sposób, by historią informatyki zainteresować na tyle wielu ludzi, żeby projekt choć w części finansował się sam. – Nawiązanie do dawnych czasów i ich kontynuację można też odnaleźć w aktualnym trendzie gier niezależnych, tzw. indie – dodaje Łapiński. – To współczesne produkcje tworzone przez młodych twórców przy stosunkowo niewielkich nakładach finansowych.

Demoscena

W sumie w taki właśnie sposób powstawały niegdysiejsze gry komputerowe, które potem wciągały ludzi na całym świecie. Gdy nie było jeszcze internetu i serwisów społecznościowych, sam, wraz z grupą grafików i muzyków, tworzyłem proste gry dla Commodore 64. Nie trzeba było mieć milionów na aktorów i profesjonalną grafikę. Liczył się pomysł.

Łapiński podczas tegorocznej imprezy Pixel Heaven zaobserwował ciekawą rzecz: 10-letni chłopiec usiadł przy starym komputerze z grą, jakiej wcześniej nie widział. Chwycił za joystick, a ojciec szybko wyjaśnił mu zasady. Po chwili nie mógł oderwać syna od leciwej maszyny. – Najwyraźniej tzw. grywalność nie zależy od liczby megabajtów i fajerwerków – podsumowuje Łapiński. 

Do dziś zresztą aktywna jest tzw. demoscena, czyli grupy, które tworzą dema na stare maszyny. – To forma rywalizacji, pokazania umiejętności uzyskania na ograniczonym sprzęcie efektów, jakich nikt dotychczas nie wymyślił – mówi Łapiński.

Programiści nie narzekali kiedyś na zbyt wolny procesor lub za mało wydajną kartę graficzną, lecz brali się do roboty i optymalizowali kod. Dziś już się tak nie robi. Wystarczy przecież podwyższyć minimalne wymagania co do wydajności komputera i już program działa szybciej... Po co tracić czas? 

Oczywiście retrozamiłowanie nie znaczy, że nie korzysta się z nowoczesnych technologii. Przeciwnie, fani starych komputerów komunikują się, korzystając z serwisów społecznościowych, mają też swoje strony internetowe ze stałym gronem aktywnych dyskutantów. W zasadzie całą ich masę. Wielbiciele Amigi spotykają się na stronie www.ppa.pl, Atari – na www.atari.org.pl, miłośnicy starych gier – na Retrogralnia.pl, a entuzjaści wspaniałego Commodore 64 – na forum c64scene.pl. Wkrótce swoją stronę poświęconą retropasji uruchomię i ja – pod adresem, a jakże, Retrofan.pl. 


Pasja jako inwestycja

Kolekcje staroświeckich maszyn mogą być obecnie sporo warte. – Pochodną mody na retro i naturalnego „wymierania” starych komputerów jest wzrost ich cen – podkreśla Robert Łapiński, wydawca magazynu „Pixel”. – Sześć lat temu kupiłem np. Amigę 500 z myszą i dyskietkami za 50 zł, a dziś za taki zestaw zapłaciłbym pewnie ok. 300–400 zł. 

Podobnie jest z wieloma innymi komputerami, szczególnie tymi w bardzo dobrym stanie i z oryginalnymi pudełkami. Kosztują one coraz więcej. Za Amigę 1200 z lat 90. zapłacimy dziś ponad 1 tys. zł, a jeszcze kilka lat temu bez trudu można było znaleźć dobrze zachowany egzemplarz za 200 zł. Wysokie ceny osiągają też urządzenia bardzo rzadko spotykane, jak Atari 800 z końca lat 70., Apple II z tego samego okresu czy Atari Falcon 030. 10 lat temu można było je kupić za kilkaset złotych, a teraz trzeba mieć kilka tysięcy. Sporym powodzeniem cieszą się też coraz rzadziej spotykane polskie komputery, jak Meritum I czy Elwro 800 Junior, który miał skomputeryzować polskie szkoły w latach 80. Wielu kolekcjonerów poluje też na dobrze zachowane „zielone” monitory Neptun 156 – z kineskopem o zielonej poświacie. – Jeżeli poobserwujemy aukcje starych komputerów i akcesoriów, łatwo zauważymy, że są osoby zajmujące się po prostu handlem takimi maszynami – mówi Marek Kasprzak z Retrolab.pl. Niektóre „rodzynki” cieszą się zresztą ogromnym powodzeniem. Np. karta turbo do Amigi 1200 została sprzedana za ok. 3,5 tys. zł, a w licytacji wzięło udział 17 osób!

– Prawdziwym białym krukiem jest Commodore C65 – dodaje Łapiński. – Powstało tylko ok. 100 jego prototypów, które nigdy nie weszły do sprzedaży. Co jakiś czas pojawia się taki komputer na eBayu. Ostatni model sprzedano za ok. 25 tys. euro. 

Jeszcze większe pieniądze trzeba zapłacić za słynny Apple I zbudowany przez Steve’a Wozniaka i wprowadzony do sprzedaży przez Steve’a Jobsa. Dziś pozostały na świecie tylko 63 takie maszyny, z których nieliczne nadal działają. Rekord padł w 2014 r., gdy Apple I wraz z klawiaturą, monitorem, magnetofonem i instrukcją obsługi został sprzedany za 905 tys. dol. Inne egzemplarze osiągają ceny na poziomie 200–400 tys. dol. Cóż, pasja może okazać się czasem niezłą inwestycją. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty