Zarządzanie

Światowa wojna o przedsiębiorców

© Shutterstock

Zaczęła się kolejna międzynarodowa walka o zasoby. Tym razem – o kreatywnych, innowacyjnych przedsiębiorców z innych krajów. Czasem po to, by pozostać  w pierwszej lidze światowej gospodarki, czasem – by nie wylądować za kilkanaście  lat z dala od niej. Polska, niestety, nie walczy tu i nie kusi. 

O „drenażu mózgów”, czyli pozyskiwaniu naukowców i inżynierów z biedniejszych krajów, słyszymy od lat. Największym wygranym w tej konkurencji są bogate Stany Zjednoczone, a najbardziej widomym tego przejawem jest liczba amerykańskich noblistów i startupów zakładanych przez absolwentów i pracowników tamtejszych uczelni pochodzących z całego świata. 

Państwa rozwijające się rywalizują z kolei o zagraniczne inwestycje – tu mamy się akurat czym pochwalić. Zarówno jeśli chodzi o ściągnięte do Polski fabryki, jak i centra usług dla biznesu. Tyle że mogą one łatwo przenieść się gdzie indziej, gdy tylko przestaniemy oferować ulgi w podatkach i tanią siłę roboczą. 

Zaniedbaliśmy za to uczelnie, innowacyjny biznes i współpracę naukowców z firmami, czyli to, co pomogłoby nam skutecznie włączyć się w odbywającą się właśnie czwartą rewolucję przemysłową opartą na inteligentnym, zautomatyzowanym, skrajnie efektywnym wytwarzaniu i indywidualizacji produktu. Zachód już nam tu ucieka. 

Jakby tego było mało, zaczyna nam uciekać do przodu nie tylko Zachód, ale i kraje rozwijające się. Po „drenażu mózgów” (przez bogatych) i konkurowaniu (przez biedniejszych) o inwestycje wielkich korporacji przyszła bowiem kolej na rywalizację mniej i bardziej zamożnych o innowacyjnych przedsiębiorców ze świata. Takich, których firmy mogłyby wygenerować przyrost miejsc pracy i trwale pociągnąć w górę gospodarkę. Wzmóc żywotność i zwiększyć bogactwo potrzebne choćby po to, by rozwiązywać nadciągające problemy ekonomiczne i społeczne. (Uważa się, że największe na to szanse tkwią w innowacyjnych przedsięwzięciach). 

O przyciągnięcie do siebie tego rodzaju obcokrajowców, w tym zwłaszcza startupowców, zabiega (mniej lub bardziej konsekwentnie) coraz więcej państw. Już 14 (w tym siedem w Europie) wdrożyło u siebie specjalne polityki wizowe i programy inkubacyjne zachęcające do rozkręcania na ich terenie startupów. Najwięcej uczyniło to w ostatnich pięciu latach, a kolejne cztery szykują się, by zrobić to w przyszłym roku (w tym Litwa i Słowacja). 

Oto kilka przykładów, jak niektóre kraje kuszą kreatywnych przedsiębiorców.

Chilecon Valley: brama do Chile i USA

Jednym z takich skuszonych jest Michał Majewski prowadzący agencję marketingową inACT. Kiedy zauważył, że coraz więcej firm stawia na tzw. marketing treści, w tym na dłuższe publikacje, jak raporty, wpadł na pomysł stworzenia platformy internetowej, na której można by je przygotowywać, używając elastycznych szablonów, także w formatach na urządzenia mobilne. Majewski szybko zapragnął wypróbować swój projekt za granicą. To wtedy postanowił wziąć udział w Start-Up Chile. Jest to duży program inkubacyjny, który co roku wspiera ponad 100 firm i jako jeden z niewielu tego typu nie żąda od nich w zamian części udziałów. – To sprawia, że jest bardzo rozpoznawalny – zauważa Majewski i wspomina, że w jego przypadku konkurencja była spora. W szranki stanęło 2,5 tys. startupów. Ale i stawka była bardzo atrakcyjna: dofinansowanie 90 proc. kosztu projektu (do 20 mln pesos, czyli ok. 120 tys. zł), dostęp do infrastruktury biurowej w stolicy Chile – Santiago – a przede wszystkim otwarcie drzwi na rynki Ameryki Łacińskiej i USA. 

Amerykanie bardzo się bowiem interesują tym programem. Start-Up Chile to dla nich trochę sito. Surowe przepisy imigracyjne sprawiają, że trudno im importować zupełnie świeże przedsięwzięcia, ale chętnie ściągają do siebie te, które już przeszły chrzest bojowy. Według Brookings Institution, amerykańskiego think tank, aż 80 proc. startupów po pierwszej, 6-miesięcznej części Start-Up Chile przenosi się do Stanów. Ponadto tylko 20 proc. funduszy na ten program pochodzi z lokalnych źródeł, a resztę inkubator przyciąga z zagranicy, głównie z USA. 

– Start-Up Chile jest trochę takim certyfikatem jakości dla startupu i otwiera sporo nowych możliwości. Na pewno pomógł nam załapać się do programu akceleracyjnego 1440 w Nashville. To pozwoliło nam założyć tam spółkę i pozyskać inwestora branżowego, Ingram Content Group. Co ciekawe, prawie każdy kojarzył w Ameryce Start-Up Chile, co świadczy o jego sporym  sukcesie – mówi Majewski. 

Gdy w 2009 r. Nicolas Shea, chilijski biznesmen po Harvardzie, zaprezentował rządowi w Santiago pomysł na międzynarodowy inkubator startupów, przedstawił też ku temu kilka powodów. Chciał poprawić wizerunek Chile i to się udało (ukuta przez „The Guardian” nazwa Chile­con Valley nie wzięła się znikąd). Pragnął też zachęcić do powrotu rodaków, którzy – jak on kiedyś – wyemigrowali w poszukiwaniu wykształcenia i pracy. To również wyszło nieźle. Dziś aż 40 proc. przedsiębiorców zgłaszających się do programu to Chilijczycy, absolwenci zagranicznych uniwersytetów (dla nich zachętę stanowi dodatkowe 5 mln peso). Chodziło także o ożywienie miejscowego ducha przedsiębiorczości – uczestnicy programu mają obowiązek dzielić się doświadczeniem i know-how poprzez szkolenia dla lokalnych biznesmenów, udział w konferencjach i w imprezach networkingowych. 

Problemem jest jednak ciągle zatrzymanie startupów w kraju. Ma w tym pomóc druga faza Start-Up Chile, w której młodziutkie przedsięwzięcia mogą otrzymać kolejne 60 mln peso (ok. 360 tys. zł). Jak czytamy w raporcie „Polityki wizowe dla start-upów”, opracowanym przez Fundację Startup Poland, w zamian oczekuje się od nich wzrostu sprzedaży o przynajmniej 30 proc., utworzenia dwóch nowych miejsc pracy w Chile, zgromadzenia w tym kraju prywatnego kapitału i stworzenia przedsiębiorstwa o profilu eksportowym, aby w krótkim czasie poprowadzić równoległą działalność biznesową w przynajmniej dwóch innych państwach. 

Jak dotąd startupy z programu wygenerowały prawie 1,5 tys. miejsc pracy, z czego większość dla Chilijczyków. Jednak program ten nie jest w stanie przysłużyć się Chile tak bardzo, jak pewnie by mógł. Wszystko przez niekonsekwentne podejście prawodawców. Już w 2012 r. „The Economist” zwrócił uwagę, że sukcesy Start-Up Chile są częściowo podkopywane przez sztywne przepisy dotyczące upadłości. Zwrócił też na to uwagę Bank Światowy w raporcie „Doing Business Chile 2015”. Rząd poluzował więc nieco regulacje w kwestii bankructwa, ale za to podniósł podatki i skomplikował system fiskalny. Obecnie VAT wynosi 19 proc., a CIT 24 proc., lecz od 1 stycznia 2017 r. wchodzi w życie podwójny reżim podatkowy dla osób prawnych. Przedsiębiorcy będą mieli wybór: płacić 25 proc. VAT plus 10 proc. podatku dochodowego odprowadzanego przez udziałowców albo 27 proc. VAT (również połączonego z podatkiem dla udziałowców), ale z możliwością odliczenia części reinwestowanych zysków. Do tego dochodzą słaba dostępność kredytów i rozbudowana biurokracja. Tworzy to podobne problemy, jak te, które zachęcają polskie firmy do szukania szczęścia za granicą. Co prawda, w rankingu „Doing Business” stoimy wyżej niż Chile (odpowiednio: miejsca 25. i 48.), ale nie mamy takiego atrakcyjnego programu. 

Singapur: wielkie zachęcanie

Zupełnie inaczej niż w Chile do sprawy podszedł Singapur, maleńkie państewko na wyspie między Malezją a Indonezją. 

Zacznijmy od opisania tamtejszego ogólnego klimatu dla biznesu. Lata ciężkiej pracy sprawiły, że mieszkańcy Singapuru mogą się pochwalić jednym z najwyższych standardów życia w Azji, a PKB na osobę jest tu pięć razy większy niż w Polsce. Kraj ten drugi rok z rzędu zajmuje też pierwszą pozycję w rankingu „Doing Business”. Paula Przybielska, starszy konsultant w dziale doradztwa podatkowego firmy konsultingowej EY, precyzuje, że w tym rankingu, uwzględniającym 11 kryteriów sprzyjających prowadzeniu biznesu, Singapur ma pierwsze miejsce, jeśli chodzi o egzekwowanie umów, ochronę mniejszościowych inwestorów i uzyskiwanie pozwoleń na budowę. Pod względem podatków zajmuje wysoką piątą pozycję. Założenie firmy jest tam śmiesznie proste, odbywa się przez formularz internetowy i kosztuje 300 dol. singapurskich (ok. 1 tys. zł). Następnie trzeba tylko wyrobić oficjalną pieczęć firmową (za 70 dol.) i zapisać się do programu ubezpieczeń pracowniczych u dowolnego miejscowego ubezpieczyciela. Według danych EY w 2015 r. w Singapurze powstało aż 65 tys. biznesów. Wiele z nich założyli obcokrajowcy, na których przyciąganiu władzom bardzo, ale to bardzo zależy. – Sami Singapurczycy nie są zbyt skorzy do zakładania własnych firm. Często wybierają względne bezpieczeństwo pracy w międzynarodowych korporacjach – mówi dr Monika Golonka z Katedry Zarządzania na Akademii Leona Koźmińskiego w Warszawie. 

Singapur może kusić zagranicznych przedsiębiorców przejrzystością przepisów i niskim stopniem biurokratyzacji. Większość spraw załatwia się tam przez internet. Kolejna rzecz to podatki. Stawka CIT wynosi 17 proc., ale istnieje wiele ulg. Dotyczy to szczególnie młodych firm działających krócej niż trzy lata. W nich pierwsze 100 tys. dol. singapurskich dochodu jest wolne od podatku, a kolejne 200 tys. obejmuje 50-procentowa ulga. VAT wynosi 7 proc., przy czym jako jego płatnik trzeba się zarejestrować tylko w przypadku, gdy wartość naszych towarów czy usług przekracza 1 mln dol. singapurskich (trochę ponad 3 mln zł) rocznie. Przyjazne środowisko biznesowe skłoniło wiele międzynarodowych korporacji do założenia w Singapurze swoich siedzib regionalnych na całą Azję, ale, co zupełnie nie dziwi, 99 proc. zarejestrowanych tam firm to MSP. 

I teraz przechodzimy do clou, czyli kuszenia innowacyjnych zagranicznych przedsiębiorców, na których w tym państwie bardzo się stawia. 

– Według raportu „Global Competitiveness 2015–2016”, przygotowanego przez Światowe Forum Ekonomiczne, w Singapurze bardzo silnie chronione są prawa własności intelektualnej (czwarte miejsce na świecie, pierwsze w Azji). Jest to zatem bardzo dobre miejsce dla spółek zajmujących się nowymi technologiami – mówi Marcin Opiłowski, dyrektor w dziale doradztwa podatkowego EY. 

Aby skusić konkretny typ przedsiębiorców, w 2004 r. w Singapurze wystartował też specjalny program wizowy EntrePass. Jest dla tych, którzy zarejestrowali startup najwyżej sześć miesięcy przed złożeniem wniosku lub dopiero zamierzają go zarejestrować. Wiza wystawiana jest na rok i może być odnawiana tak długo, jak firma funkcjonuje. 

Aby się o nią ubiegać, należy jednak spełnić szereg warunków: mieć rozbudowany biznesplan na najbliższe trzy lata i kapitał zakładowy w wysokości co najmniej 50 tys. dol. singapurskich (ulokowany w banku w Singapurze), a osoba starająca się o wizę powinna mieć przynajmniej 30 proc. udziałów w firmie. To nie koniec. W raporcie Startup Poland czytamy też, że przedsiębiorstwo musi spełnić przynajmniej jedno z poniższych kryteriów: uzyskać dofinansowanie od akredytowanego anioła biznesu lub funduszu venture capital zarejestrowanego w Singapurze, posiadać prawo własności intelektualnej do swojego pomysłu, pracować nad nim z naukowo-technologicznym instytutem badawczym lub być członkiem lokalnego inkubatora. Aplikacje rozpatrywane są w okresie do sześciu tygodni. Płaci się 70 dol. singapurskich z góry, a potem jeszcze 130 dol. za samą wizę. Aby przedłużyć pozwolenie na pobyt, trzeba przedłożyć takie dokumenty, jak rachunki za najem powierzchni biurowej, zaświadczenia o ubezpieczeniu pracowników czy aktualne audyty księgowe. Firma musi też trzymać się pierwotnie zgłoszonego biznesplanu, nie może np. zmienić profilu działalności. 

Jak widać EntrePass nie jest dla każdego. – Wiele programów wizowych, zwłaszcza w regionie Azji i Pacyfiku, jest nakierowanych na bardzo doświadczonych graczy z długą listą osiągnięć – komentuje Magdalena Beauchamp, współautorka raportu Startup Poland. Gra może być jednak warta świeczki, bo Singapur to brama do wielu rynków azjatyckich. Prowadzi też ożywioną wymianę handlową z USA i Australią.

Paryż: droga do Europy i nie tylko

W styczniu tego roku nad Sekwaną ruszył projekt French Tech Ticket, który umożliwia startupowcom spoza Unii Europejskiej rozwój biznesu w Paryżu. – Tak naprawdę Francja ma już doświadczenie w ściąganiu talentów. Od ponad 20 lat funkcjonuje tam program doktoratów wdrożeniowych. Chodzi o techniczne projekty naukowe, powstałe w celu stworzenia gotowego produktu lub rozwiązania, które można by skomercjalizować – zauważa Maciej Sadowski, prezes akceleratora StartUp Hub. 

French Tech Ticket to jednak o wiele bardziej spektakularna ścieżka, nastawiona na innowacje, rozwijanie całych firm mocno powiązanych z lokalnym środowiskiem i tworzenie nowych miejsc pracy dla Francuzów. W tegorocznym programie pilotażowym wzięło udział 50 startupów, które wyprowadzano z etapu tworzenia lub początkowego rozwoju do fazy przyspieszonego wzrostu. Zgodnie z założeniami, były to dwu-, trzyosobowe zespoły, w skład których musiał wchodzić jeden obywatel Francji. Ich członkowie dostali wizy pracownicze i dofinansowanie w wysokości 12,5 tys. euro na osobę na pół roku (bo tyle czasu trwała pierwsza edycja programu, który można było przedłużyć o kolejne sześć miesięcy i dostać  ponownie nawet 37,5 tys. euro na zespół). Podobnie jak w przypadku Start-Up Chile, tu też zastrzyk gotówki nie oznaczał dla założycieli firmy, że będą musieli się w niej zrzec części udziałów. Przyznany grant mogli zaś wydać dowolnie. – Punkt wyjścia jest taki, że firmy są ewaluowane na etapie składania aplikacji, więc później nie trzeba ich już kontrolować – wyjaśnia Beauchamp. 

Oprócz pieniędzy startupy dostały też darmowe miejsce na biuro w jednym z paryskich inkubatorów, pomoc mentorów, dostęp do szkoleń i warsztatów, a także wsparcie networkingowe w mieście, gdzie spotykają się biznesmeni, naukowcy i specjaliści z całego świata (na czym mogą też oczywiście skorzystać francuscy przedsiębiorcy). Jakby tego było mało, uczestnicy programu mogli również liczyć w najprzeróżniejszych sprawach na całodobową pomoc urzędników. W zamian musieli m.in. założyć konto we francuskim banku i pozostawać do dyspozycji tych, którzy dali grant, przez dwa lata po zakończeniu udziału w FTT. 

Etap pilotażowy okazał się sporym sukcesem pod względem innowacyjności i jakości rozkręcanych firm, a na dodatek powstały nowe miejsca pracy. – Francuzi są bardzo zadowoleni z efektów. Na tyle, że następną edycję zamierzają rozszerzyć do 70 przedsiębiorstw i zwiększyć finansowanie do 45 tys. euro na zespół  – podsumowuje Beauchamp. 

W ojczyźnie Moliera przedsiębiorców kusi się także specjalnymi wizami i paszportami dla tzw. talentów, ułatwiającymi prowadzenie działalności biznesowej na terenie Francji. O programie wizowym tamtejszy Urząd ds. Imigracji i Integracji pisze, że chodzi w nim o zachęcenie tych, którzy „mają potencjał, by swoimi umiejętnościami lub talentami wnieść znaczący wkład w rozwój francuskiej gospodarki  albo bezpośrednio bądź pośrednio przyczynić się do wzrostu prestiżu intelektualnego, naukowego, kulturalnego lub sportowego Francji i swojego kraju pochodzenia”. 

Rzym: miasto (trochę) otwarte

Jak widać, Francuzi stali się w walce o zagraniczne talenty bardzo konsekwentni i zdeterminowani. Nie można na razie tego powiedzieć o Włochach. Co prawda, wprowadzili u siebie w 2014 r. program Start Up Visa Italia dla przedsiębiorców spoza UE, z sektora nowych technologii, ale... – Rzym traktuje go bardziej pilotażowo. Za pomocą programu usprawniają proces przyjmowania przedsiębiorców na podstawie wizy dla samozatrudniających się – ujmuje rzecz Beauchamp. Dotychczas było z tym bowiem kiepsko: proces pozyskiwania wizy dla chcących założyć biznes pod Apeninami był bardzo czasochłonny i wymagał zdobycia mnóstwa opinii i pozwoleń m.in. od policji. 

SUVI ma to zmienić: teraz wystarczy, by pasujący do tego programu przedsiębiorcy złożyli aplikację we włoskim Ministerstwie Rozwoju Gospodarczego, gdzie będzie rozpatrzona. Niestety, muszą też wykazać, że mają dostęp do co najmniej 50 tys. euro na prowadzenie działalności. Na decyzję czeka się 30 dni, chyba że zgłoszenie wysłano poprzez któryś z włoskich inkubatorów (jako instytucję przyjmującą) – wtedy procedura trwa krócej. Ta szybsza ścieżka może zaowocować wizą na rok. Jeśli w tym czasie firma zostanie założona i dostarczy urzędnikom wyciąg z uzyskanych przychodów, można liczyć na automatyczne przedłużenie wizy o dwa lata. 

Choć zachęty są takie sobie (nie proponuje się też darmowego dostępu do infrastruktury), Włosi zakładają, że i tak kuszą bogactwem swego rynku i możliwościami dotarcia do inwestorów. Z jakim skutkiem? W 2014 i 2015 r. aplikacje złożyło 47 chętnych z 16 krajów, z czego nieco ponad połowa otrzymała pozwolenie na pobyt. 

Litwa i Słowacja

Wspomnieliśmy wyżej, że specjalne polityki zaczęli wdrażać także nasi sąsiedzi – Litwa i Słowacja. W przypadku tej pierwszej rząd przyjął założenia programu wizowego dla startupów w kwietniu 2016 r. Ma poparcie tamtejszego Ministerstwa Gospodarki i Spraw Wewnętrznych, ale musi go jeszcze zaakceptować litewski Sejm. Podobny program już od roku szykuje Słowacja. Działania obu państw są raczej w duchu włoskim niż francuskim: kryterium umożliwiającym prowadzenie działalności gospodarczej ma być pokrycie kosztów pobytu przedsiębiorców na terytorium kraju przez rok. W przypadku Słowacji mowa jest też o wymaganej kwocie 8 tys. euro. 

Sąsiedzi Polski włączają się do gry, bo widzą płynące z tego korzyści. – Największą wartością jest to, że ci przyciągnięci ludzie w takim kraju zostaną. Nawet jeśli się pokłócą, ze startupu nic nie wyjdzie, nowych partnerów będą szukać w miejscu, które już znają. I tu będą wykorzystywać swoje doświadczenie – mówi Sadowski.  I dodaje: – Na świecie trwa bezlitosna rywalizacja o talenty. Od jej wyniku zależy, które państwa zbudują u siebie silne gospodarki oparte na wiedzy.

By lepiej sobie uświadomić, co mamy do stracenia, przeprowadźmy małe ćwiczenie intelektualne. Wyobraźmy sobie, że nasi rodacy zakładają firmę z dziedziny nowych technologii, która odnosi wielki sukces: w kilka lat udaje się jej stworzyć dobrze rozpoznawalną na całym świecie markę, na miarę Wiedźmina. Tyle tylko, że sama Polska w zasadzie nie ma w tym udziału, bo założyciele startupu skorzystali z któregoś z programów dostępnych w innych krajach, tam znaleźli partnerów i stworzyli miejsca pracy. Albo wyobraźmy sobie, że taką markę budują np. na Słowacji obywatele spoza Unii, których my nie daliśmy rady przyciągnąć. 

Sadowski przekonuje, że na szczęście, pomimo coraz popularniejszych na świecie programów dla innowacyjnych przedsiębiorców, nie stoimy na całkiem straconej pozycji. – Robienie jednowymiarowego programu, opartego np. tylko na finansowaniu, nie jest dobrym pomysłem. Trzeba związać tych przedsiębiorców, stworzyć im atrakcyjną siatkę możliwości w kraju, z której nie będą chcieli się wypisać – zauważa. Według niego można np. zapewnić zagranicznym talentom powiązania i współpracę z uczelniami, organizacjami biznesowymi, umożliwić spotkania z polskimi przedsiębiorcami, naukowcami i wynalazcami. Stworzyć im też okazję do pełnienia roli ekspertów i ambasadorów Polski. – Ci ludzie chcą odgrywać rolę ekspertów i działać w lokalnych zrzeszeniach. Np. pewien inżynier z Argentyny, zachęcony przez StartUp Hub do założenia w naszym kraju spółki, prosił o możliwość poprowadzenia zajęć na Politechnice Warszawskiej, nawet non profit – mówi Sadowski i dorzuca jeszcze jeden pomysł: – Wyrazem największego szacunku dla startupowca z zewnątrz byłoby powiedzieć mu: Jeśli wykorzystasz szansę, którą Polska oferuje, utrzymasz się na rynku, stworzysz innowacyjne miejsca pracy, zaprosimy cię, abyś był jednym z nas, otrzymując polski (i unijny) paszport. 


Wizy dla startupów

Wiza dla startupów nadaje przedsiębiorcy prawo pobytu na czas określony w danym kraju i przyznaje mu prawo założenia w nim i prowadzenia działalności gospodarczej. W konsekwencji firma może zarejestrować w tym kraju swoją siedzibę. Większość państw, które wprowadziły tego typu programy wizowe, jako wstępny warunek kwalifikacji wyznacza kryterium samodzielności finansowej przedsiębiorców (powinni posiadać wystarczające zasoby pieniędzy na czas pobytu w danym kraju). 


Co proponuje Polska

Nasz kraj nie wprowadził żadnych specjalnych rozwiązań dla innowacyjnych przedsiębiorców z zagranicy. Jak na razie funkcjonuje u nas jedynie Niebieska Karta (EU Blue Card) ułatwiająca obcokrajowcom o wysokich kwalifikacjach zawodowych uzyskanie w Polsce zezwolenia na pobyt (karta wydawana jest na trzy lata). 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty