Ring

Czy boom na rynku startupów to bańka?

© Shutterstock

Stanisław Szultka, dyrektor zarządzający obszaru badawczego Przedsiębiorstwa i Innowacje w Instytucie Badań nad Gospodarką Rynkową

Nie ma się co oszukiwać – w kwestii startupów jesteśmy w fazie bańki inwestycyjnej. To kwestia naturalnych trendów, mody i tego, co dzieje się w gospodarce. 

To, że firmy powstają i wkrótce większość z nich upada, jest zjawiskiem zupełnie normalnym. Problem zaczyna się, gdy jest ono sterowane, a nie naturalne. Co jakiś czas pojawiają się bowiem nowe technologie i siłą rzeczy wzbudzają wzmożone zainteresowanie inwestorów i menedżerów. Tak było kilkanaście lat temu, zwłaszcza w Dolinie Krzemowej, gdy był szał na wszystko z „e-” w nazwie. Dziś po większości tych inicjatyw nie ma śladu. Bańka pękła. 

Nową są startupy, które, choć często nie wiadomo, czy będą przynosić zyski, czasami osiągają niebotyczne wyceny i przyciągają nadzwyczajne zainteresowanie. To właśnie kwestia mody, dodatkowo wzbudzanej przez media i otoczkę biznesu. Oczywiście nie ma nic złego w zjawisku, które już austriacki ekonomista Joseph Schumpeter opisał jako kreatywną destrukcję. Pojawiają się podmioty szukające unikalnych przewag lub technologii, które pozwolą im przeskalować ambitny pomysł i przekuć go na pieniądze. To immanentna cecha każdej gospodarki rynkowej. Pytanie, do jakiego stopnia należy ten balon nadmuchiwać. 

Zauważmy, że w Polsce jest specyficzna sytuacja. Nasz rynek wysoce ryzykownych inwestycji typu seed czy venture capital niemal nie istniał w 2000 r. A banki z zasady go unikały. Nie mieliśmy też środków publicznych, żeby te przedsięwzięcia wspierać. Dziś to się zmieniło. Do tego w taki sposób, że rynek finansowania startupów w dużej mierze jest napędzany środkami publicznymi. Instrumenty finansowane ze środków unijnych i realizowane przez NCBR, PARP czy ARP (na poziomie centralnym) oraz różnego rodzaju agencje samorządowe powodują, że jest dużo relatywnie łatwego pieniądza, który musi znaleźć ujście. A skoro musi, to znajduje nawet tam, gdzie prywatny kapitał często by się wstrzymał. 

W praktyce może to powodować, że współczynnik sukcesu będzie jeszcze mniejszy, choć już z definicji jest on bardzo mały. Inwestor publiczny nie ryzykuje przecież własnych pieniędzy i ma inne cele, działając na zasadzie: mamy pulę środków i trzeba je wydać. Nawet gdy jest to mariaż publiczno-prywatny, dochodzi do nadmuchiwania bańki, bo inwestor prywatny dzieli w tym momencie swoje ryzyko. 

Pamiętajmy też, że w poprzedniej perspektywie unijnej priorytetem była infrastruktura. Ta zmiana przyszła z Brukseli, a dokłada się do niej nasza władza, która chce zmienić kraj, odchodząc od finansowania maszyn i urządzeń. W efekcie startupy nie są już „zwykłym” biznesem, ale stały się czymś innowacyjnym. Jaka będzie tego skuteczność, nie wiem. Szansa, że unikalna technologia faktycznie się rozwinie, jest, choć w praktyce zależy to od tysięcy pomysłów. 

Problem w tym, że bańka nadmuchiwana za środki publiczne wiąże się też z ryzykiem innego tempa decyzyjności, opóźnieniem w reakcji. A skoro już dziś coraz więcej osób wskazuje, że tutaj jest problem i sytuacja nie może trwać wiecznie, pewnie za chwilę bańka pęknie, co zrewiduje podejście inwestorów komercyjnych. W przypadku publicznych może to zająć więcej czasu. Programy są przecież zaprojektowane, wdrażane i tak szybko się ich nie zatrzyma. 

Ostatni element układanki to pośrednicy, którzy realnie i dobrze na tym zarabiają. Tak jak na gorączce złota najwięcej zyskali producenci łopat, tak w przypadku startupów zarabia rynek wsparcia i całej tej otoczki: instytucje, agencje, inkubatory, parki... One działają i są zainteresowane podtrzymaniem swojego istnienia. I póki są łatwe pieniądze europejskie, to będą działać. Nie chcę ich pracy krytykować, bo taka jest rzeczywistość, pytanie, co po tej bańce zostanie. 


Maciej Sadowski, współzałożyciel  i prezes zarządu fundacji StartUp Hub Poland

Startupy i tzw. inwestycje wysokiego ryzyka to w Polsce temat dość świeży. Rzeczywiście, kiedy wiele osób w krótkim czasie interesuje się nową niszą i modelem inwestowania, media podłapują temat, wzmaga się entuzjazm, w sposób naturalny pojawiają się głosy o bańce. Co więcej aż osiem, dziewięć na dziesięć startupów nie przetrwa pierwszych czterech lat! To znacznie więcej niż w tradycyjnych i mniej ryzykownych biznesach jak kwiaciarnie czy kancelarie prawne. W tym świetle pozornie każda inwestycja w startup to przesadne ryzyko, a każda poważna wycena jeszcze przed sprzedażą to przeszacowanie. Szczególnie po kryzysie z 2008 r. bezpieczniejsze stało się zakładanie baniek na zapas niż ich wykluczanie. 

Sporo wyjaśniają nieporozumienia wokół pojęcia startupu. Utożsamia się go często z każdym młodym MSP, podczas gdy jest to szczególna firma – taka, w której przewaga technologiczna stanowi przesłankę wykładniczego wzrostu wartości, a model biznesowy jest otwarty, zatem wręcz specjalnie przygotowany na nagłe zmiany. Inwestycji w startupy dokonuje się portfelowo, nie w jeden, ale w kilka–kilkanaście podmiotów. To właśnie dzięki ponadprzeciętnym zwrotom z inwestycji, nawet z jednego czy dwóch na dziesięć przedsięwzięć, inwestorzy gotowi są wziąć na siebie większe niż zazwyczaj ryzyko. To dobrze, że w startupach widzą szansę i zamiast inwestować w dzieła sztuki czy nieruchomości, wprowadzają swoje pieniądze do przedsiębiorstw. Napędzają w ten sposób rozwój oryginalnej, cechującej się wysoką marżą własności intelektualnej i tworzą miejsca pracy w biznesie opartym na wiedzy. 

Z analiz prowadzonych przez Fundację StartUp Hub Poland wynika, że mamy już około stu funduszy inwestujących w startupy. W tej grupie rośnie liczba podmiotów, które dokonują kilku transakcji rocznie. To wciąż mało, ale znacznie więcej niż 5 czy 10 lat temu. A więc nie bańka, a początek strukturalnego przesunięcia z gospodarki odtwórczej, opartej na taniej sile roboczej i produkcji prostych towarów, w stronę gospodarki wdrażanej własności intelektualnej. 

W bańkę uwierzyłbym, gdyby wyceny startupów były istotnie większe niż w podobnych do naszej gospodarkach, a przedmiotem zwielokrotnionych wycen byłyby całe portfele i fundusze VC. Powiedziałbym raczej, że Polska to ostrożny rynek z umiarkowaną skłonnością do ryzyka. Mamy stosunkowo mało oszczędności do ulokowania, bodaj cztery razy mniej w stosunku do dochodu niż np. w sąsiednich Niemczech. W Polsce roczna suma inwestycji to mniej więcej tyle, co sam Berlin „robi” w pół roku. Do tego, wraz z rozwojem projektów high-tech przechodzących z fazy zalążkowej do fazy wzrostu, wyceny rosną u nas wolniej niż w gospodarkach unijnych. Być może gdzieś na świecie rozwija się dziś bańka startupowa przypominająca internetową z przełomu wieków (temat do dyskusji), ale nie u nas. 

Państwo aktywnie wspiera tę branżę – to prawda. Pod pewnymi względami przypominamy Stany Zjednoczone z lat 60. czy Izrael z lat 90.: „ostrożna” podaż pieniądza prywatnego jest uzupełniania i pobudzana środkami publicznymi. Niektórzy twierdzą, że na rynku pojawiło się przez to zbyt wiele pieniędzy i fundusze rywalizują o startupy rosnącymi wycenami. Dlatego kluczowe są pobudzanie przedsiębiorczości „od- akademickiej” i przyciąganie talentów inżynierskich z zagranicy. Pogłoski o nadymającej się w Polsce bańce mogą odegrać pożyteczną rolę i zachęcić więcej pionierów innowacji do otwierania tu swoich startupów. 

Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Czy przenieść firmę za granicę

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

25 najlepszych polskich startupów

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?