Wywiad

Czekam na premiera, który postawi się urzędasom

Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców. Fot. Filip Miller

Gdyby zbankrutowały PGNiG albo PKO BP, kraj by sobie z tym poradził. Jeśli zniknęłaby połowa MSP, Polska by upadła. Politycy muszą zacząć się bać przedsiębiorców – mówi Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców

W światowych zestawieniach na temat warunków prowadzenia biznesu Polska plasuje się nisko, a ostatnio jeszcze spadła. Dlaczego tak jest? 

Polska zawsze fatalnie wypada w trzech obszarach: biurokracja, system podatkowy i proces inwestycyjny. W każdym jesteśmy poza pierwszą setką na świecie. Przyczyny? Postsowieckie nawyki, jak mania sprawozdawczości i brak zaufania do przedsiębiorców. Z powodu 1 proc. nieuczciwych, prześladuje się 99 proc. wiarygodnych. Odwrotnie niż na Zachodzie, gdzie wychodzi się z założenia, że lepiej stracić, niż tępić uczciwych. Na to nakłada się brak silnego przywództwa politycznego. Wierzę, że Miller, Kaczyński, Tusk czy Kopacz mieli szczerą chęć zrobienia porządku w kraju. Tyle że zawsze po wyborach pojawia się coś, co nazywam partią Kapicy. To grupa wyższych urzędników Ministerstwa Finansów. Skutecznie przekonywali polityków, że jeśli zmienią system, Polskę czeka katastrofa.

Krajem rządzi „partia Kapicy”?

Słyszałem, że na jednym z posiedzeń Rady Ministrów Donald Tusk oznajmił, że jeśli pojawi się spór na linii minister finansów – jakikolwiek inny minister, to z góry staje po stronie tego pierwszego. To kompletny absurd. Należy zmienić podejście: w rządzie powinno być tylko dwóch polityków – premier i minister spraw zagranicznych. Reszta ma pracować. To powinni być menedżerowie, urzędnicy „od roboty”, a nie od politykowania i nacisków. Przykład takiego świetnego menedżera to minister środowiska w rządzie Ewy Kopacz.

Z absurdami polityki, jako organizacja przedsiębiorców, macie swoje doświadczenia...

Kiedy namówiliśmy prezydenta do wdrożenia noweli z zasadą in dubio pro tributario (interpretacja wątpliwości na korzyść podatnika, od red.), grupa urzędników chciała to zablokować. Natychmiast udałem się do prezydenckich ministrów, ale zupełnie mnie zlekceważyli. Podejście wiceministra Cichonia sprowadzało się do „nie mamy z kim przegrać”. Potem stało się coś, czego nikt się nie spodziewał: Andrzej Duda wygrał pierwszą turę wyborów. Panika! Gdy wszystko się wali, wiceminister zmienia front. Zarządza się referendum, podczas którego obywatele będą w zasadzie odpowiadać na pytanie, czy należy przestrzegać konstytucji, ponieważ in dubio pro tributario można z niej wywieść. Tylko że w Polsce urzędników nie interesuje intencja prawa, a jedynie jego brzmienie. To też pokazuje stan naszego państwa. 

Sytuacja jak z groteski, ale wszyscy znamy też inne, dramatyczne w skutkach dla obywateli, przykłady urzędniczej arogancji. 

To prawda, ze stanem państwa jest coraz gorzej. Nie likwiduje się przyczyn problemów, a jeśli już, to poprawia drobiazgi. Nie mogę tego zrozumieć. Chociażby tego, jak Tusk i PO zajęli się OFE, których model  biznesowy jest zupełnie niewiarygodny: koszty akwizycji, poboru, windykacji czy też nakładania kar ponosi rząd. Do OFE i banków trafia czysty zysk – dostają tylko przelew z ZUS czy z KRUS. Polisolokaty, czyli jawne złodziejstwo, klauzule abuzywne, z których banki nic sobie nie robią. To są rzeczy niewiarygodne. A państwo nie reaguje. Albo propozycja nałożenia podatku dochodowego na rolników, gdzie koszty poboru byłyby wyższe od zysków. 

A czy mamy w ogóle w Polsce jakiś dobrze skonstruowany podatek? 

Jeden z nielicznych dotyczy właśnie wsi. To podatek rolny. Spełnia wszystkie kryteria – jest tani w poborze, nie można go uniknąć i każdy może sobie go obliczyć. Tu nie jest potrzebne in dubio pro tributario, nie ma pola do interpretacji. Nie słyszałem, by rolnik schował hektar lasu czy wywiózł go na Cypr. Takie podatki można i trzeba tworzyć. Niestety, przeciwko temu protestują lobbyści.

Jak ten stan naszego państwa odbija się na małych i średnich firmach? 

Narażone są na wysokie koszty pracy, niestabilność prawa i nadmiar biurokratycznych obowiązków. Byłem w USA w 1996 r. i wróciłem tam w 2008 r., by otworzyć firmę. Przez te 12 lat nie było żadnej zmiany istotnej dla przedsiębiorcy. U nas zmiany pojawiają się co miesiąc. Przedsiębiorcami zajmuje się około 50 instytucji. Zadzwonił kiedyś do mnie szef jednej z nich i tłumaczył, że w ciągu roku wydają najwyżej 3 regulacje. Jeśli każdy urząd tak robi, to rocznie przedsiębiorcy muszą się zmierzyć ze 150 nowymi przepisami. Jak mała, trzyosobowa firma ma sobie z tym poradzić? Pewne prawne idiotyzmy nawet na samej władzy wymuszają bojkot. Np. ustawa w sprawie sprawozdawczości w zakresie gospodarowania odpadami. Gdyby do tego podejść jak formalista, trzeba by zamknąć wszystkie firmy w kraju. Każde przedsiębiorstwo powinno bowiem np. zapisywać, ile zużyło baterii.

Która grupa z sektora MSP ma najbardziej „pod górkę”?

Jest kilka kategorii MSP, które stanowią ok. 99 proc. wszystkich firm w kraju. Pierwsza, to ok. 300 tys. ludzi prowadzących własną działalność. To przeważnie nie przedsiębiorcy, a osoby wypchnięte z rynku pracy przez koszty tej ostatniej. Choć mamy także działalności profesjonalne: dziennikarzy, fotografów, adwokatów. Dalej są mikroprzedsiębiorstwa, liczące do 10 pracowników. Najgorsza sytuacja jest jednak w małym biznesie, gdzie zatrudnia się do 50 osób. Pracuje w nim trzy czwarte pracowników w Polsce. Firmy te nie mają elastyczności tych malutkich ani możliwości średnich i wielkich. A to one odgrywają kluczową rolę w gospodarce. Gdyby zbankrutowały PGNiG albo PKO BP, kraj by sobie jakoś z tym poradził. Jeśli zniknęłaby połowa MSP, Polska by upadła.

Skoro małe i średnie firmy są potęgą, to dlaczego są ignorowane przez polityków?

Nie są zorganizowane i nie mają publicznej reprezentacji. Kiedyś była nadzieja w PSL. Kojarzy mi się to trochę z sytuacją Polaków w USA: nigdy nie będą mieli znaczenia politycznego, bo mieszkają głównie w dwóch stanach, gdzie od zawsze wygrywają demokraci, i nikomu nie opłaca się walczyć o ich względy. Polscy politycy mają gdzieś małych i średnich przedsiębiorców, bo ci głosują tak jak reszta społeczeństwa.

Można coś z tym zrobić? 

Siła naszego Związku ma trzy źródła: pierwsze, to media, bez nich mielibyśmy w kraju o wiele więcej idiotyzmów. Drugie, to pilnowanie kwestii prawnych, legislacyjnych. Trzecie – polityka. Rozważaliśmy wprowadzenie takiego modelu, jak w czasie wyborów w Stanach Zjednoczonych. Założono tam dwa komitety poparcia, dla republikanów i dla demokratów. Zbierano pieniądze na kandydatów. Warunkiem ich przekazania były publiczne obietnice, sygnowane podpisem. Ale w Polsce, jak już wcześniej wspomniałem, przedsiębiorcy nie są zorganizowani. 

Polacy nie mają nic przeciwko konkurencji czy nierównościom, pod warunkiem, że nie są one efektem braku uczciwości.

Nie wierzy Pan w żadną zmianę?

Ja bardzo wierzę w zmianę. Wyprowadziliśmy z Polski ZSRR i jego armię, a nie poradzimy sobie z wdrożeniem prostych podatków? Lecz sami tworzymy problemy. Prace nad nowymi założeniami podatkowymi trwają miesiącami. A kiedyś minister Wilczek ze współpracownikiem w tydzień opracowali od podstaw cały system podatkowy. Mści się na nas ten brak dobrego przywództwa. Być może kiedyś przyjdzie premier, który się nie da urzędasom. To kwestia woli politycznej. Na pewno musimy naciskać na zmiany. Na początku transformacji, politycy nie wiedzieli, że nie wiedzą, jak działać w związku z MSP. Potem udało się ich wyedukować i przejść do drugiego etapu – wiedzą, ale nie stosują. Dziś trzeba wejść na trzeci poziom: wiedzą i stosują pod przymusem. Politycy muszą się zacząć bać przedsiębiorców.

A może generalnie – bać się społeczeństwa...

80 proc. Polaków żyje na poziomie nieporównywalnym do czegokolwiek w naszej historii. Nigdy nie było tak dobrze. Lecz ktoś, kto zapracował już na to, że ma w domu ciepło, chce więcej – na przykład wpuścić więcej słońca. Potem pragnie klimatyzacji… PO takich rzeczy  nie rozumie, dlatego traci poparcie. Stąd też te durne pomysły, jak płaca minimalna. Polacy nie mają nic przeciwko konkurencji czy nierównościom, pod warunkiem, że nie są one efektem braku uczciwości. Obecny bunt wynika właśnie z nieuczciwości, szklanego sufitu, którego ludzie nie mogą przebić. PiS obiecuje, że przywróci sprawiedliwość i uczciwość. Ale czy tak się stanie? 

Sektor MSP ma problem nie tylko z politykami, ale także z bankami.

Banki nie rozumieją tego sektora. Wolą finansować rząd i korporacje, bo to pewniejszy klient. Nie ma realnej alternatywy, gdyż konkurencja pomiędzy bankami w Polsce jest słaba. Są leniwe i z MSP chcą rozmawiać jak z korporacjami. Wbrew deklaracjom, żaden nie ma oferty dla przedsiębiorców. Tę sytuację może zmienić jedynie nakaz rządowy albo przejaw geniuszu człowieka, który odkryłby potencjał  MSP. Bank, który to zrobi, stanie się najpotężniejszy w Polsce. 

Wspomniał Pan, że płaca minimalna to absurd. Co Pan proponuje w zamian?

Według NIK, nasz kraj traci rocznie 80 mld zł przez nieskuteczne opodatkowanie przedsiębiorstw. Gdyby te pieniądze trafiły do budżetu, wszyscy by na tym skorzystali. Tylko że politycy tego nie chcą. Bo jeśli opodatkujemy skutecznie zachodnie korporacje, zaraz wybuchnie awantura. Rzucą się agencje PR, ambasadorzy itd. Pytanie, który ambasador wstawi się za polskim sektorem MSP? 

Mimo to jest Pan optymistą...

Tak, bo wierzę w nasz kraj. Poza tym, widziałem rzeczy niewiarygodne. Na przykład Gruzja. Przed Saakaszwilim i po jego rządach to dwa różne światy. Skoro tam się dało... Wystarczy mieć pomysł i nie rzucać kłód pod nogi. Głównym problemem w Gruzji była korupcja. Saakaszwili zwolnił więc wszystkich z policji, tworząc ją od nowa. Podniósł policjantom 14-krotnie pensję, wyposażył ich w świetny sprzęt, wybudował przezroczyste komisariaty, jako symbol transparentnej władzy, i doskonale ich wyszkolił. To samo z innymi kluczowymi służbami. Nawet Amerykanie odradzali taki radykalizm. Dziś, jeśli ktoś zaoferuje tam policjantowi pieniądze, zostanie aresztowany, a w najlepszym razie zbesztany. To nie wszystko, Gruzini stworzyli prosty, przejrzysty system podatkowy, a proces rejestracji działalności gospodarczej przerzucili na banki: ma miejsce podczas zakładania firmowego konta. W całym kraju, liczącym 6 mln obywateli, przy rejestracji przedsiębiorstw pracuje mniej osób niż w urzędzie w Pułtusku. Dlatego wierzę w cuda.

 Miesięcznik „My Company Polska
PRENUMERATA

Moim zdaniem

Najczęściej czytane

Cztery sposoby na podatki

Boom na drony

Czy przenieść firmę za granicę

Kto zyska na ozusowaniu umów zleceń?

Dobre auto na niskie raty